Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 11.2002

Ludzie wolą proste patyki…
Wszedłem w Miasto. Z m. Jak się później okazało szliśmy do „Rejsu” – małej knajpki z dobrą, lecz zbyt głośną muzyką. Na zewnątrz – natknęliśmy się na ścienny zegar pełniący funkcję pokrywy śmietnika. m. przekazała mu swoje poczucie rzeczywistości ustawiając go na panującą wtedy godzinę. Wewnątrz – przypomniało mi się wydarzenie, które miało się stać notką. Nie dlatego, że było ważne, ale dlatego, że męczyło mnie już trzeci dzień. Przemierzając miejskie szlaki natknąłem się na kobietę z konarem. Na moje oko jesionowym. Konar mierzył około dwóch metrów, pozbawiony był bocznych gałęzi i wyglądał jak coś pomiędzy kosturem, a halabardą. Kobieta pasowała do lśniącego srebrnym nalotem, strąconego wiatrem niegdysiejszym fragmentu jestestwa. Ubrana w kolory gaszonej zieleni i miękkie beże skojarzyła się mi ze schnącym liściem. Ostatnim zaczepionym na gałęzi.
I tu zaczyna się problem. Dlaczego ktoś niesie przez Miasto dwumetrowy wiatrołom daleki od ideału prostej? Z licznymi śladami sęków. Brak oznak próchnicy był równie dobrze zauważalny, jak brak oznak życia. Kobieta zakończyła swój spacer w Pomaturalnym Studium Nauczycielskim. Może to był tylko przystanek? Nie wiem. Zmysł praktyczny każe mi szukać zastosowania dla tego znaleziska. Kwietnik? Drzewce halabardy właśnie? Materiał opałowy przed rozczłonkowaniem? Moja wyobraźnia nie sięga dalej. Nie wiem i już. I pewnie będzie nie to męczyć jeszcze czas jakiś, bo nie wpadłem na pomysł, który m. wydał się najprostszym. Wystarczyło zapytać. Nie zdziwcie się więc, jeśli kiedyś, niosąc jesionowy – na przykład – konar staniecie oko w oko z Okiem i usłyszycie pytanie: po co Ci krzywa gałąź? Przecież ludzie…

Zza węgła.
Postanowiłem rozstać się z moim pracodawcą. Po trzech tygodniach wojny partyzanckiej uzyskałem nietypowe rozwiązanie. Stałem się wolnym strzelcem, ekonomia dorównała mi kroku, a rozpoczęte zadania podążają za mną (może nawet wyprzedzają mnie). Prywatnie wyrzuciło mnie poza sieć, więc korzystam z przytulisk. Uzależnienie nie osiągnęło jeszcze takich rozmiarów, bym poznał urok kafejek internetowych. Do rzeczy.
Wczoraj w lokalnej TV pan Bardini powiedział: „Pies jest temat. Staruszka na ulicy, sąsiad… ” Zauważył, że nie każdy musi rozsiewać myśli o nieszczęśliwych miłościach, romansach, stopniałych przyjaźniach, wydarzeniach, po których już powstają pomniki, legendy i plotki. Zwyczajne życie dostarcza prostych tematów – wystarczy sięgnąć okiem, uchem, może nawet nosem… Całkiem niebanalne historie można uknuć na bazie korzystania ze zmysłów w drodze do pracy, w tramwaju, podczas zakupów. Przekartkowałem w pamięci lustro. Spostrzeżenia dotyczące gazet i śmieci, jabłek, zwierząt, pajęczyn, butów… I wyszło mi, że pan Bardini w jednym krótkim zdaniu wysłowił to, czego nie potrafiłem określić słowami, nawet wtedy, kiedy rozmawiałem wyłącznie z sobą. Być może właśnie to odbierane jest jako ta „inność”. Zabawa szczegółem. Był czas, gdy próbowałem napisać kilka słów o co barwniejszych postaciach spotkanych na dłużej. Blog by tego nie wytrzymał. Obrazy mnożyły się tworząc objętości nie do przelania. Pominięcie drobiazgów natomiast pozbawiało postacie barw. Może problem rozwiąże się w przyszłości. Na razie… niech jest jak jest.
Do wkrótce.
PS. Napisałem dla m. parę zdań na temat sznurowadła. Skomentowała wynik bezkompromisowym stwierdzeniem, że jest takie jak cała reszta notek – niedorobione… I za to ją lubię. Również za to, że literatura i blog, to inne bajki.


  • RSS