Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 7.2002

Z dymem.
Mgła usiadła na miasto. Taka tłusta, jesienna. Autobusom powyginały się od niej dachy, zwierzęta pochowały się, a ludzie pośpiechem maskowali niechęć. Z papierosem w ustach patrzyłam na fragment tego miasta – taki z opłotków i pętli i prostokątnych tablic ze skreśloną nazwą miejscowości – zaściankowy, wiejski. W głowie kiełkowało pytanie: co mnie tu trzyma? Betonowa termitiera podobna do innych? Mętny nurt stanowiący zlepek wiosennych deszczy nad czeskimi, lub polskimi górami? Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Ciąg pytań wydłużył się. Gdzie w takim razie chcę mieszkać? Czy chcę mieszkać gdzieś poza? Uświadomiłam sobie, że nie chcę stąd wyjeżdżać, że nie potrafię… Nie –tak nie!. Tak jak się wychodzi z domu, ze świadomością powrotu, niczym pępowiną przypięta do tego miejsca, wracam. Jestem u siebie i przy sobie. Nasiąkam tym miejscem i ono nasiąka mną. Które z nas pasożytuje? Karmimy się sobą wzajemnie. Ono sobie poradzi – Przeżyło już tyle istot myślących podobnie, a wciąż trwa… Czyli JA. Ja jestem pasożytem – tą, która produkuje śmieci, komarzycą. Zaszczepię w następnym pokoleniu to samo przywiązanie. Granice, to nie te kreski, które historia ustawia na mapach. Granice są w głowach. Moje rozpoznam. Poza jest obce. Nawet, jeśli to jest dwie ulice dalej.

Ekstrawagancje mają wakacje – na chodnikach zrobiło się monotonnie.
Suszę w szklance herbaciane liście i myślę, że nie potrafię z nich wróżyć. Znajomość przyszłości – czy potrzebna mi? Informacja, że jutro się upiję, a nadmiar alkoholu wypompuje ze mnie ciężarówka prowadzona ręką napompowanego podobnie do mnie? Albo że ktoś będzie chciał żebym coś, a ja to coś owszem, chętnie? Nie spieszy się mi. Poczekam na to jutro. Niech sobie przyjdzie i będzie niespodzianką. Ciekawe, czy powstaje dylemat wśród osób przeświadczonych o nieuchronności przyszłości. Stają na skrzyżowaniu i dręczą się wyborem drogi, wiedząc, że i tak wybiorą tę zapisaną w księgach… Kto wybiera drogę? Moje nogi – przywykłe codziennością do znanych nierówności chodnika? A może głowa kierowana wzrokiem, w poszukiwaniu jakiejś odmiany? Jeszcze został umysł, który coś tam sobie kombinuje na określonym poziomie świadomości. A może przesadzam z tym dylematem.
Tak sobie tu knuję, że zaczynam wyglądać na takiego, co to na skrzyżowaniu stanął…. A ja na podstawie autoobserwacji wyrobiłem sobie zdanie na swój temat, że stwarzam się sobie codziennie. I te stworzenia startują z coraz innego miejsca. Gdzieniegdzie zostawiam nawet szybko bleknące ślady obecności.

Gwoździe.
Sobotnio niedzielne obserwacje skupione zostały na fantastycznie ukształtowanych piaskowcach, a wzrok ostrzony na szpiegowaniu krzaczków poziomek. Tak wyćwiczone Oko w nagrodę dostało do przestudiowania zestaw norm i wytycznych spłodzonych na bazie ustaw obowiązującego w mniejszym lub większym stopniu prawa. Bagatelka – oceniam na smaczek całość na jakieś sześćset stron. O płodności autora może świadczyć, że dla zwiększenia objętości dzieła (wartość wyrażona w PLN jak sądzę) posługuje się cytatami i streszczeniami rozmaitych dokumentów normatywnych (w tym również takimi, które straciły ważność jakieś dwa lata temu). Nie zamierzam poświęcać temu dziełu więcej niż jeden dzień z mojego życiorysu zawodowego, więc kończę pisaninkę i zabieram się do lekturki.
PS. Oko musiał udowodnić znajomość owych dokumentów dla popełnienia zawodu. Ciekawe, czy autor do ich płodzenia również…

Żagiel.
Może to za duże słowo i wystarczyłby kurek na dachu…. Spełnia podobną rolę, a zajmuje mniejszą przestrzeń. Chodzi o pytanie, jak się „ustawiać”? Jeżeli działanie jest karane, to może należałoby przespać życie, pozostając w zgodzie z przysłowiem : „kto śpi – nie grzeszy”. Drugi koniec kija równoważy (? obciąża) jeden z paragrafów regulaminu wojskowego obowiązującego w najdzikszym z narodów świata: „najgorsze działanie jest lepsze niż jego brak” – i nawet tam nie karzą za podjęte decyzje… noooo…. przynajmniej nie wprost. Niczym wahadło kręcę się pomiędzy szczytami. Tik-tak.
Z drogi.
Wielkie ciężarówki zasłaniające widoki, autobusy przeganiające mnie z jezdni. Dzień dużych przedmiotów i małych spraw.

Telegram.
Jestem gdziekolwiek.
Robię coś innego.
Wracam jutro.
O dzisiaj powiem tylko, że jest.

W oku.
Zmasowany atak sprzątaczek na chodniki, kobieta w zaawansowanej ciąży wyprzedzająca przechodniów, wysyp mężczyzn z noclegowni Brata Alberta, którzy mieli szczęście (pecha) nie zarobić wczoraj na alkohol w okolicach dworca głównego (ciekawe, że czasami widzę ich naradę wojenną na węźle cieplnym przed wyruszeniem w rewiry, a dzisiaj ta odbywała się w marszu – zaspali??)….
W głowie.
Pogrzeb niepraktykującego doktora na stu sześćdziesięciu pięciu stronach, „Niskie łąki” w których szukam Miasta, katalpa – drzewo egzotyczne, a jak się okazuje interesująco mnogo cielesne w moich okolicach, polityka i finanse niestety… – nie sposób uniknąć – zbyt blisko podeszły.
Pozytywy.
Już za cztery tygodnie urlop.
Negatywy.
Dopiero za cztery tygodnie urlop.
Obiektywy.
Za cztery tygodnie urlop.
Podsumowanie.
Zmęczenie… raczej uzasadnione. Liczenie czasu nadaremne – ów poradzi sobie beze mnie

Czy to coś zmieni, jeśliby okazało się, że oko jest kobietą?
No dobrze. Już od dawna męczą mnie te męskoosobowe końcówki. Pół roku zabawy sprawia, że zapominam się czasami w rozmowach ze znajomymi i zdarza się popełnić lapsusa. Sieć to takie przytulne miejsce, żeby zostać kim się tylko żywnie zamarzy. Wystarczy odrobina samozaparcia, żeby nie wtrącić notatki o kolejnym okresie, lub jego braku… Mogę być ruda, mogę być stateczną mamą, mogę robić to, na co w życiu odwagi nie starcza i to, o czym myślę wciskając głowę w pościel. Mogę. Robię? Tego pewna nie jestem, chociaż wydaje mi się, że parę osób zostało przekonanych. Ostatecznie, skoro ktokolwiek czyta notki, to moja płeć nie powinna stanowić o jakości tego co zawierają. Podoba się, albo nie. No chyba, że ktoś tu szuka (?? – miłości/seksu/… czort jeden wie, czego?). Waham się, czy wkleić to wyznanie, ale mam dzisiaj wakacyjny nastrój. Jeśli komuś zależy, albo przyzwyczaił się do prezentowanej płci to proponuję się odzwyczaić. Od dziś (chyba, że mi minie) będę prezentowała rozmaitość.
PS. Dziecko mi się marzy. Znaczy, nie ciąża, tylko notki ośmiolatki/tka. Ciekawe, czy potrafię?

Proces twórczy.
Kiełkuje we mnie coś nieokreślonego. Wywracam umysł na lewą stronę, żeby pojawiło się na wierzchu, ale nic. Żadnych rezultatów. Nie potrafię nawet ocenić, czy rzecz dotyczy aktywności, czy też jej braku. Coś mi się chce, czy raczej nie? Grzebanie w podświadomości odpada. Nie będę szukał psychoanalityka, który za ciężką gotówę zinterpretuje swoim pokracznym umysłem mój stan. To już lepiej się upić. A może właśnie o to chodzi. To mi przypomina, że w barku trzymam „wyrazy” – mocna rzecz staropolską modą przyrządzana. Przepis stanowi tajemnicę właściciela, ukrywaną nawet przed rodziną. Pewnie jak pierworodny osiągnie wiek odpowiedni zostanie zapoznany z recepturą. Bez względu na to „wyrazy” czekają w barku. Przydałaby się jeszcze swojska wędlinka, bo te oferowane przez nasze sklepy stanowią falsyfikat niewiele mający wspólnego z oryginałem. Ogórki kiszone wydają mi się jakby zbyt wulgarne, a śledź za aromatyczny. Skazany na falsyfikat, chyba że znajdzie się ktoś uczynny i podrzuci alternatywne rozwiązanie – Zdrowie czytających!

Lejek.
Albo jak kto woli zlew, lub śmietnik. Tak nazywam ogniskowanie w innych własnych problemów. To jest niehumanitarne. Przydałoby się jakieś prawne ograniczenie wylewania żalów i niespełnień na obce osoby. Być może jest jakaś masochistyczna przyjemność w obdarzaniu innych własnymi kwasami, tylko czy obie strony są równie zadowolone? Kiedy spotyka się więcej osób nieszczęśliwych niż zadowolonych i od każdego pobierze się niechcąc odrobinę jadu, to w niedługim czasie nawet największy optymista poczuje jak mocno nasiąknął nim. I łażą później po świecie „jadowite jednostki”.
PS. Nie mam pojęcia, jak rozmnażają się żmije…

Apel.
Czy to TY obserwowałaś/eś oko o 6.15? Resztkami zmysłów dostrzegłem, że nim przebrnąłem swój kwadrans codzienności co najmniej sześć osób (tyle zauważyłem) poświęciło swoją uwagę mojej osobie. Może to początki manii prześladowczej? Na wszelki wypadek skorzystałem z zakładowego lustra dla zbadania, czy przypadkiem nie wyrosło mi jakieś zapasowe ucho, lub też czy karnacja nie zmieniła mi się na indiańską. Nic z tych rzeczy. Wszystko w normie. Oczywiście, o ile mój standardowy wygląd można nazwać normą…… Lustracja przebiegała nadal. Zakończenia ruchowe, głowa i kadłubek na swoim miejscu, śladów nocowania na trawniku nie widać. Zagrożenia specjalnego nie stanowię, a i zakochać się we mnie tak od razu nie ma powodu. Nieważne. Następnym razem powiedz choć dzień dobry. Takie, nawet niekoniecznie szczere życzenie poprawia mi samopoczucie. Możesz się również uśmiechnąć. Oko lubi uśmiechniętych ludzi.


  • RSS