Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 1.2002

1. Tytuł (wymyślony na końcu) „Frazeologia domniemana, czyli ciąg dalszy potyczek ze słowami”
2. Prolog (wymyślany chaotycznie)
Jeżeli trafiłem na Arystotelesa pytającego „co to są śmieci?” – mój pech – wzorem jego żony sam opróżnię kubełek. Grzebię w śmieciach. Znalazłem w nich słowo tak niepotrzebne, że aż niezbędne: „CHCIAŁBYM…”. Jego praprzodkiem było słowo marzycieli: „gdyby(m)…” (miał…, był…, zdarzyło się…). Większość ludzi ma swoje „gdybym…” przed zaśnięciem, lub pod wpływem.
3. Mięso właściwe (treść pomysłu na notkę)
Słowo i jego wariacje (mógłbym, zrobiłbym i t d) stanowią przeciwieństwo ich samych bez tego „bym”. Oznacza po prostu „CHCĘ, ALE NIE ZROBIĘ TEGO”. Ludzie mieszkający poza światem materialnym stosują je bezwiednie i w dobrej wierze (kolejny wybryk?). Z tymi nie ma problemu. Ich wersja jest nieszkodliwa. Gorzej rzeczy mają się w świecie polityki, biznesu i stosunków międzyludzkich ze szczególnym uwzględnieniem seksu. Tam wykorzystuje się takie słowa do polowań z nagonką. Osaczają one ofiarę tymi wszystkimi „bym”, odcinając autora od źródeł zła, pozostawiając go jednocześnie na piedestale chwały i niewinności. Winne są niedopowiedziane okoliczności i enigmatyczni „ONI”. Wystarczy szybka kontrofensywa w postaci wykrzyknika „ZRÓB TO!”, aby w lawinie „nie mogę bo….” delikwent salwował się ucieczką. Żenujące kłamstwa, którymi pasiony jest adresat wzbudzają politowanie. Nie jestem wolny od tych słów, mało tego – czasami korzystam z nich „służbowo”, ale zadowolony z nich nie jestem. Pamiętam wiosnę, która zdążyła się przykryć śniegiem od tego „bym”. Wybierałem się w góry z kolegą. On „chciałby…”. Niech tam – zima w górach też była piękna.
4. Epilog I (samozadowolenie)
O rany!! Ale tu napłodziłem- zgroza! …MÓGŁBYM to skasować…
Nie trzeba mi przypominać, że jestem powikłany – też mam „oko”
5. Epilog II (miejsce na zachwyt)
Jeśli jest – zapraszam, obok „oka”

Ludzie bez pasji. Bezmyślnie zabijający czas przed ekranem telewizora, pomiędzy nocami które mijają nadaremnie. Dni będące kopią poprzednich, popołudnia, w których największą niewiadomą jest, czy zdarzy się coś, co zakłóci ich monotonię. I jak zwykle nie zdarza się.
Nie potrafię odnaleźć się w takiej klatce. Męczy mnie wieczna gorączka poszukiwania tego, co będzie decydować o kształcie moich dni i dawać powody nieprzespanym nocom. Cofam się pamięcią w stare dobre czasy, kiedy wróble ważyły 5 kilo… Pierwsza pasja – książki czytane przy latarce pod kołdrą gdyż nie dało się przerwać czytania, a rodzina chciała spać. Później piłka nożna również uprawiana nawet we śnie. Kolejno biegi na orientację, brydż sportowy, amatorskie wyprawy geologiczne i turystyka górska. Nic na pół gwizdka, wszystko do końca i bez reszty. Szukam dalej. Dotykam i sprawdzam rozmaite dyscypliny w obawie, że zostanę beznadziejnie przykuty do niekończących się seriali o niczym. Wszystko, czemu zechcę poświęcić czas lepsze jest od bezwolnej nudy. Nawet siedemnasty, kilometrowej długości szal szyty (? podobno to się robi na drutach…) dla Cyklopa może być niezłym pomysłem, bo być może jutro wróci czas Cyklopów i taki szaliczek będzie wtedy eleganckim prezentem rozpoznawczo-zaczepnym… A jeśli nie?… Malkontenci zawsze się znajdą. To już ich problem.

Czy wszystko musi mieć drugie dno? Jak sekretarzyki Ludwików Numerowanych? Tak byłoby przyjemnie, kiedy słowa oznaczałyby to, co znajduje się w ich definicjach. Bez poszukiwań odcieni, haczyków. Przecież strach powiedzieć, że podoba mi się czyjeś obuwie, bo odbiorca ODCZYTA, że cała reszta jest beznadziejna. Słowa nabierają podejrzanych znaczeń. Niedobrze.
Skoro ktoś powiedział słowo, choć NIE MUSIAŁ, powinno to oznaczać, że CHCIAŁ powiedzieć to, co zawiera się w jego słowach. To z kolei implikuje kolejny wniosek, że MÓGŁ użyć innego słowa, gdyby CHCIAŁ wyrazić coś innego. Wracając – powiedział, to co chciał i tak należy tego kogoś rozumieć.

Opty-dzień.
Zaspałem. Dzięki temu wstałem bardziej wyspany. W biegu ubrałem się, nawet sensownie. Widok w lustrze przyniósł dobre nowiny – nie wyrósł mi garb w nocy. Pasta do zębów nie ubrudziła mi kolan, nie poparzyłem się gorącą herbatą. Nawet nie zdążyłem się zmartwić brakiem cukru i cytryny. Wybiegłem przed dom – mżawka. Całe szczęście, że nie leje. Przez ten pośpiech w pracy byłem wcześniej niż zwykle. Mogłem spokojnie napić się kawy… Zapowiada się niezły dzień.
Pesy-dzień.
Zaspałem. Budzik nie raczył zadzwonić. Wieczny pośpiech – na pewno zapomnę o czymś ważnym, albo założę spodnie na lewą stronę. W lustrze wyglądam jak Zombie. Jeszcze tylko garba brakuje… Pasta do zębów spadała mi na kolana, ledwie zdążyłem odsunąć nogę. Herbata, nie dość, że gorąca, to bez cukru i cytryny. Na dworze mżawka – nawet pogoda nie dopisuje. Skulony gnam do pracy, żeby się nie spóźnić. Ledwie zdążyłem. Boję się robić kawę, bo tak paskudnie zapowiada się ten dzień.

Znowu komuś wydaje się, że powinienem zrobić więcej niż to, za co chciał zapłacić. Dwa dni pisałem odpowiedź na paszkwil. Inaczej – napisałem szybko, tylko potem nabierała mocy urzędowej na moim stole i łagodniała ze względów dyplomatyczno-politycznych. Dwa dni łagodności pozbawiły pismo zęba jadowego. Wysłałem je dzisiaj do pośrednika pomiędzy mną, a inwestorem. Przyszedł komentarz: Za ostre. Ciekawe, co by się działo, gdybym wysłał wersję pierwotną….

Motto: >>” Panta rhei” powiedział wielki czarownik i od tamtej pory rzeka płynie…<<
Mam w sobie wystarczająco dużo miejsca, żeby zmieściła się we mnie galeria ludzi. Nie tych z pierwszych stron gazet, czy kart historii. Tych trzymam w encyklopediach, regułach i przedmiotach (pamięć zewnętrzna). Wewnątrz mnie znajdują się szkice tych, którzy otarli się o mój świat. Ilekroć zwiedzam tę galerię, dostrzegam nowe ramy wiszące obok nieźle już prezentujących się obrazów. Widzę, jak przybywa im barw i szczegółów. Niektóre, zakurzone, od dawna nietknięte pędzlem spotkania próbują mi się wymknąć, inne sam staram się wynieść do magazynu. Jednak, gdy tylko się zbliżę czuję jak drży mi ręka. Przecież BYŁ powód, dla którego obraz się tu znalazł… kiedyś… Ludzie sprzyjający mi, lub wrogo nastawieni – bez różnicy – stworzyły mnie takiego jakim jestem. Bez nich byłbym dziurawą skorupą wyrzuconą przez morze na bezludny brzeg.
Może odeszli… ale część ich bagażu została we mnie.
Może przyjdą… zmieszczą się.
Oby przyszli… tyle jest do zrobienia…

Podobno entropia rośnie. Haos wzmaga się z każdym dniem. Porządek pierwotny został naruszony nieodwracalnie. Objawy tego nieładu zaatakowały mnie. Lawiruję pomiędzy problemami starając się wcelować wykałaczką w najbardziej nieświeże owoce. Niektórych niestety nie można ominąć, czy odłożyć na kiedyś (w domyśle na wieczność). Oby nie ubrudzić sobie przy tym łapek.
Dlaczego zdarzenia trafiają się hurtem? To chyba zadanie z matematyki.Teoria na poziomie podstawowym wspomina, że jeśli coś zdarzyło się raz, to oznacza, że będzie się powtarzać w nieskończoność. Na razie nie znalazł się mądry, który powiedziałby jak uniknąć pierwszego razu.

- Wczoraj zdominowane głosem. Wirtualny przypadek przyniósł mi go. Nie zmarnowałem okazji. Pieszczę się nim w chwilach, gdy rzeczywistość mi doskwiera. Nie wiem dlaczego ma na mnie taki wpływ, że potrafię dryfować tym głosem w mgławice prywatnych konstelacji umysłu, niedostępnych, odgrodzonych od świata barierami nieufności. Zwalczam w sobie pokusy zwiększenia próbek. Zbyt wiele nałogów zrobi ze mnie niewolnika. Bronię się słabo. Przecież sprawia mi to przyjemność, chcę tego! I jak zlokalizować tą niesamowitą „chęć- strach” w kategoriach dwustanowych? W głowie mam poszatkowana kapustę. Wątki zaczynają się i plączą ze sobą. Myśli rozwidlają się na rozstajach splotów – niedokończone, niedopowiedziane, rozmaite.
Niejaki Aleksander znalazł sposób na nierozerwalny węzeł…Ja muszę do tego dopiero dorosnąć.

Malutki ukłon kierunku „odrobiny szaleństwa …”
Zerknąłem w lustro przez przypadek. Nie miałem zamiaru ani się golić, ani też stroić jakichś wyrafinowanych min – np.: cyniczno-wątpiącej ( pod hasłem: „wiem, że kłamiesz, ale nie wiesz, jak słabo ci to wychodzi”), albo strwożonego szczęścia ( wyciągam dłoń po bezpański diament i dostrzegam, że leży on pomiędzy migdałkami rześkiego aligatora). Zauważyłem ruch lustrze i podniosłem wzrok. Naprzeciwko mnie niby-ja. Mój negatyw. REKLAMA MNIE. Odwzorowanie, cień, fatamorgana. Im głębiej zaglądam, tym wyraźniej dostrzegam trafność porównania. Przecież reklama jest odzwierciedleniem towaru. Fakt, że czasem ładniejsza od oryginału. Nie podejmuję się porównania.
Reklamę lubię – mam takie nieszkodliwe hobby. Płacę podatek autorom pomysłu. Projekt, wykonawstwo, rozpowszechnienie daje zajęcie tylu ludziom, że aż strach pomyśleć o rozmiarze bezrobocia, gdyby reklama odeszła do lamusa.
Ten lusterkowy twór jest przy tym o tyle dziwaczny, że trudno go sklasyfikować. Taki właśnie produkt-nie-produkt. Niby wytworzony na sprzedaż, a sam w sobie niczemu nie służy. Pomijam czyszczenie butów folderami i parzenie kawy podczas przerw w TV-filmach. Szklarniowy kwiat – piękny, kolorowy – a nasion i owoców brak

Mam w sobie whartonowską zdolność adaptacji. Nie posiadam co prawda barki, młyna, mansardy na poddaszu, czy stolarni, ale… Błyskawicznie dostosowuję się do otoczenia. Potrafię świetnie czuć się ( nie znosić, a cieszyć się) z noclegu w lesie, podrzędnym hoteliku, namiocie, jaskini lub domku campingowym. Najwięcej problemów stwarza mi luksus. Czuję się w nim troszeczkę nie na miejscu. Krawat i garnitur nie boli mnie, jednak ktoś, kto uważa ten zestaw, za wygodniejszy od dresu i polara jest albo oszustem, albo nigdy nie zdejmuje marynarki. (UWAGA: nigdy nie używać słowa „nigdy” – to też kłamstwo). Zmieniam zawody, w pracy zmieniam stanowiska, na stanowisku miejsce postoju. Przeprowadzki i „przemeblowania” kończą się nieodmienne tym, że miejsce dla mnie jest tym, którego nie chcą inni… Do czasu – aż się w nim urządzę. Na własny użytek wymyśliłem aforyzm: „Starość boi się zmian”
Myślę właśnie o zmianie… Problem stwarza mi zawód, który obecnie wykonuję. Czuję się z nim świetnie. Lubię to co robię i chcę to robić. I jednocześnie chcę zmienić otoczenie…
Może jestem nienormalny..? Albo najzwyczajniej stary


  • RSS