Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 2.2002

Kładę atramentowe ślady na kalkach map mojego miasta. Wielki Czarownik wyznaczył swoje centra. Łączę je z jego ośrodkiem nerwowym. Sieć neuronowa, pajęcza nić, kłębki czerwonej przędzy…. W moim mieście…
W moim mieście wybudowano „bożnice samochodowe” i hipermarkety.
W moim mieście likwiduje się szkoły, żłobki, szpitale, przychodnie.
W moim mieście wysypiska śmieci stały się miejscem wypoczynku.
Z mojego miasta zniknęła część moich świętych miejsc.
W moim mieście jest więcej wykopów niż nietkniętych ulic.
W moim mieście projektuje się jeszcze więcej zmian.
Maczam w tym palce. Czy słusznie? Miasto nadal podoba mi się.
Nie przesadzać z pracą. „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki…”

Nakarmiłem się cudzymi snami. Mam już sporo całkiem milutkich pastwisk. Gdzieś muszę nadrabiać niedobory własnych. Mnie sny śnią się przy otwartych oczach. W tle, gdzieś pokój dalej roztrząsają dylematy tolerancyjne. Zadałem pytanie: szare jest czarne, czy białe? W dwustanowych pozycjach o tolerancji nie ma mowy. Dzik jest dobry, kiedy leży na talerzu ( a jeśli nie, to strzelam do kucharza), a bardzo niedobry, gdy mnie goni po lesie. A przecież dzika zmienił mój punkt widzenia.
PS. Zapamiętać – znowu dzień bez Alzheimera. Okazało się, że siostra R. ma na imię Basia a ja to pamiętam. Witaj masełko!

A jeśli świat faktycznie jest skutkiem i była jakaś przyczyna?
Zastanawiający staje się powód. Pewnie ziemia jest jakimś stanem przejściowym i przepoczwarza się dopiero. Ale nie o tym miało być. Skoro zdarzyło się raz i może zdarzyć się nieskończoną ilość razy ( indukcja mat.), to ktoś gdzieś w tej chwili pisze lustrzaną notatkę i odbiera podobne impulsy. Witaj JA-GDZIEŚ. Jak to dobrze, że rozumiemy się bez słów.
Jeśli spędziłeś wieczór (czy tam są wieczory?) podobnie do mnie, to na pewno jesteś niewyspany, ale zadowolony. Zresztą, co ja Ci będę opowiadał – sam wiesz. Może wpadniesz do mnie na kieliszek kawy? Obyś tylko nie był zbudowany z antymaterii, bo się unicestwimy. Chociaż może warto zaryzykować? Zastanów się i daj znać.
Aaa! I jeśli wiesz, to powiedz mi jak nazywa się stopień najwyższy od „chcieć”.

Zainteresowałem się kształtem. Nie, żeby tak bez powodu – wpadła mi do głowy koncepcja elektronicznego, przestrzennego modelu ziemi wysokiej rozdzielczości. To urządzenie przy opcji full zoom miałoby pokazywać szczegóły do pojedynczych okazów fauny i flory, przy zachowaniu kolorystyki odpowiedniej do panujących pór roku. Przy drobnych nadwyżkach zasobu pamięci można dokleić opcjonalnie geopolitykę, historię i ekonomię. I kiedy tak trzymałem w umyśle tę porowatą, ospowatą bryłę, upstrzoną przez Boga i ludzi targowiskiem osobliwości pomyślałem o kształcie. Widziana okiem płaska ziemia okazała się najpierw być kulą, później elipsoidą obrotową, elipsoidą trójosiową, kardioidą, a wreszcie geoidą. Wszystkie nazwy wymyślono chyba do jednorazowego użytku. Szybkie „dokształcanie” wykazało, że powodem niezdecydowania naukowców stała się grawitacja i oceany. Bo niby jak woda (która podobno powinna osiągać najniższy punkt i mieć wypoziomowaną powierzchnię) może być WYPUKŁA? A wystarczy popatrzyć na najuboższy globus…

Eksperyment.
Leżąc nago w ciemnym pokoju podciągam kolana pod brodę, ręce układam wzdłuż tułowia i uginając w łokciach dotykam dłońmi kolan. Zamykam oczy i otaczam się miękkim, ciepłym kokonem – takim, który potrafi stłumić słabe zewnętrzne bodźce. Usiłuję rosnąć i nabrać sił. Nie potrafię. Nie jestem w stanie zasnąć. Czuję, że nie rosnę. Siły mnie opuszczają. Zmieniam pozycję przekręcając się na jeden z boków. Na więcej mnie nie stać. Poddaję się. Nie wytrzymałem nawet pięciu minut. O miesiącach – mowy nie ma! Zadaję sobie pytanie: dlaczego noworodki płaczą? Powinny się cieszyć, że męka minęła.. Przecież one nie wiedzą jeszcze o pracy, obowiązkach i podłościach świata. A dostają swobodę ruchów… Czyżby jej nie chciały? Być może jesteśmy stworzeni do życia w klatkach. Podłogi ograniczeń, ściany zakazów i sufity niemożności. Im bardziej osaczamy się barierami, tym więcej zadowolenia i głupiej satysfakcji. Ujarzmieni przedmiotami, kanonami, spętani myślą o jutrze… Horyzonty jedynie słusznych rozwiązań odrzucają odmienność alienując ze społeczeństwa niesubordynowane jednostki. Mimo to wśród nich właśnie szukamy geniuszu. Tej iskry, która pozwala na wykonanie ruchu wbrew wszystkim, dla sprawdzenia co będzie. Niektórym się udaje.

Konstrukcja pod wpływem niezjedzonej sałatki z kaktusa w Dzień Kolibra.
Szkielet nie wystarczy, żeby ryba zaczęła pływać. Obudowanie tegoż szkieletu materią to nadal za mało. Dopiero drgnięcie białka, pozwala na wykonywanie jakichkolwiek ruchów. Takie niby – życie. Dopiero wtedy można spodziewać się płynności ruchów i piękna, jeśli dołoży się kolejny cud w postaci odrobiny czegoś równie jak życie nieokreślonego, co najczęściej nazywamy duszą.
PS. Rzeczy nie dzieją się w próżni. Przedmioty wymagają użytkownika. Mówiący – słuchających. W najgorszym razie lustra. Wieczór zostawił obraz na szkle. Dlaczego tak często masz rację???
I co oznacza: diabeł grający na fujarce, podniesiona flaga składająca się z samych lampasów, ogolony na gładko baranek, miękka laseczka chorego na korzonki staruszka? Dysonanse surrealistyczne jakby żywcem przeniesione z powikłanego świata Salvatora D.

Newton`owskie prawo echa (że niby akcji towarzyszy reakcja o przeciwnym zwrocie, równej sile i kierunku) wykorzystywane jest bardzo często. Poubierane w słowa tak rozmaite, że aż kucam z zachwytu ilekroć znajdę jakiś nowy strój. Ostatnio przypomniało mi się jedno z praw cybernetyki na temat sprzężeń. Ktoś uszył zdanie, że konkretnemu działaniu towarzyszy konkretna odpowiedź. Mało tego rozwój zdarzeń wywołany w pierwszym kroku powoduje powstanie całego cyklu zwanego sprzężeniem zwrotnym. W przekładzie na język ludzki wygląda to tak, że należy wykonać odpowiednią akcję zaczepną dla osiągnięcia pożądanego efektu. Działanie wywoła jakieś echo, które to echo wywoła kolejne…. Efekt lawinowy. I ta nieszczęsna „ZA SŁONA ZUPA” mogła mieć na wstępie jakiś minimalnie negatywny dźwięk, rozdmuchany w następstwie odbijania piłeczki do rozmiarów szalejących żywiołów. Wywołanie „zbiegu okoliczności” może przerosnąć oczekiwania. Gdy sytuacja przybiera zły obrót wymyśliłem na własny użytek takie małe szaleństwo. Aby uspokoić wiry można odpowiedzieć na zarzuty: „JA TEŻ CIĘ LUBIĘ”

W dobrym tonie jest obecnie znajdowanie się w stanie permanentnego zadłużenia – i to możliwie wielokierunkowo. Banki, fundusze leasingowe, hurtownie, dostawcy, podwykonawcy – istnieje wiele sposobów stanięcia po stronie dumnych zdobywców rynku, z wielkimi, wzbudzającymi szacunek i podziw dziurami w kieszeniach. Nie zastanawiałem się głębiej, czy to moja wina, czy też zasługa, niemniej fakty są nieubłagane – Jestem niezadłużony! Co to może oznaczać? Lenistwo? Pasywność i beztalencie ekonomiczne? Bo to przecież nie ja spędzam zimy w Alpach, a lata na Thaiti. Trofea safari, paryska moda, niemiecka motoryzacja, japońska elektronika, i tajlandzkie dziwki też nie dla mnie. Ba!… Zamówienie pizzy na telefon wywołuje wahanie po drugiej stronie, czy jestem wypłacalny, a stówa położona na ladzie w spożywczym – pełen zrozumienia uśmieszek i nieme pytanie, jak dożyję pierwszego (skąd one to wiedzą, że ostatnia?- Czy to widać?). Na pocieszenie mogę o sobie powiedzieć, że jestem nieWINNY!!!
„Nabieranie” (przewrotne to słowo…) „zdolności kredytowej” (kolejny rodzynek). Otwiera się konto w dowolnie wybranym banku. Na bazie deklarowanych wpłat maszyna bankowa „nadaje” odpowiedni poziom zdolności. Po pewnym czasie (chwilowo) rezygnuje się z wpłat do tegoż banku na rzecz innego. Lustrzane działanie dostarcza takowych efektów. Posiadając dwie „zdolności …” można już spożytkować je organoleptycznie. Wystarczy wykonać „dopuszczalny debet” w jednym banku i „spłacać” go „przelewając” brakujące kwoty z drugiego „dopuszczalnego…” Dobrze jest pamiętać o drobnym przesunięciu fazowym terminów badania „stanu konta”, co pozwoli na bezpieczne dysponowanie jednym z „dopu…” , a problem „wyrównania zobowiązań” zostaje „przelany” na spadkobierców. Przy większej aktywności w tej sferze, osiągnięcie pożądanego poziomu dziur można zrealizować poprzez zwiększenie liczby banków biorących udział w „operacji”. Moja ignorancja w dziedzinie finansów sprawia, iż należy powyższe traktować jako „poradę z ograniczoną odpowiedzialnością”.

Chyba nagrzeszyłem w piątek…
Poranne zabawy w sieci ktoś przerwał szpadlem. Być może dosłownie. Z pewnym zdziwieniem zauważyłem objawy uzależnienia. Czyżbym został nałogowcem? A niech tam! I tak święty nie jestem.
Podobne zdziwienie wywołał sukces po dwudniowej walce z imadłem skręconym w mojej głowie, gdzieś w niereklamowanych fragmentach Gór Stołowych. W schronisku… (a może to był bar we wsi – nie pamiętam, bolała mnie głowa) kwadrans po wypiciu beznadziejnej czarnej kawy, to miękkie w głowie zaczęło normalnie oddychać. Więc może nie była beznadziejna, tylko po prostu niesmaczna?

Ciąg dalszy poranka (nadal bez Griega)
W pracy czajniki wędrują po wodę. Księgowa śpiewa „zatańczysz ze mną jeszcze raz” (ostrzeżenie, czy obietnica?), kserokopiarka wystukuje rytm, kierownicy naradzają się, jak wykazać się przed inwestorami. Powstają raporty. Robię inwentaryzację zieleni (ZIMĄ). Obok poszukuje się kosztorysów różnicowych do poprawek siódmego stopnia. Projekt nie sprzeda się chyba przed końcem świata. Praca dąży do nieskończoności, chociaż jest DZIELONA. To jakiś absurd. Przy życiu trzyma mnie świadomość, że piątek zdążył już przewinąć dwie służbowe godziny.


  • RSS