Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Dziewczynka urosła tak szybko, że masa nie zdążyła dogonić wzrostu i rozłożyć się po gabarycie, więc szedł chodnikiem okaz na kształt szkieletu obciągniętego skórą i był prowadzony przez dwusmycz w pełnej obsadzie. Nieomal psi zaprzęg, ale bez sanek. Wiekowe burki holowały wysokie dziewczę w stronę domu zapewne, pilnując, aby wiatr jej nie porwał gdzieś wysoko. Nie sądziłem, że można mieć tak szczupłe kończyny, że przy takim wzroście można zapomnieć o masie – widać w błędzie byłem, jednak przynajmniej dyskretnie. Mijane osoby wrażenia demonstrowały jawnie, a dziewczę poganiane smyczą wyprzedzało dziwiących się tubylców nie przejmując się zbiorowym zdumieniem. Najmłodsza wśród stoików niechybnie! Odsłonięte pępki wciąż pożerają światło słoneczne i robią zapasy na zimę, achillesy wdzięczą się nagością w każdym możliwym obuwiu. Dziewczynki, które dwadzieścia, a może nawet trzydzieści lat temu, w trampkach biegały po podwórkach, dzisiaj pokonują w nich przestrzenie miejskie, już bardziej stonowanym tempem. Moda to, przyzwyczajenie, czy nostalgia?

Zostawiłem Miasto na chwilkę zaledwie, a ono jeszcze takie siąpiące nosem było, a tu proszę – lato wróciło. Nawet kloszardzi na ławeczkach przeciągają swoje umorusane, skrzypiące kości i przysypiają leżąc z błogim uśmiechem, nie niepokojeni przez straż miejską, ani policję. Pani niskopienna, lecz obfita niosła w objęciach uśmiech wyrafinowany i tak dyskretny, że szczęśliwym być musi ten, do którego go niosła. Szła z wiatrem niestety, więc szybko znikła z mojego widnokręgu. Znów polowanie na cień i chodniki gęstniejące selektywnie. Podwodne życie fosy wzbudza zainteresowanie dzieci, a karuzela parkowa tryska liczną, niedojrzałą radością i zaraża śmiechem. Fontanny tryskają wodą, młodzież – zdrowiem, a przechodnie humorem. W taki dzień nawet myśli tęsknią do błogostanu i bezpośpiechu, a na ekstrawagancje nie ma czasu zupełnie.

Dzień uśmiecha się tak ciepło, że nie sposób zrezygnować ze spaceru. I z ulubionego pytania również. Bo co się stać musiało, żeby pani w różowym, wełnianym płaszczu szła przez Miasto ciągnąc walizeczkę na kółkach? Niewiele potrzeba, kiedy jednak dołożę drobne spostrzeżenie, że szła w kapciach, to już sprawa staje się nieoczywista. Może zniszczone buty wyrzuciła do kubełka, albo schowała zębatą parę do walizeczki, kiedy pogryzione stopy spuchły jej ponad miarę. I dreptała teraz w stronę dworca uwolniona od nieszczęścia, pod makijażem ukrywając pozostałe emocje. Samoloty skorzystały z okazji, że chmury zapodziały się gdzieś i dzielą błękit na fragmenty. Można byłoby już pograć w kółko i krzyżyk, gdyby udało się sięgnąć ręką i zaznaczyć wybrane pole, jednak niebo dzisiaj wysokie bardzo. Zmieścił się pod nim nawet młody facet z zadartym nosem, a słońce tylko prześwietliło mu rzadką brodę i wąsy w kolorze czystej miedzi. Niemiec w panterce znowu medytował nad kuflem czeskiego piwa.  Czyli precedens próbuje przedzierzgnąć w tradycję. Ciekawe, kto wykaże się większą wytrwałością – ja w spacerach, czy on w medytacjach chmielem wspomaganych?

Świat skarlał już zupełnie, jeśli w Europie Azjata spotyka się z Afrykanerem na gawędę. Afrykańczyk musiał być równikowy, bo karnację miał ciemniejszą od nocy w nowiu, a Azjata (jak to ichnie chłopy) ciut zabiedzony – chudy, jak nie przymierzając ja i ze skośnymi oczami. Wymienili po parę słów zaledwie i rozeszli się w przeciwne strony. Dlatego myślę, że świat całkiem się skurczył, bo te parę słów, to mogli listem wysłać, albo się zdzwonić, czy e-maila wysłać z kawiarenki internetowej, a nie tak w Europie, na zapleczu ratusza, otoczeni tubylczą codziennością na dwie minutki się spotykać – nawet na piwo nie usiedli. Ale, nie ma co wybrzydzać, jak te młode kobiety, które jesienią zaczynają śmiać się ściągając kąciki ust w dół, zamiast w górę. Potem nadeszło dwóch podstarzałych strongman’ów. Przynajmniej tak sądziłem początkowo, jednak dorodne brody (w kolorach dominujących jesienią – jedna siwa, druga czarna) czerń wszędobylska, srebro licznej biżuterii i koszulki z wyznaniem wiary głosiły: Gothic. Może znowu Miasto promuje rozmaite mniejszości, bo w odstępie kilku minut wzrok mój zaszczyciła młodziutka, szczuplutka pani. w krótkich spodenkach z szelkami i baaardzo kolorową czuprynką. Demonstrowała niebanalną swą urodę na centralnym deptaku Miasta w butach (klnę się na wszystkie świętości!!!), które miały w podeszwach sprężyny i to chyba z pięć na jeden but! Resory tyle nie mają! Z tego wrażenia, to nawet deszcz się rozmyślił i nie zaczął padać, tylko kłębił się nad Miastem z niedowierzaniem. I tylko pijany Niemiec w panterce bredził zaklęcia ponad kuflem piwa i sam siebie klął chyba, że na Oktoberfest się zapisał, a czeskie piwo chleje w Polsce.

Koty przemieszczają się Miastem w torbach i klatkach podręcznych, niesione damskimi dłońmi z wielką czujnością. Znaczy coś na rzeczy jest niechybnie. Z tymi szczurami. Bo skoro kobiety pilnują (strach przed kradzieżą uzasadniony chociażby reputacją okolicy) i noszą, to znak, że gdzieś obok jest trochę gorzej i takiego kota trzeba wysłać na żer, na zwiad, żeby pomógł i dał oddech od piskliwego krzyku na widok gryzoni, które coraz śmielej sygnalizują własną, rosnącą obecność. Kocich torebek również przybywa, jednak jeszcze nie na masową skalę. Skoro komary można zwalczać angażując nietoperze, a wrony zatrudniać do sprzątania niedopałków, to czemu koty miałyby tymczasem obijać się na jedwabiach, kiedy wróg u bram? Do roboty koty!

Słońce liże elewacje i zagląda do mieszkań przez okna, jak jakiś kochanek niecierpliwy i w oczy zerkając namolnie zaprasza na spacer. A kiedy już zdecydowałem, że owszem – pójdę, to natychmiast czarnowłosa rowerzystka zajrzała mi czarnym wzrokiem w samą duszę chyba. Nie bolało, ale po co tam wlazła? Odjechała zbyt szybko, żebym się dowiedział, więc zapewne widoku się wystraszyła. Wiatr strąca liście wprost do fosy, a małe rybki wciąż dają się nabierać, że to jedzenie wpada. Jakiś burek szaro-bury starym krokiem idzie na paluszkach obok kobiety idealnie czarnej, a takich brunetek o pięknych fryzurach wciąż więcej. I czarnych dżinsów, czarnych kurtek skórzanych i tatuaży czarnych. Czarnych parasoli i kaloszy do jazdy konnej w tej jedynie słusznej barwie równie wiele. Co ciekawe takie kalosze zakładane są również do spódniczek mini – obowiązkowo czarnych oczywiście. Gołębie chowają się na grzędach najwyższych kondygnacji podziemnych przejść, żeby ich nikt nie podeptał i tam gruchają niespiesznie. Ludzie zwolnili nareszcie, a dziewczę bladolice prowadziło pieska, który wzorem kłusaków ćwiczył krok do konnych wyścigów z bryczką, zapominając chyba, że gatunek reprezentuje niewłaściwy – byłby najmniejszym konikiem na świecie, nie licząc koników morskich i polnych. Przede mną na chodniku z bardzo popękanych granitów kicało bez strachu inne zwierzątko. Bezpańskie. Już po ogonie widać było, że to nie zajączek, ani wiewiórka – ów okaz reprezentował jedną z najliczniejszych grup zamieszkujących Miasto. Jeszcze latem szacunki mówiły o czterech egzemplarzach przypadających na statystycznego mieszkańca. Teraz już się mówi o pięciu, a nie zauważyłem pomoru wśród ludności tubylczej, więc zapewne cudowne rozmnożenie objęło kolejne pokolenia. Jako mniejszość wolałem milczeć i nie strofowałem przedstawiciela tej porażająco licznej mafii, a on sam oddalił się lawirując dyskretnie. Świnki morskie i chomiki nie spacerują po Mieście dodam dla tych mało domyślnych lub bardzo wczorajszych.

To niewątpliwie szaleństwo gospodarza sprokurowało zabawę, która tornadem przemierza blogowe strony i niczego nie podejrzewający uczestnicy zostają wplątani w kreację ruchu sieciowego. Trudno wzruszyć ramionami, kiedy ktoś palcem wskaże, że zagląda i upubliczni na dodatek własne wybory. Nie kłócę się z gospodarzem, bo nie chciałbym, aby on pokłócił się ze mną, a poza tym z szacunku dla osoby, która mnie wplątała w ten monsun. Gra pod hasłem Liebster Blog Award jak szkarlatyna przeleci sobie i śladów widzialnych być może nie pozostawi na organizmie. Jako jednostka aspołeczna zmodyfikowałem  grę odrobinkę (skoro Linka zrobiła precedens, to poszedłem kolejny krok dalej). W moim rozumieniu owa zabawa polegać ma na propagowaniu stron godnych odwiedzenia, a przed tym do tej pory skutecznie się broniłem, bo nie chcę popadać w zależności Kółek Wzajemnej Adoracji i zabawy we wdzięczność/wzajemność. Każda zabawa ma więcej niż jedno dno – wskazanie jednego bloga stanowi równocześnie skazanie drugiego na zapomnienie i jakiś niesmak pozostawia. Teraz – trudno – wirus grasuje i moją odporność naruszył. Odpowiem chronologicznie na pytanie o strony, na które chętnie zaglądam i nawet uzasadnię krótko, jednak informować o tym Autorów nie zamierzam, pytań zadawać również, bo potrafię zadać je bardziej intymnie, a upublicznianiem odpowiedzi nie jestem zainteresowany. Gdyby jednak okazało się, że ta zabawa ma większe znaczenie niż podejrzewam, to zostawię dwa pytania zawieszone w próżni, żeby czytający ową notatkę mógł się po cichutku przymierzyć do uzasadnienia:

- co się musiało stać, żeby strona Twojego bloga zaistniała w sieci?

- skąd decyzja o wyborze nazwy, która przecież w jakiś sposób piętnuje stwórcę?

Lista skazańców (przepraszam wplątanych, a o pokucie możemy porozmawiać na uboczu – dwojna@go2.pl)

- m. - strona, której nie ma już w sieci, osoba, której nie ma już tutaj, bo obcy chleb smaruje masłem. Siła sprawcza, impuls inaugurujący lustro, pierwsza, która powiedziała „umiesz”.

- kloszard - za pogardę dla interpunkcji i gramatyki, za niepokój mentalny, którym zarażają notatki, za brak nadziei na ciągi dalsze (bliższe zresztą również).

- Aja – pani od poezji i sztuk pozostałych, stworzenie składające się z samych zmysłów. Uwodzi i zmusza do myślenia. Przez pewien czas przypuszczałem, że jest ideą człowieka.

- pisane-bez – nie umiem uciec od kogoś, kto potrafi napisać: „spokój gór wygładza taflę jeziora”. Jedyna osoba, podejrzewana o przeczytanie ze zrozumieniem słownika Kopalińskiego w całości.

- linka – pisać o sobie w trzeciej osobie? – już pseudonim sugeruje wisielczy humor, a jeśli jej nie zamkną, to wyłącznie z powodu przeludnienia w zakładach zamkniętych.

- skorpion – humor w wersji lekkostrawnej i dawka autoironii zastępująca multiwitaminę – prozdrowotnie i dietetycznie, pisze wystarczająco rzadko, żeby nie dało się przedawkować.

- użyj wyobraźni – świat, który jest tuż obok i nie chce się go znać. Zdecydowanie lepiej poznawać przecedzony przez pryzmat wyrafinowanego smaku autora – bezpieczniej i mniej boli.

- królowa matka – kiedy w domu grasuje stado standardowo niesforne, ktoś musi je okiełznać autorytetem nie do podważenia. A ten na dodatek gromadzi dowody w sprawie.

- czarny pieprz – łzy ze mnie wydusił, a przecież nie cebula i starałem się – naprawdę – żeby się nie udało. Do pełni nieszczęścia – wyłem głośno i wyraźnie, a organizm dopomina się o więcej.

- http://… .blog.pl - tego bloga jeszcze nie znalazłem, ale wierzę, że jest gdzieś pośród tych setek tysięcy, czy milionów i wcale nie czeka, żebym go znalazł – żyje swoim życiem pomimo wszystko. Poszukam.

W zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób, stałem się osobą godną zaufania dla pań, o bogatym doświadczeniu życiowym, potwierdzonym włosem siwym, w sposób najbardziej z możliwych naturalny i farbowanym wyłącznie wiekiem, za to niemal całym. Wczoraj znów uśmiałem się serdecznie z żartobliwego narzekania na pogodę, kiedy koleżanka na gorące gołąbki zaprasza i zapewne poczeka, bo zdaje sobie sprawę, że nogi już nie ciągną, deszcz usiłuje je spowolnić, a świat głuchy jak pień, słuchać wcale nie chce starszej pani, przez co iść będzie trudniej. Młode panie o ciałach tak wytrenowanych, że przez gruby dżins demonstrujących poszczególne partie mięśni, próbują dorównać kolorystycznie starszym paniom, kiedy znudzą im się błękity, zielenie i róże. Coraz częściej widzę, że wybór pada na popiel i siwiznę tak białą, jak ogniskiem malowaną, któremu gasnąć dane było przez noc całą, aż pokryje się miękką warstewką puchu strawionego płomieniem drewna. Szedłem niespiesznie i marszu nie przerywając ozdobiłem zużytym parasolem kubełek stojący na chodniku. Gdy go mijałem wyglądał, jak drewniany łabędź wyciągający szyję w krzyku o pomoc, bo mu uwięzły nóżki i skrzydełka w wąskim otworze. Miał przeżyć choć jeden spacer – przeżył zaledwie pół, więc nie zdążył się nawet oswoić, a co dopiero udomowić i został tam bezimienny.

Kiedy chmury mają kaprys rozlać się po asfalcie, bo na nim cieplej niż pod niebem wysokim, wtedy właśnie ja powinienem spotkać gościa w krótkich spodenkach i japonkach. Rozumiem filozofię, logikę również – po co moczyć długie spodnie, kiedy można krótkie, a nogi za darmo umyć, to też nie grzech przecież. A skoro powinienem, to sumiennie i obowiązkowo – spotkałem. I zrozumiałem jak najbardziej. Moja wyrozumiałość posunęła się o krok dalej nawet, przy kolejnym widzeniu. Chłopak ofiarował swojej dziewczynie bukiet kwiatów – typowe, archaiczne wręcz zajęcie, znane już z rysunków naskalnych, lecz w końcu wiek mamy dwudziesty pierwszy i kto by sobie głowę kąkolami zawracał, czy detalicznie stokrotki w pocie czoła rwał z trawnika. A więc nowocześnie – płatki pomidora i ogórka wychylały się spomiędzy kłosków cebuli i listków sałaty, a całość zgrabnie zapakowana w wazonik z pieczywa i podlana różnorodnością barwnych sosów. Dziewczę kwiatek przyjęło z wdziękiem i kontynuując zwiedzanie zadaszonej części Miasta przystąpiło do konsumpcji bukietu. Chłopak ze stoickim spokojem rozpraszał obce tabuny u jej stóp, żeby bezkolizyjnie przeszła powabna, zgrabna i nienażarta jeszcze. Uśmiech okrasił moje oblicze i trwał wystarczająco długo, żebym się do niego przyzwyczaił. Niosłem go niestrudzenie, dziękując mimochodem za kurs języka obcego i promocyjne ceny w czymś, co się „Salon” nazywać miało, za darmową gazetkę reklamową i sam nie wiem za co jeszcze, ale w obecnym stanie ducha dziękowanie wychodziło mi wręcz fantastycznie, lekko i jednoznacznie. Nawet kroku nie zgubiłem na kostkach nierównych, a pobłażliwością zarażałem otoczenie. Uśmiechnąłem się po kolei do siedmiu co najmniej rudzielców  płci właściwej, takich prawdziwych, niemalowanych, co po policzkach rozkosznie piegowatych rozpoznać można, do jakiegoś bobaska, który próbował cały świat objąć rączkami i jeszcze wierzył, że się uda, zanim zaśnie zmęczony. W bramie klan pięciorga planował popołudnie, jak czynił to co dzień, a smród amoniaku sugerował, że plany daremnymi nie były. Kilka syren zwiastujących nieszczęścia, parę budów, korki na jezdniach, w sklepach i na deptakach. Jak tu się nie uśmiechać do tego Miasta, w którym przyszło mi codzienność spędzać?

Ależ musiało padać, a ja tego nie zauważyłem – przespałem zapewne. A lać musiało wściekle, bo z jednego gołębia, to prawie cały kolor zmyło i taki blady jakiś, że całkiem biały, krąży po trawniku nerwowo. Tylko nóżki ma czerwone, ale może to z zimna. Dookoła tańczą wróble i podziwiają szatę gołębia. A może takie zalęknione, że one też, bo deszcz nie ustaje? Wróble-albinosy wyglądałyby jak upiory – takie rzeczy, to niegrzecznym dzieciom śnić się powinny, gdyby tylko niegrzeczność była definiowalna. No i całkiem zawstydził gołębia wróbli gang tym jazgotem, obmawianiem i jojczeniem nad tym niedostatkiem kolorystycznym egzemplarza, że ów egzemplarz uciekł za płotek i skrył się pod brzozą, żeby wespół się poużalać nad bielactwa skazą. I skryć się wzajemnie w objęciach nieszczęścia. Jeszcze liczyłem, że się zarumieni, ale chyba nie potrafi tego wcale i tylko nerwowo drepcze w miejscu tymi czerwonymi łapkami po mokrym klepisku.


  • RSS