Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 12.2002

Pytanie.
W uporządkowanej, betonowej przestrzeni oswojonej przez zwierzątka kochające symetrię i regularność czegoś brakło. Oko spacerowało ostatnio wieczorami, kiedy to obiekty obserwowalne nikną w pomroce ustępującego dnia. Aby nie dać spróchnieć umysłowi poszukiwało się tego ogniwa, które spowodowało tę myśl. Iluminacja. Latarnie uliczne, witryny, reklamy, reflektory pojazdów. Wszystko to mami, kryjąc pod swoim krzykiem przyporządkowanie celom dość luźno związanym z walorami doznaniowymi. Teatrzyk wieczorny oferuje całą gamę barw, kusi i przyciąga wzrok. Lokalny ład logicznego łańcucha pojedynczego kompleksu oświetleniowego w skali nawet jednej tylko ulicy stanowi już galimatias. Chaos zrodzony ideą – a raczej mnogością idei. Jednak nie ów chaos miał stanowić treść notki. Łatwo do niego przywyknąć i przestać sobie zawracać nim głowę korzystając z ubocznych korzyści. Rzecz w gwiazdach – tej mnogości i nasyceniu, której można się przypatrywać bez końca, gdy już uda się wyrwać spod betonowej kurateli. Wytężało się pamięć, poszukując w niej czasu, w którym z asfaltowej płaszczyzny widziało się gwiezdne mrowie rozrzucone niczym pestki słonecznika na płytach chodnikowych przystanku tramwajowego przy którym nie zatrzymał się żaden tramwaj. W swoim archiwum oko nie znalazło. Jakby nad miastami ktoś rozwiesił parasol chroniący mieszkańców przed światłem kosmosu. Czyżby w mieście gwiazdy stanowiły przeżytek? Archaizm nie do zniesienia dla cybernetycznej masy, która i tak nie dysponuje wolnym czasem potrzebnym do zadarcia głowy w górę, a tym bardziej do zachwytu? Tu światło jest sługą. Zapędzonym do ciężkiej pracy niewolnikiem. Trudno z nim porozmawiać, poskarżyć się, czy odprawiać rytuały. Nie daje się zaprosić do współtrwania – elektronowy strumień pokonuje przestrzenie kabli, by uwolnić się z kieratu pod postacią innych form energii (reinkarnacja?). Dzika niezależność gwiazd, przychodzących i odchodzących zgodnie z własną wolą jest tak różna od miejskich spektakli. One miewają czas na gawędę, wspomnienia, marzenia. Dlaczego nie odwiedzają miast???

Na klęczkach.
Kiedy się ma w rodzinie niespokojnego ducha, który, choć rzadko odwiedza te strony, to ilekroć się pojawi sprawia, że kolejne godziny stają się niewiadomą. Tym razem miał to być Chojnik. Jednak już w trakcie podróży przyszło oku do głowy zmienić te plany. Ostatecznie wylądowaliśmy w miejscu, w którym próbowało się przetrwać w zimowej naturze. Kilka dziur w piaskowcu, miejsce na ognisko, w śpiworze wysokoprocentowy termofor. Zwyczajowo latem nie zaglądało się tam – cóż to za atrakcja przespać się pod chmurką, gdy na dworze nawet nocą prawie 20 stopni. Zimą… Tak – zimą, kiedy tę dwudziestkę należy opatrzyć przeciwnym znakiem – to już frajda. Do dzisiaj, gdy towarzystwo dopisze wspomina się czas nasiąkania dymem, nocne wycieczki, zbójnickiego przy gitarze…
Natura nie zmienia się tak szybko jak miasta, więc te parę lat od ostatniej wizyty nie wprowadziło specjalnych różnic. Największą nowością były stalagmity. „Dorosłe” osiągały wzrost około 60 cm i ze 40 cm obwodu. Rosły w porządku dowolnym wyznaczonym porowatością skał i przepuszczalnością podłoża. Las igieł, maczug, filarów i kolumn. Ich podstawę stanowiła wyściółka z suchych liści buczynowych, a niebem im było sklepienie ponad trzydziestometrowej powały zwieńczonej zielonym obecnie krzyżem. Trójwymiarowy obraz powstał po jesiennych deszczach. Woda sącząca się przez piaskowiec kapała ze stropów zamarzając po oderwaniu się od skały. Bez jednej skazy, bez śladu brudu, w pełni jadalna, przeźroczysta woda podglądana na kolanach. Bo taki widok potrafi rzucić na kolana. Przedarłem się w głąb, by dotrzeć do miejsca w którym się sypiało i odwróciłem się. Czy tak się czuł chłopczyk z baśni o królowej śniegu?

O tubylcach.
W przeciwieństwie do tambylców mieszkają obok. Być może nad głową, albo za rogiem… W każdym bądź razie często spotykani mniej lub bardziej przypadkowo w tramwajach, kolejkach sklepowych, zakładach pracy, czy wczesnorannych powrotach w macierzyste pielesze. I ci właśnie tubylcy reprezentują sobą jakąś przeciętność regionalną – osobliwe, że dla rozmaitych regionów zupełnie inną przeciętność. W moim regionie tubylcy są raczej smutnawi, często zagonieni do przesady, twardzi i na wszelki wypadek nieufni. Kiedy jednak jakiś tu- czy tam-bylec nawiąże z takowymi nić porozumienia okazuje się, że ci niesympatyczni tubylcy stają się bardzo ciepli i serdeczni. Sarmackie pochodzenie wyłazi, pomimo niedostatków ekonomicznych. Lekki niepokój o przyszłość związaną z przeinwestowaniem w teraźniejszość obcego tubylcy rekompensują sobie wzajemnością. I tak spłukany Sarmata – wczorajszy Pan Na Włościach dziś sam próbuje przełamać lody obojętności, co jak z chemii wiadomym jest (suma składników przed i po reakcji) pozostawia constans w przyrodniczo usposobionym świecie.
Trochę to przypomina działanie takiej piły do drzewa nazywanej w towarzystwie oka moja-twoja” – że niby dwóch osób trzeba pracujących w przeciwfazie. Tylko liczba osób jakby większa…
PS. Mistyfikacja.
Czyżby udało mi się zaszczepić ducha niepewności ? Przyznam szczerze, że o to właśnie chodziło. Czy naprawdę płeć oka ma znaczenie ? O wartości bloga treść powinna decydować. Być może męskie oko pisze inaczej niż żeńskie, które rzadziej było eksploatowane. Pozostała jeszcze jedna forma przekazu, do której oko jest stworzone – czyli ono. Otóż więc*, oko spróbuje być może onym zostać na czas jakiś. Tylu miraży już się trzymało, że kwestia wyboru sposobu przekazu własnej osobowości najmniejsze z możliwych ma znaczenie. A poszukiwaczom randek w ciemno oko życzyć może wyłącznie sukcesów, choć wolałoby, aby polowania prowadzone były one gdzieś indziej.
* na peryferiach świadomości kołacze się coś na kształt: „tak nie zaczyna się zdania”, ale tak ładnie się tu wkomponowało, ze zostawiam. A może tylko m się to śniło? Daleko mi do poprawności językowej.

Profile.
Zdolność adaptacji do szybkozmiennych warunków nie każdemu jest dana. Rewolucja w życiu zawodowym pomimo pewnych zjawisk naskórkowych przebiega w moim przypadku bez większych spięć. Nawet dostarcza pewnych atrakcji obcych mi wcześniej. Nowe zakątki zwiedzam bardziej otwarcie przyglądając się światu.
Dziś o ludziach. Najpierw człowiek nawiedzony. Rozwiana broda i strzecha, odzież w nieładzie i nie najświeższa. Typ beznadziejny i luźny. Poszukiwanie w nim niezwykłości zaczęło się od oczu. Niósł w nich wewnętrzne obrazy, a one przesłaniały mu rzeczywistość. Nie wiem co widział, lecz dawało mu to jakąś satysfakcję i kazało iść tratując ludzi, a jezdniom zapchanym autami okazywać pogardę. Ignorowanie świata, kiedy ma się własny. Niech mu służy.
Kolejnym trafionym okazem został pan Alojz. Nazwany tak wcześniej, gdy próbował oku zaszczepić przynajmniej tolerancję dla świata muzyki poważnej. I nie bez sukcesów. W czasach, kiedy wyrażanie poglądów „bolało” – jak wieść gminna niosła – pan Alojz strusiem nie został. Pokutuje za swoją odwagę do dziś. Za to chodzi z głową ponad tłumem zwieszonych łbów, a szacunek jakim się cieszy w anonimowym kółku posiadających pamięć przerasta inne dostępne wówczas modele do podziwiania choćby trwałością uczucia. Zesłany na wygnanie do tutaj osiadł trwale, i smutno mi w przeciągu tygodnia widzieć pana Alojza dwukrotnie smutnego.
Mam w mieście takie miejsce – niezbyt raczej atrakcyjne turystycznie, gdzie ilekroć stanę na dłużej niż dziesięć minut spotykam ciała z dawna nie widziane. Nawlekam te wspomnienia kołyszące się w ludzkich koralikach. Myśl błądzi, ja marznę, a wokół żywot się spieszy. Kiedy tak siedzę i piszę te słowa dryfuję ku paru koralikom, które chcę spotkać. Może tam właśnie?

No i doigrałam się!
To, że w sieci płci sobie już nie przywrócę, to wiedziałam, po ironicznych komentarzach już parę miesięcy temu. Przywykłam nawet do pisania w świecie męskoosobowym. Teraz jest o wiele gorzej. Braty dopadły parę notek z lustra nieopatrznie pozostawionych i bezbłędnie rozszyfrowały osobę autora. Dobrze, że bez adresu, bo już się zaczęło dworowanie. Posypały się zaproszenia „na dzikie baby”, „wieczorki półliterackie”, jakiś karnecik na siłownię, a może maszynka do golenia na Gwiazdkę ?…. Cokolwiek cynicznie jeden spytał, czy – skoro ich nie potrzebuję – może przejąć moje sukienki, aby – jak to określił – „przymierzyć” je na swojej wybrance. Czyżby docenił mój gust? Niemożliwe. Perwersyjny ten młodzieniaszek ma szczęście, że nie wspomniał o bieliźnie, bo akurat tak się składało, że przechodziłam obok przedmiotów ciężkich i kanciastych. Tylko rodzice są lekko zdziwieni dlaczego tak nagle chłopcy zaczęli do mnie mówić Dominik, poklepywać mnie po ramieniu i są tak uprzejmi, że własne krawaty chcą mi pożyczać na Sylwestra.
Osobiście Dominikiem być mogę do woli – przesympatycznie kojarzy mi się z jakimś bajkowym słonikiem. Nieznane dotychczas uczucie rubasznego poklepywania po plecach (no? Która zna to uczucie?) znoszę z godnością a odwetowe klepnięcie młodszy braciszek – bazyliszek uznał za wystarczająco „męskie”, bo tchu mu zbrakło.
Tylko dlaczego oni drapią rozporki dżinsów?…

Misterium wczorajsze.
Zachwyceniem jestem od rana. Uśmiecham się do wszystkich i wszystkiego co mijam. Moja głowa ledwie nadąża z rejestracją tego Miasta, przez które tak nietypowo płynę. Nieomal zapominam oddychać, tak bardzo się zanurzyłam. I słowo „zanurzyłam” jest najbardziej odpowiednim z mi znanych słów, aby określić ten stan. Mijam kobiety o twarzach dziewczynek i sama nie wiem, czy to imaginacja moja, czy też faktycznie ich oczy śmieją się.
Miasto wpleciono w Rzekę. Jak bardzo się tego nie pamięta. Trzeba aż takiego dnia, żeby po raz kolejny to odkryć. Najpierw fosa – ogromne zwierciadło. Ludzkie szkodniki upstrzyły je odpadami pospożywczymi, a mimo to, a może dlatego właśnie widać jak pięknym jest. Później za-kra-wiona Rzeka tańczy, wiruje i śpiewa. Kra bez wdzięku wpada na siebie tworząc zatory i mikrokosmosy zimowe. Kilka portali mostów dalej Rzeka usiadła, odsłaniając skostniałe białobrzegi. Sprawy ludzi stają się tak żenująco bezsensowne, pośpiech – bezcelowy. Idę pod ramię z Nią, wiedząc, że tak nie można się spóźnić do nigdy i donikąd. Pomiędzy czterema mostami, tam gdzie płoną szczapy wielkości podkładów kolejowych dla zaspokojenia człowieczych głodów znajduję fontannę. W suchobrązowym igliwiu krzewów, pośród stężałych jałowców rośnie kryształowy, przeświecony słońcem stalagmit z pustym wnętrzem. Rzeźba, o większej liczbie wymiarów niż potrafię sobie to wyobrazić. Fontanna podarowała klombowi kryształowe ozdoby i polakierowała gałęzie. Stałam tam zbyt długo (jeśli czas ma jakiekolwiek znaczenie).
Parę kilometrów później i kilka mostów dalej – płytsze koryta zamienione w szklane gościńce. W poboczach tafle potłuczonego szkła niczym cukrowa ozdoba brzegu drinka. Środkiem – kleks wody wygrzany brzuszkami kaczek w lodowym bezkresie skupia całe stada ptactwa. Wracałam parkiem, pośród milczenia skamieniałych cisów i zwiędłych mrozem rododendronów. Taki baśniowy bezdech oczekiwania. Oczekiwania, aż znajdzie się ktoś, kto je ogrzeje zauważeniem.
I w takim właśnie czarodziejskim Mieście żyć mi przyszło, że nie spostrzegłam nawet, kiedy w zanurzeniu niosę do domu także sukcesy zawodowe. Próbowałam policzyć mosty dzisiejsze – na pewno czternaście, a może i więcej. Policzenia kilometrów się nie podejmę.
PS. A pan Cortazar napisał, że sekretarka w ramach porządków usuwa mu przymiotniki z tekstów, żeby stały się porządniejsze. I stają się, choć pozostawia to smak zdrady na języku.

Historycznie.
Podejrzałem rtęć. Skuliła się do siedmiu jednostek poniżej czegoś, co Celsjusz nazwał zerem. Ta poniekąd abstrakcyjna informacja wywołała wspomnienia do których uśmiechałem się głupawo. Taki Sylwester był, że z Nowym Rokiem trzy kilometry po zamarzniętej rzece szło się podreperować zdrowie piwem i to stadem dość sporym. Każdy z idących brzęczał swoją melodię, a jedna z nich trwa we mnie. Ktoś tłumaczył, że dobra to temperatura, ponieważ minus dziesięć to już mróz – i to szczypiący, minus dwa – to nie zima i katar się łapie, a minus siedem jest w sam raz – jest rześko (wtedy słowo to nie było tak popularne i bardzo mi się spodobało). I nieważne, że w tamten Nowy Rok do tych siedmiu należało dodać jeszcze jakieś dziesięć stopni in minus (dodawanie w minusach… taki sobie żart – blisko dwadzieścia stopni poniżej zera żartem już nie jest). Więc kiedy temperatura osiąga dno, a termometry pękają uśmiecham się mówiąc – rześko jest!

Constans.
Wczoraj. Miasto znów zaskakuje. Kolejny ukłon w stronę człowieka, o którym wiem tyle, że znam, choć nie mam pojęcia skąd, zaowocował chwilką rozmowy. Znaleźliśmy się w przeszłości. Co ciekawsze człowiek tęskniący do robót budowlanych – tych najprostszych – w chwilach kiedy nie trzyma w rękach młota czy szpachli maluje XVII-wieczne martwe natury dla Beneluksu po 400 Euro za sztukę. Zagłębiam się wewnętrznie. Pasjonatów, ludzi potrafiących coś zrobić, takich którym się chce, eksploratorów marzeń własnych najłatwiej spotkać na ulicy, gdy cicho i nie wadząc spieszącemu się światu powoli realizują się. Anonimowo i bez blasku. Można powiedzieć „na piechotę”. Czy wszędzie tak jest? Czy to tylko w tym Mieście zdolni i myślący stanowią pas zieleni pomiędzy kierunkami ruchu półświatka, a przebojowego nowobogactwa? Najprawdopodobniej po prostu nie znam środowisk, z pamięci jednak właśnie taki obraz się wyłania, jakby suma talentu i stanu posiadania stanowiła stałą wielkość w człowieku.
Dzisiaj. Most Magdalenowy śliski. I takież tory tramwajowe. Tramwaje korzystają z okazji by się poślizgać, niczym dzieci bawiąc się i piszcząc wesoło. A na automacie do sprzedaży biletów kogucik. Plastikowy gwizdek podobny okarynom…

Rzeźbienie toporem
Przyglądałem się – jak to mam w zwyczaju. Tym razem dzieciom, a właściwie temu, co wyczarowały z jakiejś wściekłej ilości klocków. Takich najprostszych, które większość ludzi pamięta „od zawsze”. Przypomniałem sobie własne konstrukcje wykonane już „dorosłą modą” z takich klocków. Ciężkie toto było i przysadziste. Cienia lekkości w tym znaleźć nie było można, za to związane że ho ho. Konia można było tym ubić. Konstrukcja dziecięca była ażurowa i lekka. Fakt – że nie dało się jej przesunąć choćby o milimetr bez jej uszkodzenia nie stanowił nawet dla mnie większego problemu. Zaczepione na pojedyncze ząbki fantastyczne kształty, wielość kierunków rozwoju, łatwość z jaką budowla się rozrastała wzdłuż wszystkich osi… Przeniosłem sposób myślenia z klocków na ogólnie rozumianą codzienność. Pełna analogia. Lekkie, pełne wyobraźni życie młodzieniaszków ledwie potrafiących wykorzystać własne kończyny i twarda skorupa dorosłości. Tylko w którym momencie zaczyna się ten proces powodujący, że z mięczaka stałem się skorupiakiem? Czy każdego dopada „wapno”?
PS.1 Z okien autobusu zaglądałem ludziom w twarze. Wręcz posągowa obojętność i bezwyrazie. Szukałem słów na określenie tego stanu. Zamiast rozwiązania, przez moje zwoje mózgowe, niczym mantra powtarzał się nieomal anagram – liczne oblicza – liczba oblicz. Potrzebny komuś?
PS.2 Coś o sobie. Dowiedziałem się, że nie muszę robić za piorunochron. Znaczy – że niby nie wszystkie ciosy muszą przepływać przez moją nikczemną dość osobistość. A informacją taką zostałem uraczony w chwilę po tym, kiedy ktoś inny opowiedział mi o przeczytanym gdzieś artykule, z którego wynikało, że ludzie posługujący się ołówkiem do robienia notatek mają w sobie oszustwo. Czyli ja. I to bardzo, bo ołówek uważam za najlepsze narzędzie do notowania czegokolwiek…. No właśnie. I kolejny prztyczek. Pan w TV zauważył, że do artykułów w gazetach należy układać zdania co najwyżej ośmiosłowne, co sprawia, że pracy to ja tam nie znajdę…


  • RSS