Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 10.2002

Cygańskie trendy.
Bez melodramatów, bez tanich teatralnych gestów. Odchodzą. Wydeptują ścieżki znane ich przodkom. Z wiatrem i na przekór niemu. Śpią, gdzie ich noc zastanie, żywią się tym, co szlak pod nogi im rzuci.
Widocznie i we mnie tęsknoty takie. Zostawiam to, co niezmierzone, lecz jednak już w części oswojone. Zostawiam, lecz nie porzucam. Nie oczekuję, że ktoś wyruszy za mną zwiedziony pozornym kolorytem. Nie liczę, że tam dokąd zmierzam znajdę te same oblicza i te same maski. Świeży powiew już złapał mnie w sidła. Zmieniam się i stwarzam na nowo. Znaną prawdą jest, że powroty stanowią prawdziwą wartość wypraw. Jeśli los będzie sprzyjał oko wróci nim lustro się rozsypie. Jeśli nie?… Być może mijamy się na miejskim chodniku albo górskim szlaku nie wiedząc o sobie nic. Może czas baczniej się rozglądać. Jeżeli czujesz, że chcesz szukać mnie w sieci, to wiedz, że będę się pojawiał. Jeśli chcesz się ze mną podzielić cząstką siebie napisz – dwojna@wp.pl będę się zdarzał, tak jak mam nadzieję do tej pory zdarzałem się Tobie. Dziękuję że byłaś/eś

Nieistniejącym.
Przyglądałem się twarzom. Wyłaniającym się z półmroku poranka, smutnym jak on. Zasępionym albo martwym obliczom. Na niektórych malowały się czekające je dzisiaj problemy. Usta szykowały gotowe odpowiedzi na jeszcze nie zadane pytania. Oczy nie reagujące na doznania zewnętrzne, uszy zamknięte dla impulsów. Czyżby w tym mieście tylko na dziecięcych twarzyczkach potrafiły jeszcze malować się jakiekolwiek żywe uczucia? Jak daleko można posunąć się w maskowaniu własnego wnętrza? Przyjrzałem się sobie. Oko w lustrze równie beznamiętne i bez wyrazu. Jakby farb zabrakło. Rozmawiam z ludźmi, przechodzę pomimo. Nie wyróżniam się niczym. Szara postać na szarym tle w szarej, niedoświetlonej przestrzeni.
Czyli nie ma mnie. O moim istnieniu wiem tylko ja. Skorupę potrafi zdjąć ze mnie te kilka osób, do których mi udało się wedrzeć. Dla pozostałych stanowię chodzące mięso. Dla Ciebie nie jestem nawet mięsem. Jestem kilkoma zdaniami, które pojawiają się w sieci, albo nie. Bawię, kokietuję, prowokuję, drażnię. Czasem przyszpilę Cię jakimś bardziej udanym porównaniem lub ciekawszym opisem. Jestem dla Ciebie Twoją wizją mnie, myślą, oszustwem, iluzją w krzywym zwierciadle… o ile w ogóle jestem.

Znaki „?”
Dlaczego sprzątaczki kończą pracę parę minut po szóstej rano? Mają jakiś zapis w umowie, że na 6.30 ma być posprzątany chodnik? Ktoś to sprawdza, czy co? Nie wiem, ale wracając pamięcią w zamierzchłe czasy dostrzegam, że ten zwyczaj nie należy do świeżych wynalazków. Skoro zadałem sobie jedno takie pytanie, to obróciłem się z nim dookoła i tknąłem paluchem innego zjawiska. Gdzie jadą samochody o 6.15? Bo raczej nie do pracy. Rano można z centrum miasta dojechać nawet na peryferia w 25 minut, a nie sądzę, żeby ktoś zaczynał pracę 6.40, albo w aucie czekał te dwadzieścia minut do siódmej. Nie zadałem tego pytania na głos, jednak stojąca pod blokiem skoda widocznie coś usłyszała, bo wybałuszyła na mnie oczyska i trwała w zadumie. Pusta, oświetlona własnymi reflektorami. Kto wie, czy to nie ona wymyśliła takie pytania.

Z listów oka
1. O świecy.
Nie chodzi o definicję i szczegóły fizyko-chemiczne („świeca – jaka jest – każdy widzi”). Rzecz w tym, że wartość przedmiotu można mierzyć emocjonalnie, uczuciowo. Wyobraźnia podsuwa skojarzenia. Ktoś powiedział ”świeca to ciepło”. Moja wewnętrzność podrzuciła mi obraz drżącego płomienia walczącego z gęstniejącym mrokiem. Dawid i Goliat. Próbuję skondensować istotę w jedno słowo. Światło? Pojedynek? Skojarzenia można uogólniać, dochodząc do przemijania, albo życia. Bez względu na wybór, walory pozamaterialne stają się ważniejsze od samego przedmiotu. Może istnieją ludzie potrafiący patrzeć na świecę jak na sznurek oblany woskiem, prymitywne źródło światła… Ja potrafię to zrobić tylko przed rozpaleniem płomienia.
2. Gastronomia.
Dysponuję kociołkiem. Piekielne potrawy się w nim pichcą. A ja kucharzem jednocześnie i składnikiem jestem. Smażę i jestem smażony. Nie wiem co na stół podane zostanie, a co w odpadki trafi. Raz patrzę z boku, to znowu ze środka łepek wychylam. Kuchnią stało się życie zawodowe, a przyprawy do łagodnych nie należą. W kociołku wrze. Pikanterii dodaje fakt, że potrawa do skonsumowania traperom wystarczyłaby na jakieś pół roku życia z pełnym brzuszkiem. Być może dlatego wyostrzam sobie w domu smak degustując co bardziej ostre odmiany papryki.
PS-1. Czy to już bardzo źle, kiedy nawet pisząc listy robi się notatki?

Zamiast dekalogu.
Papieros działa na mnie twórczo. Wykradłem chwilkę, żeby jakąś notkę spłodzić i już myślałem, że wypaliłem się. A w trakcie zadymiania korytarza wpadło mi do głowy kilka pomysłów, wraz z argumentem przeciw nim. Po kolei to było tak:
1. W przypływie dobrego humoru – ponarzekać
Kontra - trudno być oryginalnym.
2. Wymyślić sobie życiorys/osobowość
Kontra – przyzwyczajonych do moich fanaberii już nie zaskoczę
3. Napisać prawdę o sobie – odsłonić się
Kontra – no nie! Na głowę jeszcze nie upadłem. Być może czyta to ktoś znajomy…
4. Jakieś wyznania
Kontra – tyle nakłamałem już, że pisałbym baaardzo długo, żeby nie popaść w konflikty
5. Nie napisać
Kontra – to już się zdarzało, może być nużące, a nie o to chodzi
6. Pofilozofować odrobinkę
Kontra – brak udokumentowanej wiedzy, pewnie wykonałbym jakiś plagiat
7. Opisać poranek
Kontra – nie byłoby to monotonne? Dzisiaj tylko ciemne chmury na niebie przypominały negatyw zimowego pejzażu podczas lawiny
8. Napisać co słyszałem
Kontra – nie lubię plotek
9. Notka robocza
Kontra – po co uświadamiać niepracujących…
I tak dobrnąłem do momentu w którym jestem. Uważni pewnie dostrzegą, że brakuje dopełnienia w postaci dziesiątego punktu. Oto i on. 10. Napisać notkę negatywną. Tego jeszcze nie było (chyba). Poza tym spodobała mi się koncepcja pt: „napisać, czego nie napiszę” – infantylne trochę, ale w końcu to nie ja mówiłem, że jestem dorosły.

Pieszczota.
Uciekając, rwąc chwile dla siebie, myśląc intensywnie – znikam. Znalazłem dla siebie w palarni miejsce z widokiem. Widok na pierwszy rzut oka prozaiczny. Asfalt, działki, topole, czasami jakiś autobus, albo zbłąkany człowiek. Centralne miejsce zajmuje jednak wyspa. Wyspa porośnięta jest płożącą odmianą jałowca, fragmentami żywopłotu, kilkoma sosnami i jednym świerkiem, nazywanym srebrnym lub kulistym. I właśnie dziś zwróciłem uwagę na sosnę. Nie, żebym jej wcześniej nie widział. Podoba mi się od dawna. Pięcioigłowa, o igłach na dwadzieścia z hakiem centymetrów, jaśniejsza plama okolona nasyconą zielenią otoczenia. Ale jej wygląd pochłonął mnie pośrednio. Chodzi o to, że ta sosna w mojej pamięci trwała jako krzew. Ciepłozielone, żywe igloo. A dziś okazała się drzewem. Kiedy to się stało? Czyżbym aż tak długo jej towarzyszył, że zdążyła wydorośleć? A ja nie???. Dojrzała podoba mi się również, choć nie przypomina już dziewczynki z warkoczykami dygającej przed znajomymi ze świata dorosłych. Rozmawiać z nią należy już jak z dojrzałą kobietą. Dziś będzie okazja ukłonić się tej pani. Sądzę, że nadal lubi, kiedy ją głaskać po włosach…

Materiał na…
Rozmaitość szczegółów potrafiących paść łupem oka lekko mnie już zastanawia. Drogę, którą pokonuję można zamknąć w ramach jednego, niespiesznie wypalonego papierosa, a nieomal codziennie trafiają się porzucone bezpańsko fragmenty istnień na ukucie jakiejś historyjki. Nogi niesione przyzwyczajeniem nie absorbują już głowy dylematami wyboru, można więc rozpuścić oczy w poszukiwaniu żeru. Dziś takim przyczynkiem do snucia domysłów stała się skarpeta męska w kolorze czarnym zdobiąca kocie łby chodnika. Wyglądała na zdjętą w pośpiechu – pozwijana, demonstrująca wewnętrze, nasiąknięta nocną wilgocią. Zachowam dla siebie własną dedukcję, powiem tylko, że nim wsiadłem do autobusu akcja obejmowała dwa dni i conajmniej trójkę bohaterów.
Gdyby ktoś nabrał ochoty na wymyślenie własnej wersji zdarzeń – zapraszam.

Bez fantazji?
Ciemność panująca na zewnątrz sprawiła, że zacząłem podejrzewać przedwczesne wyjście z domu. Wyludnione ulice, ciemne kontury pojedynczych, zbłąkanych jednostek, nieliczne lśnienia reflektorów. Śpiące miasto. Dopiero pobliże dworca głównego wniosło jakieś ożywienie, o ile można tak określić grupy zoombie oczekujące obwieszonych reklamami pudełek MPK. Parę znajomo wyglądających sylwetek, których życie zamknęło się wewnątrz gabarytów dość szczelnie już okrytych. Jedyną ekstrawagancję stało się umierające jabłko potwornych rozmiarów umiejscowione butem w klepisku niezabudowanej przestrzeni poza chodnikiem. Objaw złości, czy celowe dokarmianie owadów? Ostatecznie zima blisko, niech sobie pojedzą chudzinki…

Kuracja odświeżająca.
Noce przesycone są ostatnio czymś, dzięki czemu śpi się nad wyraz przyjemnie. Nawet budzik oddaje się czasem takiemu zajęciu zwlekając z pobudką. Dziś pomimo pewnych wysiłków nie zdołałem dogonić rutyny. A, że nie płacze się nad rozlanym mlekiem, więc ze stoickim spokojem przyjąłem fakty do wiadomości i oddając się medytacjom czekałem na następny autobus. Książka nadal interesująca, pasażerów mniej, droga bez zmian. Kiedy dla orientacji uniosłem głowę zobaczyłem przed sobą kobietę w wieku pomiędzy pojedynczą, a podwójną szesnastką. Spod kurtki wystawał golf z grubej wełny. Przy tym kącie obserwacji dostrzegłem włosy związane frotową gumką i krzywiznę łączącą szyję z policzkiem. Czy to ja przyglądałem się tak intensywnie, czy też ona poszukiwała czegoś – nie wiem. Ale nasze twarze spotkały się w beznamiętnym spojrzeniu obcych sobie ludzi. Twarz mogła się podobać. Brzoskwiniowy meszek duże oczy…. Opis nic nie da. Jest w ludziach coś, nie do wyartykuowania, co decyduje, że akurat to się podoba, a tamto nie. Wiem, że nie planuje się kolejnych zaspań, ale może warto powtórzyć to doświadczenie. Pewnie jestem niepoważny, jednak cieszę się z tej nowalijki. O zwykłej porze twarze już mi spowszedniały.


  • RSS