Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 2.2003

Poszukując.
A kiedy już wymyślę coś takiego, co tylko moim i takim własnym się wydaje, to zaraz się okaże, że przed pół wiekiem daleko zlokalizowana pani wysłowiła to ładniejszymi słowy.
Więc idę w Miasto w poszukiwaniu żeru. Być może tym pięknie słonecznym dniem uraczy mnie widoczkiem niebanalnym.
Strzeżcie się ludzie z Miasta. Oko spragniony żeru krąży gdzieś tutaj.
PS. I jak nie wierzyć w przeczucia? Jeszcze nie zdarłem metek z nowej marynarki, gdy już stała się koniecznością. Nowe nadciąga nieubłaganie. I dobrze mu tak, czemu ma mieć lepiej ode mnie….

Retrospekcja.
Oglądałem dziś domy, których już nie ma. Całe szeregi kamienic starzejących się w pamięci prędzej niż czynił to czas z pierwowzorem. I szyny tramwajowe bezlitośnie topione w asfalcie, po których ostatni tramwaj przejechał tak dawno, ze to już tylko legenda. A później byłem na moście. Most służy obecnie wyłącznie piechocie i tramwajom. Tuż obok wyrósł nowy. Większy i wygodniejszy. Stare odchodzi w milczeniu nasłuchując rozmów kaczek z przytopioną butelką zamarzniętą w rzece.
Mam w domu mapę starszą ode mnie, na której rozpoznaję miejsca nieistniejące. Całe kwartały zmienione ręką współczesnych. Chyba dzisiaj podglądał ją będę. Przecież to niebyłe jest moim. Wspomnienie skonfrontowane z mapą wskazuje, że to nie mrzonka. Tak było… Ech – sentymentalny się zrobiłem przy poniedziałku…

Miastem gnam patrząc jak stada gołębi pchane instynktem, nie widząc się wzajem, jednoczenie podrywają się do lotu by swoją przenikliwością przeszyć przestrzenie granitu Rynku. I zbite w gęste puchowe stada krzyżówki, lekko przeplecione łabędziami i alkami na Rzece, która miejscami świeci już czarną taflą. Asfalt o poranku biały potrafi zmięknąć do mokrej czerni koło południa. A ja wiosny czekam niecierpliwie, dostrzegając jak jaśnieją kobiece twarze, a ruchy mężczyzn stają się coraz bardziej nerwowe. Wieczorami pytam nóg własnych, jak bardzo zapamiętały ten dzień i czy był on dłuższy od poprzednich. Choroba i praca wytrąciły mnie z rytmu. Trwałem codziennością niezaburzoną, by teraz widzieć wszystko innym. Poszukuję nadal tego, czego widzieć nie mogłem i tego, czego dotknąć się nie da. I coraz dłuższe spacery, coraz staranniej planowane, by Miasto mnie nie zmogło. W słońca uśmiechu zwalniam Starówce wdzięczny, że tam trzeba zwolnić.
Lekko, od niechcenia zmierzyłem buty zbyt drogie i tanie marynarki. Wiosny mi trzeba!

Matematyka stosowana.
Udało mi się zachorować. I nie dlatego wspominam o tym, żeby mnie ktokolwiek żałował. Wydarzenie to miało następstwa. Przełamałem niechęć do lekarzy obojga płci i doktryn wszelakich. Zimne zakończenie stetoskopu omiotło górną część kadłuba, kilka pytań, ucisków czakr i już. Po badaniu. Nigdzie nie boli, a całość szwankuje. I wtedy właśnie pani w bieli – pod względem urody dużo bliżej anioła niż widma zaproponowała zestaw leków wprawiających mnie w osłupienie. Nie sądziłem, że XXI-wieczny lekarz może oficjalnie zalecić czosnek i słodkie lenistwo pod pierzyną. Chyba polubię lekarzy… nooo… lekarki. Za to w drodze do – nominacja. Znawca okolic, podglądacz rzeczywistości, Oko we własnej osobie w aurze mieć musiał afisz reklamowy. „Bedeker miejscowy”, „Sprowadzanie owieczek zbłąkanych na wody szerokie”. Lgnęło towarzystwo, że hej! A to lakier samochodowy potrzebny, to znów sklep wędkarski, że nie wspomnę o spółdzielni mieszkaniowej bardzo aspołecznej. A ja tylko nogi prostowałem kiwając przecząco głową, własny mając dom przed oczyma i chęci na początek kuracji. Zawiodło się kilku na mnie niestety. Ale przecież w przyrodzie status quo zachowane być musi. Suma zdziwień wymagała aż trzech „nie wiem”, by zrekompensować arbitraż.


  • RSS