Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 9.2002

Walki kogutów.
Piętnaście kilometrów od najbliższego skupiska ludzi i pięć kilometrów leśnej, wyboistej drogi od przystanku PKS jest dom leśniczego… Chyba jest… Był. I były dwa niewielkie, porośnięte tatarakiem i rzęsą stawy, w których ryby nie znały haczyka. Sosny oddychały tam nadmorskim wiatrem grzejąc się na piaskach. Prócz wspomnień o chlebie z własnoręcznie ubijanym masłem pamiętam walki kogutów. Nie przyzwyczajony do obcych, młody ptak czekał chwili, aż zdecyduję się opuścić progi domostwa. Rozkładając skrzydła skakał mi przed oczyma wydając bojowe dźwięki. Uzbrojony w sosnową szabelkę toczyłem potyczki zarówno wychodząc, jak i wracając. Kogut nie rezygnował. Walka nie została rozstrzygnięta – wakacje skończyły się wcześniej, niż polała się pierwsza krew.
Wspomnienie wróciło, kiedy uświadomiłem sobie, że znowu toczę pojedynki. Teraz jednak zamiast szabelki uzbroiłem się w słowo pisane, a front przeniósł się z podwórzowego kurzu w sfery ekonomiczne. Tu jakieś rozwiązanie powinno nastąpić. To nie wakacje….

Ekspedycja.
Dwa były przyczynki, by zakłócić cykliczność moich „spacerów” porannych. Nie sposób ustalić hierarchii, więc wymienię je w kolejności dowolnej– deszcz i nierówności. Nałożenie się czynników spowodowało, że to, co rutynowo pokonuję nieomal co dzień, stało się wyprawą w nieznane. Zbiorniki wodne, strumienie, zalewy całe wypełniające depresje trotuarów, Granie i przełęcze krawężników, stoki płyt chodnikowych, gołoborza kostki brukowej, siklawy z dziurawych rynien, płaskowyże równiutko ułożonych puzzli.
„Turystów” jakby mniej. Być może pracują wyłącznie pod kontrolą słońca, którego funkcję dziś zastąpiło sodowe światło latarń. Półmrok, mżawka, wiatr od frontu… warunki do pieszych wycieczek nieszczególne, kiedy większość zmysłów pochłonięta jest badaniem ukształtowania podłoża i wyborem szlaku.
W starym wystroju nowa wartość. Zmienna i niepowtarzalna.
Natura dysponuje skrajnie odmiennym pojęciem słowa „porządek” niż człowiek. A niby wspólne mają korzenie.

Z wysokości fotela.
O poranku, kiedy zdołam uporać się z fizjologią i higieną pozostaje mi kwadrans dla siebie. Zanurzam się w fotel próbując utrzymać w sobie ciepło nazbierane nocą. Żeby nie dopuścić do spróchnienia umysłu poświęcam czas na lekturę. Wykorzystuję oświetlenie uliczne, by nie budzić domowników dawką energii świetlnej. Ekwilibrystykę przy układaniu ciała i książki do pozycji w której widać litery opanowałem już dawno. Zakład Energetyczny współpracuje ku mojemu zadowoleniu. Wygaszanie świateł następuje akurat wtedy, gdy nadchodzi pora wyjścia. Dzisiaj, w takim momencie spontanicznie wygłosiłem komunikat: „koniec darmowego czytania”.
PS. MPK jest bardziej hojne. Funduje podróżnym dłuższe czytanie.

W głowie.
Gdzieś pośród codzienności dopadła mnie chwila refleksji. Szukałem człowieka, a raczej tego, co w nim podziwiam. Mgławica myśli: „The Race”, K-2, speleologia, survival, Arktyka, podwodne światy. Życie w zgodzie z naturą, i to w ekstremalnym wydaniu. Bez prądu, gazet, kart kredytowych, mleka na progu domu i niani na zawołanie. Mc Gyver wyrzucony z centrum miasta. Żyjący, choć „reprezentatywna część populacji” (jak ładnie nazywa się obecnie przeciętność) na samą myśl dostaje gorączki. Marzyć w fotelu, słuchać opowieści drażniąc swoje doznania zmysłowe wyobrażeniem – czysta przyjemność. Czas próby odwleczony w nieskończoność i westchnienia, że też by się chciało…. Tylko co?! Chciałoby się móc opowiadać, bo pojechać i przeżyć to strach? Nie myślę teraz o wielkich wyczynach, ale nawet krótka wycieczka w niedalekie nieznane może dostarczyć tematu. Wtedy, przy kominku snuje się gawędy w pierwszej, nie trzeciej osobie.

Ojczyzna wzywa.
Wracają roślinne tematy. Ponieważ oko wykazał się pewną niekompetencją w kategorii drzew, które raczyły wyrosnąć w jego Mieście należy mu się karna kompania i powtórka. Będzie nieco łatwiej, jako, że zaopatrzony został w encyklopedyczne wydanie na temat, oraz siłę fachową w postaci wspólniczki w tym dziele. Np.: obiekt nazwany roboczo „drzewkiem czerwonolistnym”, którego DNA w postaci pojedynczego liścia przyniosłem do pracy jako dowód okazał się po prostu śliwą wiśniową, tylko ilu to wie? Jeszcze gorzej poszło z krzewami i żywopłotami, również roboczo oznaczonych nazwą „krzakulce”, których liście posegregowane zostały w torbie, by później upstrzyć stół martwą naturą. Oby nie spotkać takiego ambrowca amerykańskiego, lub szupina japońskiego…… Można się o takowego zabić i nie wiedzieć, kto zacz.
Marny ze mnie botanik. Jakoś łatwiej obserwować ludzi. Chociaż z katalogowaniem są już niejakie problemy. Nie mam duszy księgowego.

Póki się chce.
Pomiędzy drzewami, w balustradach mostów, w ciepłych zakamarkach mieszkania powstają dzieła sztuki. Niepowtarzalne, choć pobieżnym wydawać się mogą identycznymi. Pajęczyny. Labirynty nicianych ścieżek splecione w koronkową całość. Współosiowy świat rozbiegający się na wszystkie strony. Nietrwały, chwilowy, taki chciałoby się powiedzieć jednorazowy i okazyjny.
Kopiuję w sobie te światy. Kręgi znajomych połączonych nicią porozumienia. Lekko drżące dendryty zaczepione tajemnie na filarach współistnienia. Włókna nerwowe szarpane przeciągiem zdarzeń. Na starych poszarpanych i przebrzmiałych niczym na zgliszczach buduję wciąż nowe. Czasami idę gdzieś daleko, żeby przypomnieć sobie wzory, czasem polegam na wzorach firan na wietrze.

Patent na wieczność.
Dziś na drodze chleb. Porzucony, niedostrzeżony przez wronie stada, leżał bezpańsko niczym talia kart po ostatnim robrze… Rozsypały się fabrycznie krojone kromeczki w wachlarzyk przyciągając wzrok oczekujących na autobus jadący w stronę peryferii Miasta. Nawet bywalcy noclegowni, sprzątający teren przed bramą wejściową do niej omijali je, jakby wstydzili się, że ten właśnie im przydałby się. Nie przepadam za takim chlebem. Pocięty w plasterki zbyt cienkie, by zaspokoić głód i z natury nieświeży. Co dziwniejsze nieświeżym jest od stworzenia. Nie jestem wystarczająco stary, by mówić za moich czasów, albo pamiętam, kiedyś…, jednak jedno spostrzeżenie chcę tu umieścić. Nie swoje. Rzecz tak naturalna, że niedostrzegana przez znakomitą większość. Chleb, jest jednym z najgenialniejszych wynalazków tego świata. Zjada się go przez całe życie, a on nie nudzi się, nie przejada, nie ma się go dość po stutysięcznym posiłku… Ile jest równie długofalowo interesujących potraw? Oko nie pamięta żadnej.

Dzień kobiet.
Ludzie chyba nie lubią własnego zapachu. Dzisiaj szedłem za jakąś zagonioną kobietą, która pozostawiała za sobą niemal widzialną smugę aromatu wyprodukowanego przez zakłady chemiczne. Zapach do tanich nie należał raczej. Śmiało mogłem przymknąć oko i wędrować jak ślepy pies. Tylko wiatr czasami figle mi płatał tańcząc w miejscu i zmieniając kierunki. Dzięki temu otworzyłem oczy na tyle szeroko, by dostrzec idącą dziewczynę, która jakby od bioder w górę skamieniała. Martwe ciało i wzrok. Kolejna kobieta była tak zajęta rozmową z samą sobą, że prawdopodobnie nie wiedziała w którym momencie nogi przestały ją nieść. Zatrzymała się, dokończyła fragment monologu i podreptała dalej tłumacząc nieistniejącemu, choć widocznie bardzo realnemu słuchaczowi zawiłe kwestie. Cóż. Czasami trzeba porozmawiać z kimś inteligentnym…

Standardy zachowawcze.
Komu nie zdarzyło się podczas pobytu w lesie schylić się po szyszkę? Szczególnie, gdy spełniała estetyczne zapotrzebowania. Dojrzałe, rozwinięte, trzeszczące w palcach świątynie, przechowujące w sobie zapach i atmosferę lasu. Przypadkiem obserwowałem zachowanie się szyszek (śmiesznie to brzmi, ale to fakt). Podglądałem konkretne okazy leżące w lesie. Efektem było spostrzeżenie, że szyszki niczym ludzie w czasie deszczu „kulą się w sobie” do postaci embrionalnej. Wyglądają wtedy, jakby były niedojrzałe, a w swoich lukach wygrzewały jeszcze nasiona. Gdy tylko atmosfera ociepli się, niczym maciejka wieczorami szyszki rozchylają swoje płatki. Po gęstym deszczu trwa to i tydzień, nim cała uroda powróci.
W drodze do pracy widziałem takich właśnie podeszczowych pokurczów, żyjących wyłącznie wewnętrznym życiem.

Krok wstecz.
Ostatnio jakoś coraz częściej trafiają mi się „notki z wczoraj”. Świat przestawił się chyba na czas zimowy. Porankami pusto, za to popołudnia obfitują w nietypowe sytuacje. Ot, choćby wczoraj. Wracam z pracy, nieco później niż zwykle, gdy przechodząc przez jezdnię zauważyłem, że jedna z szyn torowiska pełna jest wody, podczas, gdy druga nieomal sucha. Dziurawa, czy co? A na przystanku nieopodal spało dziewczę pomiędzy dwiema puszkami po „Warce”. Schludnie ubrane, nawet ładne. Tylko dłonie miało takie, jakby własnoręcznie kopało tunele metra. Oczywiście stało się dziewczę pierwszą podejrzaną o osuszenie szyny. I spało wyczerpane ciężką pracą. Cel takiego działania pozostaje tajemnicą. „Kosmos” można by upleść. Jeszcze ze dwa, trzy ogniwa w łańcuszku zdarzeń. Poszukam… może dziś?
P.S. A w domu kroiłem buraki na barszczyk. Przecięte prostopadle do osi wzrostu przypominają agaty, lub jeśli kto woli słoje na pniach drzew. Tylko kolor mają dużo intensywniejszy.


  • RSS