Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 3.2003

Kogel-mogel.
1. Zawieszony w swingu, a może dźwiękach jazowej trąbki, gdzieś na krawędzi Rynku kuszonym był głębokim mruganiem ciepłolubnych pępków, zwiastujących dużo większą głębię ukrytą w krzywiznach bioder. Dlaczego akurat wtedy dopadł mnie JLB z fragmentem: „…metalowe lustra w ogrodzie już zwiastowały labirynt…”?
Niczym metronom bezdusznie taktujący moją drogę do domu… metalowe-lustra… metalowe-lustra… metalowe-lustra… w ogrodzie… Zabrało mi pamięć i nawet zatrucie muzyki hałasem startującego tabunu pojazdów nie zakłóciło drgań wahadła.
2. Od pewnego czasu spoglądam na świat o wiele przyjaźniej, niżbym się po sobie spodziewał. Uśmiecham się do ludzi, mówię „dzień dobry” paniom w pobliskich sklepach, pomagam spychać martwe samochody z ulic, albo wnieść na piętro człowieka na wózku. JA? Przecież jestem jednostką aspołeczną, zamkniętym we własnej skorupie ślimakiem.
3. W przeciągu jednej przejażdżki tramwajem zanotowałem 3,5 z dawna nie widzianych jednostek. Wiem, że to jeszcze nic nie znaczy, a jedynie frapującą staje się informacja o tej cząstkowej istocie. Cóż. Okazało się, że obecność jej była imaginacją wywołaną dość dużym podobieństwem, co nie przeszkodziło moim myślom odświeżyć pamięć. Innymi słowy – ja spotkałem osóbkę, choć ona mnie nie. Może lekko przesadziłem z proporcjami, jednak w czasach demokracji uznałem, że można to nazwać spotkaniem połowicznym.
4. Ostatnio pozwalam własnym nogom na zbyt wiele. Chodzą gdzie chcą i nawet nie pytają, czy reszcie ciała się to podoba. I tak zawiodły mnie w miejsca, w których gwizdały ptaki, i tam, gdzie nie słychać ludzi. Przy odpowiednio wczesnej porze nawet w Mieście jest to możliwe.
5. – ma pani piękne dłonie…
– hę? Czy to znaczy, że moja fryzura się panu nie podoba?
6. Na bocznej ścianie budynku już tańczy w słońcu grecka bogini o nieznanym mi imieniu. W dłoniach kwiaty i wianek na głowie. Suknia ciągnie się za nią, przesuwa się pomiędzy krzewami. Trzy sympatycznie wyglądające chmurki uzupełniają kompozycję. Zdecydowanie jakieś sto lat temu żyło się wolniej i bardziej estetycznie. Dziś nikt nie ma zamiaru bawić się w detale architektoniczne.

Gdzieś pomiędzy szóstą latarnią, a wieczorem.
Symbole przechadzały się stadami czekając na rozszyfrowanie. Murzyńskie maski, „Baumeister” reklamujący ceglaste łuki sklepień, które być może wykonali przodkowie właścicieli firmy, wino, które ustąpiło pola świeżemu tynkowi fasad. Wiatr od Rzeki niósł w wilgotną ziemię widok czasów minionych. W taki dzień prawdę można pić wprost z języka, nie szukając pośrednictwa słów. W taki dzień słowa tylko kaleczą to co chce wyrazić ciało.
PS. Dziś dzień w czerwieni. Na początek z okien tramwaju widok na dziewczynę o płonącej fryzurze. Włosy utrzymywały się w poziomie, pomimo, że rower nie przesuwał się zbyt szybko.
Później czerwone pąki na drzewie i rozsypane wokół kontenera puzzle.

Inni.
W tramwaju człowiek u schyłku emerytury czytający zasady świadczenia nauk w szkole niepublicznej… Młody duchem?
Nad dopływem pierwsze tego roku kaczeńce.
Na ławkach i przystankach kiełkują uczucia. Niektóre dojrzewają i rosną.
W parkach dorastają brzdące na trójkołowcach.
Na Rzece debaty ptasie. Ciekawe, z jakim problemem się ścierają.
Dzieci dźwigają wiedzę do szkół.
Rozmowy intymnieją i rumienią się. W nieśmiałości szeptanej wyłącznie jednej – dwóm godnym tego osóbkom.
Na rynku stacjonują ci, którym niespieszno, gdy wszystko wokół nabiera przyspieszenia.
A ja, chodzę wolniej, żeby się nacieszyć…

Zwrot wzroku.
Potrzebowałem dłuższej chwili, by uspokoić umysł zdumiony dziesięciominutową rozmową z człowiekiem, którego jak się ostatecznie dowiedziałem NIE MA. Po ulicach chodziły śpiące dziewczyny. Skierowałem więc oko na nagie drzewa. Szczególnie jedno, o którym chcę myśleć, że było kasztanowcem, choć zabrakło mi energii na zbadanie faktów. Wyciągało ramiona w marcowy firmament starając się ukorzenić szeroko w niebie. Taki krzyk nieżyjącego.

Miasto starych ludzi.
Ciągną swoje wózeczki obładowane tekturą, dobytkiem, nikomu niepotrzebną lodówką. Grzebią w kontenerach i śmietnikach w poszukiwaniu puszek, butelek i niedopałków. Krążą po Mieście pozornie bez celu. Szukają tandety. Sklepy z używaną odzieżą pękają w szwach, podczas gdy markowa odzież nudzi się na wieszakach. Czasem wyjdą na spacer z psem wyglądającym równie żałośnie, czasem pójdą do zakładu energetycznego, czy gazowni wnieść opłaty za spożycie darów cywilizacji. I dziwują się, dlaczego po czterdziestu latach pracy nie stać ich na wygrzewanie kości w cieplejszych stronach. Inni odpierają atak czasu starając się ususzyć go w opróżnionym szkle po byle czym. Nie tak mi się widzi przyszłość, chociaż nie potrafię powiedzieć jeszcze, czym zasłużę sobie na lepsze jutro.
A na Rzece łabędzie próbujące zakotwiczyć się dziobami w dnie. Wyglądały jak miniatury gór lodowych na morzu arktycznym.

Dylemat.
Gość w okna zapukał, jak co dzień o poranku. Otworzyłem. Wtoczył się warkotem ciężarówek, łomotaniem tramwajów, stukotem obcasów i skrzypieniem bram.
Całe otoczenie rzęzi, dudni i huczy. Nawet natura zamknięta w gawronie ciała skrzeczy. Przez otwarte okno dociera do mnie świat brzydki i odpychający, podkreślony dodatkowo techno-utworem o takcie podniesionym do rangi wyższej niż linia melodyczna. Cisza kosmosu wydaje się być przy tych dźwiękach cudowną muzyką.
A przecież w takim otoczeniu żyję od początków świadomości i pojęcia nie mam, czy wytrzymałbym choćby uwerturę do koncertu ciszy. Więc dlaczego właściwie hałas mnie razi?

Po pijanemu.
Post scriptum-powielokroć
PS1. miałem dziś napisać:
„Szupin japoński czekał na tę chwilę całą zimę. Teraz małe drgnienie wiatru wystarczyło mu by strącić brzemię nasion zamkniętych w w torebkach przez czas mrozu. Obróciłem się w tę chwilę, kiedy z drzewa pod drgnieniem wiatru na ziemię opadł kolejny strąk w kształcie dzidy. Ziemia zbyt zmrożona, by wbił się w nią, więc pękł na powierzchni licząc na przychylne deszcze, lub nogę nielitościwego. Tuż obok modrzew słaniał się w przedwiośniu zwisając żałośnie ku ziemi.”
PS.2 Tymczasem dowiedziałem się z wiarygodnego źródła, że powinno to wyglądać tak:
„Chodniki są dla mnie za wąskie, tłok za duży, a światła przeważnie czerwone”
PS3. Najgorsze jest to, że powiedział to autorytet oka. I na pewno ma rację.
PS4.
M. czekam

Lustro.
Bramini udali się już na letnie koczowisko i nie straszą przechodniów. Wiem dokąd. Jest takie miejsce nad dopływem, gdzie kolekcja korków i kapsli z najtańszych alkoholi utworzyła dywan. W porach zupełnie nie do pomyślenia można stamtąd usłyszeć wesoło schrypnięte głosy rozprawiające o sprawach prostych lub wysłuchać najświeższych wiązanek towarzyszących polemikom.
A ja? Szedłem obok budynku kryjącego wnętrze za polerowanymi marmurami i szkłem. Za szybą wychudzony, nieogolony pelikan z wyciągniętą szyją szedł krok w krok ze mną. Może nawet mamrotał coś do siebie. Zamyśliłem się. Dlaczego pelikan? Czapla, flaming… rozumiem. Skąd pelikan? Przecież wola nie było widać. Najwyraźniej podświadomość zaparła się przy zwierzątku, bo budynek skończył się pozostawiając mnie bez uzasadnienia. Rozwiązanie było drastyczne, choć proste. Ogoliłem się. A teraz wyruszam na poszukiwania marmuru i szkła, by empirycznie ocenić efekty.

Nadal się uśmiecham, choć deszcz zaczął sypać się z nieba, a w czubkach butów zbiera się wilgoć. Uśmiecham się do sekretarek i rozmawiam z dyrektorami. Mówię tak szybko, jak jeszcze tydzień temu chodziłem. Nawet kolejne szykany nie wyprowadzają mnie z równowagi. Pobłażliwie, nieomal po ojcowsku przyjmuję spadające ciosy. Drugiego policzka jednak nie nadstawiam. Cóż… święty to ja nie jestem…
PS. Nieopodal Rynku reklama – „Śniadanie staropolskie – w cenie posiłku setka wódki”!!! Hosanna!!! I jak tu się dziwić, że mają nas za drobnych pijaczków, lub zgoła moczymordy?

Złośliwie i erotycznie.
Z tej wiosennej radości postanowiłem zwolnić. Sennie snułem sie po uliczkach rozglądając się na boki. Nawet na ławeczce usiadłem obok łysiejącego pana, by wspólnie kontemplować przesuwające się obrazy. Kobietki w spódniczkach krótszych niż ich płaszczyki, i te w dżinsach tak ciasnych, że zacząłem się głowić jak udaje im się wepchnąć w nie swoje pupy. Tuż obok młodzieniaszki masujący penisy poprzez kieszenie swoich mniej obcisłych dżinsów. Wygłodniałym wzrokiem wodzący za jaśniejącymi wiosennie paniami w rozmaitym wieku i stanie ducha. Dziewczę o okrągłej buzi szło tak zamyślone, że śmiało mogło przekroczyć Rzekę po dnie i nawet tego nie zauważyć. A w tramwaju, który w końcu przyjechał dziewczątka debatujące nad kosztem doprowadzenia do ideału paznokci. Fakt – przydałoby się im troszeczkę pielęgnacji. Świat naelektryzował się erotyzmem. A może to mi się tylko śniło? Zmyślanie, to przecież taka przyjemna zabawa…


  • RSS