Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 1.2003

Żerowisko.
Bieda śmierdziała okropnie w tramwaju. Zmusiłem pozostałe zmysły do działania, by zagłuszyć odór. Kazałem oczom cieszyć się słońcem, które ogrzewało płynącego w stronę pobliskich jazów gawrona na rombie kry. I wzrok kierowałem na bliskowiosenną mamusię prześlicznej urody. Wtedy myśl mnie naszła tak ulotna, że musiałem przyszpilić ją hieroglifem własnym do kalendarza:
„Położyłem spać, pomimo kiełkującej ledwie nocy. I nie chcę przez to powiedzieć, że kładłem się w towarzystwie, żeby zbudzić sie samotnie. Powiem rzecz o wiele bardziej intrygującą. Położyłem się sam, by zbudzić się obok.”
A skoro już rzuciłem tę myśl na żer waszych być może robaczywych umysłów, to dodam, że zdarza się. Cokolwiek to oznacza.

Cokolwiek.
Od rana chodzę raczej podminowany, więc na rozpustę w naturze nie ma dziś co liczyć. Żadnych zabiegów związanych z naturą nie będzie, jako że nie pora i nastrój nie ten. Świeci do mnie ileś światełek kominów elektrocierpłowni, które powinienem był policzyć, ale w przypływie „Lecha” policzyć się nie podejmuję jeszcze. Są, więc miejsce, w którym się znajduję odległe jesyt od domu o jakieś czterdzieści przecznic – czyli nie całkiem daleko. „Leszek” jak zwykle stwarza nastrój sprzyjający zabawie i nic ponadto. Za to wieczorny spacer do domku zapowiada się fascynująco. Ciemno, ciepło i inaczej. Właśnie tego mi potrzeba, żeby nagrać dystanu. W mało eleganckiej torbie przenoszę kolejne książki do domu. Pewnie już dziś zacznę je trawić. Na swoje nieszczęście trafiła mi się księgarnia oferująca płody innych (często pamiętniki). Może to już czas wziąć się za własny wkład w marnowanie papieru???…

Gość.
W Mieście wiatr pachnie wyłącznie nocą. W dzień przenosi zbyt wiele smrodu i za bardzo się spieszy, żeby mieć czas na fanaberie estetyczne. Za to nocą rozmarza się rozsiewając woń piękniejszą niż maciejka. Może się okazać, że to zasługa mojego nosa, albo zgoła fatamorgana zapachowa, kiedy po zmierzchu zanurzam się w gęsty niebyt i upijam wiatrem po ostatnie pęcherzyki płucne. Zimą pachnie szczególnie. Dziki i nieokiełznany, nadawałby się prześwietnie na wodę kolońską, albo dodatek do drinka. Zdarza mi się rozmawiać z tym panem. Półgębkiem, żeby nie wzbudzać politowania. A on pewnie wie o mnie więcej niż ja się mogę domyślać. Nie na darmo przenikał mnie wielokrotnie, aż do łez i bólu w uszach. Próbowałem udomowić go przenosząc szczepy wiatru na gęsiej skórze – nie uchował się. Wolne ptaki giną w niewoli. I wtedy, kiedy nie ruszam się sprzed telewizora, a lenistwo nie pozwala mi współistnieć z mrokiem zewnętrza, zaczepiam pępek na parapecie, by choć czubkiem rzęsy przytulić się do niego.
PS. Witkacy podpisywał obrazy chemią spożywaną do tworzenia. Zastanawiałem się, czy dla pamięci własnej nie odnotowywać lektur, pod wpływem których powstają notki. Za dużo czytam ostatnio…

Rozmowa z Bogiem.
Czworonożny smutek niemalże po ziemi sunący i drapiący chmury, wbity w dach pobliskiego kościoła smutek czwórramiennego krzyża. Na chodnikach dwunożne osobniki ubrane w służbowe smutki. Przemieszkująca w kiosku warzywnym bezmyślność. Trędowaty brak jakiegokolwiek wyrazu – ani pamięci udanych nocy, ani nadziei na dzień dobry. Żadnych namiętności, nawet tych zgubnych. Pytania lęgną się i dojrzewają. Dlaczego tak wielu ludzi robi to, czego nie chce i nie lubi? Nie wiedzą czego chcą, czy nie potrafią osiągnąć własnego wyboru? A może to czego chcą jest zakazane? Może większość myśli o kradzieżach mordach i rozbojach?…
I dlaczego właśnie wtedy kamienna, nasiąknięta wiekami melorecytacja podsuwa mi odpowiedź: „Oto słowo Pańskie”?

Na celowniku.
Jak się okazało dysponuję pewną nieszkodliwą i nikomu niepotrzebną umiejętnością. Nie różnię się w tej dziedzinie niczym od znakomitej większości gatunku – marzę sobie czasami i rosną mi owe w zmysłach. Tak też ostatnimi czasy oddaję się temu zajęciu ze sporym zaangażowaniem. Fantazja – jak to w narodzie bywa mocno jest rozpasana, lecz nadal realna. Wymaga wyłącznie tego, by poświęcić się realizacji bez reszty, absorbując przy tym wszelkie zasoby – nawet te, których nie posiadam… a może przede wszystkim te? Nieistotne. Ważniejszym staje się wręcz hamletowski zapytasek: „bać się, czy nie?” Pewnie każdy ma dość własnych pytań pozostających bez odpowiedzi i tuczących robaczka zwątpienia. Żeby nie nużyć powiem tylko, że zamierzam przeprowadzić rozpoznanie, jako że poddać się przed sprawdzeniem to takie beznadziejne. Czyż nie żyje się dla marzeń?
A skoro pojawiło się już tyle pytań, to dołożę jeszcze. Czy istnieje na świecie wysypisko śmieci tej pojemności co śmietnik umysłowy? Bez sortowania, chronologii, wartościowania, kierunkowania i paczkowania wpada tam jak leci stary zapaszek, nowy obraz, nienazwane wrażenie dotykowe, wszelakie czucia i myśli płoche. A kiedy wiatry przewalą gnijącą stertę odsłaniając jakieś fragmenty klei się mozolnie puzzle rozsypane po hektarach muld w poszukiwaniu choćby konturów. Aktywność wysypiska jest o tyle ciekawa, że gdy zabraknie faktów braki wypełni abstrakcja lub marzenie. Kontur ubrany w szczegół fantazji często bardziej jest ponętny niż zarejestrowane realia. Są tacy, co w tym świecie żyją nieustannie.

Stojąc przed lustrem.
Okazuje się, że można obserwować siebie. Dokonałem odkrycia na własnym kadłubku. Zostałem napiętnowany Konstelacją Oriona – znamieniem zachowującym nawet kąt nachylenia typowy dla jego pierwowzoru występującego na północnym niebie. Gdyby to była Andromeda, albo któraś z konstelacji zodiaku nie rozpoznałbym jej wcale. Interesujące, że właśnie Orion – jedna z bardziej znanych i łatwo obserwowalnych atrakcji firmamentu. Chyba wypadałoby coś na ten temat poczytać. Wstyd się przyznać, ale nic na temat nie wiem. Średnia krajowa, jak sądzę, również nie ma pojęcia o astronomii. Zanim dorobię mitologię stosowną do okoliczności czas się pouczyć.
A w Mieście przegub ubrany w rajtuzy. Ciepło–miękka dojrzałość, poruszająca się w cyklach wręcz doskonałych. Bodajże odrobinę zbłądziłem idąc za zjawiskiem. Jakość ruchu była warta nauczenia się go na pamięć, choć słowem jej nie przygwożdżę. Nieco później zaabsorbowała mnie twarz. Z wysiłkiem ubrałem maskę obojętności pożerając obraz z perspektywy anonimowego pasażera autobusu. Rzecz nie podlegająca opisowi, lecz właśnie takie twarze powinni nosić ludzie.

Anatomia.
Strasznie ruchliwe zwierzątko się ze mnie zrobiło ostatnimi czasy. Zwiedzam zapomniane kąty i miejsca o których nic nie wiedziałem (forma nie wiedziałom? jakoś krztusi się we mnie). Spotykam wspomnienia i fragmenty ciał. No tak… Fragmenty, bo cała reszta jest nieistotna. Dziś spotkałem (znowu ta forma?) usta i łokieć. I tak, jak tym ustom chętnie dopięłoby się twarz z tymi oczami, które widzą własne, niewątpliwie śliczne obrazy, do których śmiało się tym ustom na przekór smutnemu, siąpiącemu Rynkowi, to łokieć pozostał bez dodatków. Drobny szczegół anatomiczny, zupełnie dla mnie niezrozumiały. Jak można wygiąć pod takim kątem rękę? A wiem doskonale, że części niewieściego świata udaje się to bezproblemowo, tak, jakby ich stawy łokciowe zbudowane były inaczej. Zachwycenie widokami – bo pyszne to były okazy nie przeszkodziło mi odnaleźć w sobie wspomnień. Oczekiwanie autobusu w przestrzeni przesączonej betonem i zimnem, przestrzeni powtarzalnej tak bardzo, że aż zupełnie anonimowej wyłowiło się adres innych oczu. Tamte oczy stawały na palce słysząc muzykę, aby znaleźć moje dłonie i tańczyć. Śmiały się te oczyska z wysokości około 140 cm aż otoczenie zarażało się tą radością. Nim pochłonęła mnie blaszanka MPK do kolekcji dołączyły kolejne oczy – również z pamięci. Tamte śmiały się dojrzalej, mniej figlarnie, ale znacznie bardziej kusząco. I głębokie były tak, że dna do dziś nie sięgam. Zgasły niestety. Ktoś, kto zepsuł tę radość powinien srogo to odpokutować.

Mikro-makro.
Tęsknoty jakieś ciągną mnie tym razem w renesans. Kiedy patrzę na hierarchię, potwornie tłuste molochy współzależności, podwładności i kompetencji zaczyna ogarniać mnie nieśmiała trwoga. Gdzie podziały się omnibusy, Leony da Vinci i jemu podobni? Sztaby, rzesze, konglomeraty, koncerny, spółki, oddziały, zakłady… wszystko pracuje zbiorowo oddając się produkcji detali składających się na prawie nikomu nieznaną i niezrozumiałą całość. Zajęcia wręcz patologiczne. Produkowanie „takiego czegoś z takim czymś, bez takiego czegoś”, aby następny mógł „temu czemuś” dołożyć „coś”… masakra. Niby ostatecznie powstaje twór skończony i funkcjonalny, choć stopień jego skomplikowania przerasta i najtęższe umysły. A te mniejsze, produkujące jakieś etapy sprzed zakończenia procesu pojęcia nie mają zupełnie, co i po co tworzą. Tylko dzieciom chyba udaje się ominąć tę pułapkę. One biorą rzeczy takimi, jakie są, nie wnikając w ich znaczenie, zasady działania, a ich przeznaczenie bez kompleksów dostosowują do własnych potrzeb. Bo to, że odkurzacz może być świetną hulajnogą, albo terenowym wozem dorosłym do głowy nie przychodzi.

Powikłania.
Kiedy będę już dużym, można powiedzieć dorosłym osobnikiem, wtedy będę mieć zielone oczy i nie pojadę na żadną wojnę. Na śniadanie będę jeść niezdrowo świeże pieczywo, pić ohydną czarną kawę bez cukru i wydłubywać paluchami wzorek w dywanie. W soboty będę rozmawiać z zegarem, i może podczas urlopu zamorduję kalendarz. Może się ożenię, albo wyjdę za mąż – kto to wie, skoro moja osobowość jeszcze nie zdecydowała się na wybór płci? Do dojrzałości trochę mi brakuje. Chwilowo leżę sobie bawiąc się „transformersami”. Uczę się więc zarówno gotowania, jak i wbijania gwoździ. Kląć potrafię lepiej od szewca, ale i zarumienić się pod wpływem słów potrafię. Ten stan, niewątpliwie przejściowy, posiada całą masę niedogodności, które poważnie mnie stresują. Bo, jeśli już okażę się lepszą dziewczyną od większości chłopców, to zaraz potem okazuje się, że od większości dziewczyn jestem tą gorszą. I odwrotnie. Brudzę się smarami przeważnie dokładniej od większości kobietek, ale o wiele słabiej niż faceciki. No i zakochać się trudno, bo nie wiadomo jakiej płci ma być obiekt westchnień… (taka miłość podobno tych westchnień wymaga – ciekawe po co?)
Rozmowa z dzieckiem [d], zanim odkryło frapujący brak kredki w kolorze drewnianym:
d – Co to za słowo – zaczyna się na „O”?
oko – obiad
d – nie, to nie to słowo
oko – a głodny jesteś? Chcesz jajecznicę?
d – A masz?
oko – ?!?!? Nie mam, ale mogę zrobić.
d – Chcę!!!!
Jak mało potrzeba, żeby zadowolić d. Wystarczy nosić jajecznicę w kieszeni… Wręcz banalne.
Właśnie mija rok zabawy z blogiem. Rok czytania i eksperymentów. To już nie to oko co na początku. Widocznie dokądś zmierzam. Oby kierunek został trafiony. Jubileusze, nawet te małe zwykle owocują jakimiś autozobowiązaniami. „Postanowienia” jubilata:
- nie spieszyć się tak często
- zjeść sałatkę z kaktusa
- zrozumieć Rzekę
- wyglądać jak drzewko (górą zielono, a dołem w brązach), kiedy spotkam nową twarz.


  • RSS