Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 5.2002

Postanowienia.
Pogorszył się mój standard poranny. Zapowiadające się „nowe” już zaczęło obrastać w zdarzenia. Muszę wychodzić kwadrans wcześniej z domu, co z kolei sprawia, że Moja Wróżba Na Dzień Dobry już nie dla mnie. No i zaczęło się! Na początek jakiś staruszek o nogach szybszych od oczu próbował przejść przeze mnie. Chwilę później kobieta w wieku popoborowym zatrzymała się tak raptownie, że niewiele brakowało, abym się z nią zespolił trwale. Jedyną pocieszającą(?) informacją o bladym świcie była wiadomość, że jestem zbyt bogaty na otrzymywanie jałmużny w zakładzie pracy. W obliczu powyższych zjawisk, tudzież wydedukowanych niechętnie kolejnych prognoz wykonałem kilka postanowień na czasy nadchodzące:
1. Polubić poranki
2. Znaleźć zastępczą Wróżbę
3. Zwiększyć czujność
4. Przeprowadzić śledztwo w sprawie finansów
A może jutra nie będzie? Na wszelki wypadek otwieram szerzej oko a ciała obce omijam szerokim łukiem. Wydaje się, że łatwiej będzie polubić poranki, niż wykryć przecieki gotówki. Najbardziej ponuro wygląda kwestia Wróżby. Jakby ktoś jakiś pomysł podrzucił – będę wdzięczny.

Cel na celowniku.
Dlaczego na śniadanie jem chlebek z szynką?
Bo jestem głodny.
Jak łatwo zbłądzić w natłoku nieistotnych informacji… Szum wytworzony wokół sedna potrafi zatrzeć obraz celu. Pozornie proste pytanie potrafi wywołać odpowiedzi tak rozmaite, jak przekrój społeczeństwa. Owszem, można sobie pofilozofować nad składnikami menu, rozbudować dywagacje nad wartością słów (znowu Arystoteles: ”co to jest śniadanie?”), jednak nie wolno zapomnieć o sprawie nadrzędnej. Zdrowy rozsądek, zwany niekiedy chłopskim rozumem powinien przeważać, szczególnie tam, gdzie od działań podjętych oczekujemy jakichś rozwiązań, czy gotowych recept na przyszłość. No i dla procesów demaskatorskich. Jeżeli czegoś nie można zrozumieć należy poszukać celu, któremu może służyć taka działalność i już leży na patelni pieczony gołąbek rozwiązania. Temat nadaje się na rozbudowę do kosmicznych rozmiarów, jednak moje lenistwo nie pozwala mi na to. Pomysł powstał po niewinnych pytaniach, niech skończy się podobnie:
Dlaczego piszę?
Dlaczego bloga?
PS. Z ostatniej chwili. Inwestor zadał pytanie: „Po co upoważnienie dla Oka?”. Odpowiedź, jak się domyślacie: ”żeby Oko mógł projektować dla Inwestora”. Oczywiście z całym szacunkiem dla rozmiaru ignorancji…

No i proszę.
Przekonałem się, jak stabilny jestem w poglądach. Właśnie napisałem notatkę, którą już wcześniej udało mi się napisać. Czyżbym był konserwatystą, o ukorzenionych zwyczajach i zapatrywaniach? Jeżeli ktoś byłby zainteresowany zamieszczam ją w komentarzach. Z lekkim co prawda niepokojem to robię, jako że wskazuje to pośrednio na moją sklerozę, albo ograniczenie umysłowe. A może najzwyczajniej w świecie „wyczerpałem się twórczo”. Chwilowo przyjmuję do wiadomości optymistyczny wariant, kładąc efekt na karb moich wykrystalizowanych poglądów, tudzież zwalam winę na działania mnie otaczające, sterujące myśli w kierunku poruszanego tematu. Przecież nic nie dzieje się w próżni, więc i lustro odbić może wyłącznie to co widzi. A dzieje się… oj dzieje…

Ostatni Mohikanin.
Reprezentuję gatunek wymierający szybciej niż ptaki dodo. Po ostatnich „zabiegach pielęgnacyjnych” w firmie jako jedyny mogę wylegitymować się glejtem do uprawiania zawodu. Optymista powie – to dobrze. Można spodziewać się większych dostaw świeżej krwi na rachunkach bankowych. Pesymista zauważy, że na samotnika spadną wszystkie ciosy zwierząt związanych z cyklem inwestycyjnym. A ja? Jak sierotka siedzę sobie przed lusterkiem 19″ i dumam, czy jestem Pesy, czy Opty. I jak długo potrwa moja walka. W takich sytuacjach nawiedza mnie nieodmienne skojarzenie – „samotny biały żagiel”.

Raport poranny 6.30.
Pojawiła się staruszka z wiaderkiem nierozkwitniętych piwonii i zaadaptowała na kwiaciarnię fragment chodnika w pobliżu schodka przed cukiernią. Bezpański pies o wyglądzie złodziejaszka wracał z codziennego, rutynowego obchodu rewiru. Wielkość łupów nieznana. Półmetrowej wielkości pluszowy miś na wystawie sklepu hybrydowego (papierniczo-zabawkarsko-usługowy) przymierzał się do płaczu. Na wielkim bilboardzie reklama niczego w kolorze spłowiałego błękitu. Mały fiat z karoserią pogniecioną, jakby wykonana została ze zmiętego papieru przetoczył się pośród wielu innych wyglądających lepiej. Parę kobiet o bosych stopach zamkniętych w rozmaitym obuwiu spieszyło do codzienności. Leniwa gawęda wędkarza z kolarzem. O dziwo nie było „braminów” szukających szczęścia w tanich winach nawet o tak wczesnej porze. Moja Wróżba Na Dzień Dobry nie pojawiła się również.

cd zawodowych sprawek.
Status.
Bardzo dziwna zależność służbowa powstaje w momencie, gdy pracownik w swoim stałym miejscu pracy zostaje kierownikiem. Ani do takiego na „Ty”, ani „pan(i)ować”. Lojalność wobec przełożonych, czy wobec podwładnych? Wczorajsi koledzy, dziś na innym szczeblu hierarchii stają się podejrzliwi. Przełożeni mają mikroproblem, jak takie przepoczwarzenie będzie przebiegać. Dostęp do informacji poufnych, czy zwiększenie walorów materialnych okupione zostają samotnością w gronie dotychczasowych znajomych. W przypadku utraty stanowiska jest równie nieinteresująco. Współpracownicy patrzą na takiego jak na egzotyczne zwierzątko, a stopień nieufności jest niemniejszy. Początkowa nieśmiałość może zaowocować próbami rekompensowania sobie wcześniejszej podległości. Najbezpieczniej zmienić pracę i wystartować z określonego pułapu. Wtedy przedpole jest czyste i wolne od elementów przypadkowych.
Ech! Poszedłbym w dyrektory…

Po złej stronie podziału.
Nie mam głowy do pisania. Myśli wokół mamony krążą. Zdumiewające jest, że ten kraj w ogóle potrafi jeszcze jakoś prosperować. Zaobserwowane zwyczaje wszelakich „biznesmenów” począwszy od wielkich, a na firmach jednoosobowych kończąc koncentrują się na realizacji jednej podstawowej zasady. Nikomu i za nic nie płacić. I tak każdy ma kieszenie pełne długów, a papiery pełne zobowiązań innych. Miałem wątpliwą przyjemność znaleźć się na jednym z dolnych szczebli drabiny, tj tam, gdzie pracy jest więcej niż orwelowski koń mógłby przerobić, a pieniądz pozostaje elementem nieznanym. No… niezupełnie – jest „na papierze” i w sferze ustnych zapewnień. Teraz spiskuję jak je zmaterializować. Ciężko to idzie, bo przepisy jakoś lepiej traktują winnych.

Wizja lokalna.
Powód bliżej nieznany skłonił mnie do zerknięcia w lustro. Nic nowego. Pajęczyn we włosach nie dostrzegłem, nos po ostatnim goleniu pozostał na swoim miejscu. Całość… ogólnie nieźle, choć może to było spowodowane barbarzyńską porą (5.50). Oczka zalepione nocą nie wydają się być szczególnie przenikliwym narzędziem obserwacji. I do tego jeszcze element subiektywizmu. Samouwielbienie nie pozwala mi powiedzieć nic mniej, jak to, że śliczny jestem. Gdyby nie ugruntowany heteroseksualizm pewnie zakochałbym się w sobie. Rutynowo opłukałem swoje opakowanie i wykonałem szereg porannych czynności, których się nie pamięta z powodu nadmiernego przyzwyczajenia. Wyszedłem z domu akurat, by zdążyć spotkać Moją Wróżbę Na Dzień Dobry. Czyżby miało się okazać, że na dodatek jestem mądry? Na razie nic na to nie wskazuje, ale dzień dopiero się zaczyna. Dam mu szansę. Może sprawa wyjaśni się do południa.

Kalkulator.
Osaczony jestem. Zewsząd stada i kohorty cyferek. Zestawienia, obliczenia, numerologia stosowana, wieści szyfrowane cyfrowo, informacje zbędne i pożyteczne Dookoła nic się nie dzieje bez cyfr. Jestem zanumerowany w kilku urzędach, bazach danych, archiwach. Moja obecność traktowana jest tak „niecieleśnie”, jak tylko można sobie wyobrazić. Jakby mnie nie było. Jestem kodem, cyfrowo napiętnowaną jednostką. W życiu zawodowym cyfryzuję jeszcze nie istniejące dzieła. Nawet w dziedzinach nie związanych z materializmem liczę na coś, na kogoś. Obym się nie przeliczył. Już samo myślenie o ludziach, jako o jednostkach, względnie o masie jest takie niepokojąco zbieżne z wielkościami znanymi naukom ścisłym, a służącymi jedynie katalogowaniu i porządkowaniu.
Aby poczuć się bardziej ludzko zamiast „liczę”, powiem „mam nadzieję”, że operacja totalnego uporządkowania nawet najmniej złożonej osóbki nie powiedzie się.

Przewagi.
A dzisiaj kleksa chciałem postawić. Niestety. Nawet tego nie potrafię, więc za radą Clanaśki zostawię tylko trochę wolnego miejsca dla wyobraźni.

(tu wstaw kleksa) ->

Piórem byłoby łatwiej…jednak zdecydowanie wolę ołówek. Przetestuję, czy uda się postawić kleksa ołówkiem. Słabo wróżę temu przedsięwzięciu, ale może właśnie dziś jest dobry dzień na testy.
PS. Postawienie jajka przez Kolumba też wydawało się nieprawdopodobne.


  • RSS