Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Zaczęło się! I będzie, że naciągam, albo naginam fakty. A ja uprzedzałem że tak już mam i takie rzeczy, to właśnie mi się zdarzają, bo komuś muszą, a chętnych  specjalnie nie widać. Leniwa niedziela, obiadek, banalny wręcz pomysł, żeby kalorie wchłonięte wymienić na ileś tam kroków, powiedzmy z grubsza dziesięć tysięcy – ptaki, słońce, pani z siniaczkiem na udzie w kształcie Matterhornu (głowy nie dam może K-2?), kamienica oskrobana z tynku, aromat grillowanego wszystkiego i wiatr, co się smużył nad Rzeką, bo w bulwary oczywiście bezmyślnie mnie nogi zaniosły i to jak oryginalnie? Pół świata miało podobny plan na popołudnie, a reszta skupiła się wokół Rynku. Oczywiście ja, przy pierwszej okazji przeniosłem się znad Rzeki do Rynku, żeby nie pominąć żywej reklamy knajpy kubańskiej w wykonaniu obsługi tańczącej dla gości do wtóru gorących rytmów. Trzeba wtedy było dać się uwieść i w salsę czy rumbę porwać kruczowłosą kelnerkę. Lecz nie. Spacer, to spacer. Z powagą, nie jak jakiś podlotek w tańce dzikie na trotuarach – poszedłem dalej, a chwilę później już było po wszystkim. Szczęście pełne, że nie o mnie tym razem chodziło, ale i tak opalenizna odrobinę zbladła na mnie. Młoda, zbyt młoda na taki fach, ale przecież widziałem z bliska – brwi zrośniętych nie miała (jeszcze, albo zabiegiem kosmetycznym próbuje zachować incognito), za to oczy powiedziały wszystko – czarownica! Oczy bez tęczówek, za to źrenice wielgaśne tak, że każdy kot pozazdrościłby, gdyby się w tych oczyskach przejrzał. Ja wolałem  się nie pogrążać. One błądziły w innych rewirach szukając ofiary, po ogródeczkach, gdzie masowo pożerana była wołowina amerykańską modłą oprawiona, a piwo przenosiło się ze szklanych naczyń w bardziej umięśnione wnętrza. Uff. Umknąłem rączo, a w pierwszej fontannie czoło otarłem zimną wodą. Coś na rzeczy być musi, bo one dzieją się stadami. Znaczy się – rzeczy i widzenia. A taka kumulacja istot nadprzyrodzonych i niepojętych, ludzkie przekracza pojęcie. Może Pytia by poradziła, ale zdechła chyba gdzieś daleko i teraz bez wsparcia przyszło mi zostać. I sam siebie szeptem uprzedzam, że jutro też jest dzień. I on niechybnie będzie eskalował. W domu siedzieć jak trusia? A przecież koń  w metalu rzeźbiony nadmiarem nóg grzeszył i kiedy niektóre miał na poprzednim, to inne już na następnym były postoju. A jaja Abakanów z przejścia podziemnego? Wylęgły się niechybnie bo nie ma ich tam już wcale. Wylęgły się istoty dzikie nocą ciemną pośród burzy. Złe w Miasto idzie po wielkiemu cichu. Niedobrze jest. Niedobrze…

Mało mi było. To i się doigrałem. Polazłem w zielone, nad wodę, żeby troszkę dalej od ludzi popatrzeć, jak dziczeje Miasto pozostawione samopas. Już dochodząc do Rzeki minąłem psa, który jedno oko miał brązowe, a drugie wypukło niebieskie. Aż się zaśmiałem, bo wyglądało to tak, jakby ktoś nie dość umiejętnie włożył temu psu to oko i nie docisnął, albo o powiekę zaczepił może i takie wpółczynne zostawił. Ścieżką, co zaprowadzić ma unijny porządek poszedłem w ten bezład popatrzeć, na dwumetrowe pokrzywy i nawłocie, jakieś bluszcze i powoje wspinające się na mirabelkowe szczyty szaleństwem rozmnożone, tworząc pionowe skrzydła i parawany. Rzeka przerośnięta rzęsą i innym chwastem była tylko domyślnym nurtem na całej prawie przestrzeni rozlewiska i aż dziw, że  łabędzie i kajaki jeszcze sobie radzą ze znajdowaniem wody. Usiadłem przy tym bezładzie, żeby piwo wypić pośród komarów i ważek. Nawet się udało, gdy na przeciwległym brzegu zobaczyłem stado ludzi. Nietypowo, bo siedzieli na trawie młodzi faceci w marynarkach i pod krawatami, a panie w kolorowych spódnicach wyglądały jak tancerki z Mazowsza. Pośród nich biało odziana para mieszana. Okazało się (chyba, że to znowu mój nadinterpretacyjny błąd), że to kapłan i neofitka nieznanego wyznania chrzest w wodzie biorąca. Zanurzona ze szczętem wyszła na brzeg i z pomocą dwóch kobiet poszła się przebrać za parawanem ad hoc z koca urządzonym. Osłaniały ją towarzyszki od strony alejek, a ja za wodą. Daleko wystarczająco, żeby wzrokiem nie ubrudzić tej dziewiczej skóry. Sztuka to jakaś pierwotna chyba, ale nie rozpoznałem. Na wszelki wypadek wróciłem do cywilizacji, bo te moje fanaberie zdawały się cofać świat w jakąś prehistorię  i tylko czekać gadzich epok, albo zlodowacenia. Na razie ukrop nieustający i tylko meteo służby coś o gromowładnym wspomniały nieśmiało, znaczy udało się chyba.

Czas trawię marnie. Bo on jakoś tak w antyfazie jest; kiedy go trzeba, to się kurczy, a gdy mam przesyt, to jamnikiem mi rośnie do absurdu. Trudno. Dobrze, że chociaż Miasto zaakceptowało mnie takiego, jakim jestem, pozwalając mi włóczyć się gdzie popadnie i nadmiernej uwagi mi nie poświęca, przez co mogę te trawienne konflikty rozplątywać do woli. A wczoraj… wczoraj spotkałem panią. Dla jasności (bo w dygresjach tonę jak zwykle) dzisiaj pań spotkałem tak wiele, że pośród nich były chyba wszystkie moje pierwsze miłości, nawet te nie poznane wcale i dodatkowo w kilku przedziałach wiekowych, od lat -nastu, do dojrzałych -dziestu lub -sięciu. Prześliczne poniekąd widzenia nie przesłoniły jednak wczorajszej pani, która już nie siwym, a białym włosem zwieńczona była i twarz niby jabłuszko po zimowym leżakowaniu w pryzmie jakiejś pomarszczoną miała, lecz uśmiech na twarzy? – poezja. Uśmiechem tym młodsza ode mnie była i ten uśmiech mi ofiarowała. A ja, jak cymbał jakowyś, jak kretyn skończony, uśmiech oddałem i poszedłem. A nie wolno było wcale. Bo to szamanka była. Widzę to teraz na wylot, że ona śmiała się moją przyszłością, do mnie się śmiała widzeniem, a w głowie mój dylemat  nierozwiązany pociągnęła od wczoraj do końca świata. Trzeba było się zatrzymać. Poprosić, żeby dopowiedziała. Ooo… z czasem, to ona raczej w zgodzie żyła, więc mogła. I tylko ja, niedoskonały, niedorobiony, szansę zmarnowałem wczorajszą i łudzę się, że starych dobrych nieznajomych Miasto przed oczy mi podsunie po raz kolejny, gdy przyjdzie mu na to ochota. Może mi wróci białogłową szamankę. Może dopowie. Na chrzcie nie wpisali mi tego defektu, jednak ściągam do siebie jednostki dysponujące więcej niż pięcioma zmysłami. Każdy oryginał szuka we mnie przystani, lub choćby ławką chce żebym został, na chwilę wystarczającą, aby oddech uspokoić, albo wypocić nadmiar używek. Nadzieja nie wstydzi się ze mną zamieszkać.

Niezwykłe jest, że wciąż można bladolice jednostki spotkać w Mieście. Nie miałem śmiałości zapytać, jak osiągnąć taki stan, gdy ukrop nawet żółwie skłania do opalania się, a porzucone jaja inkubują się z wdziękiem na wyspach lęgowych, nie niepokojone przez rodziców uprawiających pływanie asynchroniczne i slalom pomiędzy stadami ledwie dyszących ryb szukających ponad taflą powietrza o większej zawartości tlenu. Deszcz udaje że pada i chłodzi, ale to tylko plotka. Mrzonka i złudzenie. Miasto aż kipi i paruje nieustannie. W Rzece kwitną glony wszelakie, chociaż w nurcie widać muł z gór przyniesiony po ostatnich ulewach. Sprzęt pływający po próżnicy brzegów nie pilnuje – pływa wszystko, co ma dodatnią wyporność. Renesans przeżywa najdrobniejsza szczapa potrafiąca utrzymać na wodzie siebie i choćby kameralne grono turystów, żeby oddolnie zwiedzali Miasto. I udaje się zwiedzać. A kamerdyner wystrojony w kapitańskie epolety nieopierzonym jeszcze uśmiechem na rejs zaprasza z wyszynkiem własnym. Lody się liżą naturalnie naturalne, bo po nich pot jest równie naturalny i ekologicznie czysty, więc bez grzechu zalec można na trawie z widokiem na kościelne wieże, albo na tych, którzy zalec nie zdążyli jeszcze. A jest na co popatrzeć i to w wielu nieoczywistych zupełnie językach. Wzrok już nie taki szybki, a pamięć przechera jedna gubi widzenia zobaczone, czyli zmęczenie materiału albo co gorsza starość mnie doganiać zaczyna – dziwne, bo starość zgrzybiała być powinna, schorowana, więc jak niby za mną tak rączo podąża? Coś tu nie gra chyba. Podejrzana historia. Może czas teoriom spiskowym poświęcić odrobinę zainteresowania? Stare znika bezszelestnie, ukradkiem, jakby  wstydziło się, że dopiero teraz, a nowe z hałasem, z pompą wkracza na salony i udaje, że jest od zawsze – znaczy od wczoraj. Kolejny most będzie się cieszył świeżym błękitem – może przyszły rok będzie łaskawy dla żółtych mostów? A na miłorzębie japońskim wyrosły owoce podobne do mirabelek. Tych niedojrzałych zupełnie, po których tylko sensacji żołądkowych można się nabawić, zanim organizm nacieszy się witaminą. Za to kasztanowce jesienne już całkiem, bo szrotowiec wziął się za liście i bezwzględnie je pozbawia soków, przez co jak co roku kasztanowcowa jesień jest pierwszą pośród natury. Nawet staruszek z piosenki jeszcze jej nie zauważył, ale ona przyjdzie. Zawsze przychodzi.

Taktownie przeczekałem pogodę zdeterminowaną, żeby choć trochę słońca promieniem uraczyć tubylców nim na spacer wyszedłem. Bulwarami mijałem Abakany i spadające z drzew owoce derenia, śliwki węgierki i mirabelki, dojrzewającą leszczynę. Pośród wysokich traw rozdzielających stopnie siedzieli turyści i tylko czubki fryzur wystawać raczyły ponad ten gąszcz sawanny posadzonej, by dać złudzenie intymności z widokiem na najstarszy fragment Miasta po drugiej stronie Rzeki. Szedłem pośród turystów, deptakami, mijany przez statki turystyczne i kajaki, a obok wielojęzycznie, dziecięco i beztrosko zwiedzało się Miasto wielookim zapatrzeniem, sycąc apetyty na wszelkie możliwe sposoby. Znów zajrzałem we wnętrze najświeższej chyba rzeźby miejskiej, która nadal przypomina mi szkielet rybi bez łba i ogona, a całość z metalowych luster uczyniona, co tym bardziej mnie do wycieczek skłania. No i ona na wyspie przecież, tej najmniejszej spośród pobliskich i świeżo zagospodarowana kusi alejkami i świeżymi nasadzeniami. Aż się przypomina JLB z tekstem: „metalowe zwierciadła w ogrodzie już zwiastowały labirynt”… kiedy to było? A wciąż żywe we mnie. Dalej, przez mosty i rynek, pośród mżawki gęstniejącej i tłumu rzedniejącego, Do drzew w pamięci noszonych i budynków starzejących się z godnością. Do zamurowanych okien, z których wciąż nowe portrety zerkają na świat, a na pokrywie studzienki telekomunikacyjnej podpis dopiero co czytanych igraszek słownych niejakiej Loesje – oczywiście z mottem. Spośród wielu zabawek mi poznanych, żywcem trafiłem na słowo z brakującą literą, dzięki czemu w teraźniejszości połączyć można jutro z wczoraj na własny użytek i własną wolą. Można się poczuć własnym dziadkiem i wnukiem jednocześnie. Pomimo deszczu, który zdążył już doszemrać się mojej duszy.

Świat chyba sprzyja śpiącym dłużej. Albo też awizowane pogodynką „fronty” są raczej partyzancko umocowanym, pospolitym ruszeniem, które przemieszcza się świtem bladym, bądź zgoła nocami. Wiatrowe ogary i oświetlenie wybuchowe liczone w kilowoltach wydają się ciut barokowe i na wyrost, ale może tak trzeba odstraszać czujki wraże, żeby spokorniały i na twarz przed tyralierą padły. Ja dla odmiany wstałem. Ptaki nieśmiało ogłosiły rozejm, albo przerwę na herbatkę o mało angielskiej porze, a jednak przemarsz frontów zatrzymał się dostojnie, pozwalając słońcu odwiedzić sypialnie okoliczne. Gdzieś spoza uchylonych okien dobiegły standardowe odgłosy – poranna miłość, bukiet przekleństw śniadaniowych, ostatnie wycie umordowanego psa w zbyt wąskiej przestrzeni, jazgot szczebiotliwy narybku. Takie swojskie, przewidywalne i powtarzalne odgłosy, dzięki którym łatwo rozpoznać, że we własnym łóżku zasnąć się udało wczorajszego wieczora. Bo wczoraj szwendaczek mi się włączył chyba, i znów zwiedziałem Miasto – jak ostatni recydywista poszedłem tam, gdzie w chodnikach i alejkach wyrąbałem piętami własne transzeje, jak dżdżownica w miękkiej glebie spacerująca, albo kohorta mrówek w drodze do. Dzień był męskim chyba, bo większość widzeń dotyczyła tej szpetnej części społeczności. Najpierw starszy pan w damskim kapeluszu słomkowym z kokardami adaptował się do klimatyzowanych przestrzeni galerii handlowej i dreptał niespiesznie, żeby obeschnąć, zanim znów na świat wychyli umęczony upałem kadłubek. Kolejny pan, również z siwą głową, jednak koński ogon miał tak rozbuchany, tak dorodny, że mógłby ze dwie głowy obsłużyć, a niejeden siwek z zazdrości stałby się gniadoszem. Krótkowłosy (wciąż wiekowo naznaczone jednostki o siwej maści prześladowały mnie monotonią barw) hałaśliwie i dość bezczelnie radość hiszpańską prezentował podglądając Miasto spoza bariery Rzeki i ową radość dźwięcznie akcentował dłonią na pośladkach rudowłosej towarzyszki. Towarzyszka znosiła nad podziw pokornie owe wyrazy uwielbienia – widać, że nietutejsza. Aż posiwiałem i ja. Do kompletu, albo instynktem stadnym gnany. I pozwoliłem krótkowłosej kobiecie przyglądać się sobie, lecz najwyraźniej nie spełniłem jej oczekiwań, bo uniosła swoje zbyt szczupłe ciało i jej wysokość odeszła w zapomnienie. A przecież mogłem stać się dla niej dobrą wróżbą na ów dzień. Pewnie nie umiałem znów… Spróbuję dzisiaj.

Pogoda rozleniwia i widzenia poszły precz daleko, na sjestę w cieniu spoconych drzew, z których kapią dyskretnie lepkie soki. Uczelnia ciężko oddycha po zakończonym semestrze i chyba nie myśli jeszcze o kolejnych zastępach głodnych i spragnionych wiedzy. Zerknąłem ciekawie, bo od pewnego czasu nie po drodze mi w tamte strony. Nabrzeże, wysprzątane piłą łańcuchową późną jesienią, porasta niepostrzeżenie. Wrotycze jeszcze konkurują ze świeżymi odrostami jesionów i topoli, ale niedługo potrwa ta rywalizacja. Już widać, że przegrywają z kretesem. Rosną więc stadnie, bo stadem raźniej. Już we dwóch można wiele. Konie kraść (gdyby były), albo most na niebiesko malować, bo spłowiał do stalowej szarości. Tak, tak. Dwóch wystarcza, żeby szkielet mostu znowu był niebieski. Może i jeden malarz wystarczyłby, gdyby z nudów nie umarł przy tym dziele, jednak armia jak widać zbędna jest do takiej drobnej, zegarmistrzowskiej wręcz robótki. Polak potrafi i byle most go nie wystraszy, a pogoda sprzyja, więc można pozwolić sobie na taką ekstrawagancję. I podglądać kajakarzy, jak startują pod prąd Rzeki z zatoki gondolowej, tego kolarza, któremu z wysokości kostki rośnie na łydce tatuowany lasek bonsai w stylu ikadabuki – poniekąd najładniejszy tatuaż jaki oglądałem na żywo. Na mnie wrażenie zrobił, lecz malarze więcej uwagi poświęcili zerkając w serce czarnego celownika zawartego w symbolu mercedesa rozpostartego z kości biodrowych na łonowe długowłosej brunetki, która schyliła się, żeby pocałunkiem uspokoić równie czarnowłosego psa. Punkt centralny stringów zakotwiczył na kości ogonowej elegancko wyeksponowanej w głębokim skłonie, a biel skóry zapewniła wysoki kontrast. Zerknąłem i ja – nie serce to było na pewno, ale – wystarczy tej pedanterii, skoro ani góra, ani dół zewnętrznych warstw tekstylnych nie były w stanie ukryć widzenia, więc zapewne tak miało być. W końcu to powtarzalne widzenie i nie jest mi nowalijką, czy skandalem obyczajowym. Bardzo ładnie zapakowane te kości i wstążka bielizny aż się prosiła o rozpakowanie prezentu.

Spacer sobie wymyśliłem. Nie nowina, bo to czynność rutynowa, nieomal fizjologiczna i tradycyjna jak mycie zębów, czy poranna kawa. No i dostało mi się widzeniem po oczach. Spotkałem faceta, który miał tylko dwa wymiary – wysokość i szerokość. Grubością nie dysponował. Podkoszulek smętnie wisiał na nim, jak flaga na maszcie w bezwietrzny dzień. Wymachiwał tak jakoś rozkosznie łapkami, czyli z dramatem był oswojony i jego znajomi pewnie też, bo się odmachiwali równie ochoczo, jednak mi odrobinę ścierpł umysł. I pojawiły się myśli niepokorne, jak wykorzystać zjawisko. Choćby do tramwaju wsiadając – zwinąć gościa w rulonik i pod pachę zamiast bilety kasować, a na mecz pójść? Złożyć w kostkę i gazeta w reklamówce obok mineralnej wchodzi gratis. A te apartamenty po piętnaście metrów każdy, to dla takiego salony i rozpusta – może z połowę podnająć jeszcze drugiemu podobnemu… Wiem, złośliwe bydlę ze mnie, ale na chorego i nieszczęśliwego nie wyglądał, więc tak cichutko pożartowałem sobie. Potem ciemnogród przeszedł płci obojga. Na czarno i to w tej intensywnej i ciężkozbrojnej czerni, gdzie czarny kaptur wystawał nad czarną, skórzaną kurtkę, a martensy przy oglądanym obuwiu wydawać się mogły tenisówkami. Naprawdę. Trzy razy oczy przetarłem i ręką sprawdzałem te trzydzieści stopni z nawiązką, a one były jak najbardziej obecne i wciąż. Ani chybi lucyfer z małżonką pokutę na ziemi odbywa jeszcze za życia. Dobrze, że kilka kobiet w ciąży przywróciło mi wiarę w człowieczeństwo, bo zanosiło się na dramat. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję jeszcze, że w Mieście przybywa krótkowłosych kobiet przecudnej urody. Błagam, niech to nie będą turystki, tylko jutrzejsi tubylcy (choćby od początku najbliższego roku akademickiego dowolnego wyznania). Ileż można zabytkowe kamienice oglądać?

Na pierwszy ogień precz poszły skarpety, rajstopy i wszystko, co przylega do stóp. Sukienki, spódniczki i spodnie słońce poskracało do granic odwagi zdesperowanych i dyszących osobników, po czym rozpięło pozostałość o krok jeden dalej. Sandały i klapki stały się cieniem obuwia, to obecnie bardziej podeszwa przymocowana do nogi w wyrafinowany sposób, niż obuwie. Panie o biustonoszach skromnej pojemności porzuciły je i mniej już skromnie, acz radośnie podrygują wolne od dodatkowych warstw odzieży. Panie obficiej obdarzone nadal noszą i znoszą to z godnością. Za to głowy nie dam, za obecność komplementarnego fragmentu bielizny. On być może bezpiecznie pozostał w szufladzie, gdzie elegancko złożony, pachnący, czeka na chłodniejsze dni. Ekstremalnie można więc zamknąć kobiecość w jednej sztuce materiałowej (sukienka letnia) plus podeszwy dowolnie cienkie. Panowie próbują dogonić, ale czynią rzecz mniej zgrabnie – krótkie spodenki i obuwie kąpielowe. Przesadzam? Ej! Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Albo policzyć na sobie sztuki materiału po powrocie do domu. No chyba, że się celebrycko „zapomina” o garderobie, gdy flesz zerka łapczywie w stronę ubytków bieliźnianych. Jak poszło?  Udało się doliczyć więcej niż trzech skrawków materiału? To już jest zatwardziały konserwatyzm. Albo biznes bezwzględny i spocony. Widziałem, to wiem, że można w taką pogodę promenować Miastem w trzyczęściowym garniturze i krawatem zaciągniętym na szyi niczym garota. Wiem, bo pamiętam, że i mi się zdarzało. Ale nie dziś. I nie przyznam się ilu sztuk materiału doliczyłem się na własnym kadłubku.

Błękit świtu czaił się tuż za horyzontem i to chyba przez noc całą, bo nadszedł cicho i już był. Panoszył się zupełnie swobodnie, jakby u siebie od zawsze i w każdy kąt zajrzał. Tylko chwilkę później, nadszedł upał i łokciami rozpychał się tak bardzo, że świt zepchnął gdzieś w zakamarki dnia, a on sam eksplodował gasząc emocje i inne oznaki życia. Nawet kurz zdążył zwiędnąć nim południe nadeszło, a resztki istnień powolutku przesuwały się w kierunku szuwarów nad brzegami rzek. Wrony, psy i ryby zgodnie milczały, trawa szukała cienia pośród drzew, a te pochylały się nad taflą wody, żeby liściom ulżyć choć trochę. Nic to. Naprawdę nic. Asfalt wciąż leży, rzeki wciąż płyną, kalendarz odchudza się w stałym rytmie. Spektakularna ostatnio emigracja kontynentu dotknęła teraz klimatu i ów się do nas wprowadza nie pytając o pozwolenie i limity ilościowe. Podobno, to zaledwie zwiastun, ariergarda, niby rozdwojony języczek żmii, za którym dopiero jadowe zęby się wyszczerzą w śmiertelnym uśmiechu, lecz już doskwiera.


  • RSS