Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 4.2003

Dzień absurdu, na dodatek w kolorze niebieskim.
W taki dzień, kiedy sprawy nieproste komplikują się i żadne celowe działanie nie przynosi spodziewanych efektów, gdy spełniają się przepowiednie Murphy`ego (liczba problemów rośnie odwrotnie proporcjonalnie do czasu pozostałego do zakończenia projektu), no więc w taki dzień należy wykonać coś, co odwróci karty. Dlatego pokonawszy po siedem i pół mostu na każdą nogę, gdy do domu zostało jeszcze po półtora, wybrałem niewłaściwą stronę ulicy, by spotkać kogoś, kogo spotkać nie można, i nawet nie wiem, czy chciałem.
Prześladowany przez tramwaje nr 21 (bardzo niebieskie) w żywopłocie dostrzegłem srocze skrzydła zakończone metalizowanym błękitem. W parku, zmierzał do kubełka niebieski długopis jeszcze wyświecony kieszenią, którą opuścił. Za to sweterek (oczywiście niebieski), spod uśmiechu smutno-ironicznego spłowiały był. Nie podjąłem żadnych działań, żeby się z nim zaprzyjaźnić, czy pokłócić. Sam byłem granatowy.
Ostatecznie, kiedy już nie spotkałem kogoś, kogo spotkać nie można los faktycznie odwrócił się i wracałem do domu z bólem nóg, a nie głowy. Tylko w Rynku zwieńczenia starych kamienic odmłodzonych ręką współczesnych przegrały z młodymi zwieńczeniami noszonymi przez płeć odmienną. Ciężko erotomanowi jest, gdy ciepło spaceruje po Rynku…

Próbka z krawężnika.
Nierozsądnie jest zaczynać od blagi. Mity rosną, a wraz z nimi wiara, że wytwór wyobraźni BYŁ rzeczywistością. A jak łatwo jest zapomnieć o jakiejś mniej istotnej operacji przekłamania kilka zdań dalej… Dlatego, dmuchając dymem w wieczorne zewnętrze muszę przyznać się, że od początków moje ego hodowane było w biedzie. Cała dzielnica wyrzutków i odpadów społecznie nieprzystosowanych do cywilizacji. Gdzieś w trakcie przypadek pozwolił mi uchwycić dłoń wyciągniętą dla żartu i trzymać się jej wystarczająco długo, by przeczekać większe wiry nieodmiennie nękające rówieśników-tubylców. Mieszkanie wewnątrz brzydoty, kostropatej, nie pielęgnowanej, noszącej ślady kolejnych ucisków i partyzantki bardzo rogatej – jak to w naturze narodu bywa – napiętnowało mnie kompleksami obcymi ludziom dojrzewającym we względnym luksusie. Tu obowiązuje prosta, choć wulgarna zasada głoszona pomiędzy kolejnymi nakrętkami odbezpieczanymi z co tańszych alkoholi: „Pier… to!”
Ileż razy nasłuchałem się, że „jestem inny”… I to w obu światach. A ja nadal balansuję usiłując nie spaść w otchłanie po którejkolwiek stronie. Dlaczego?. Kiedy dumam nad odpowiedzią mrok kładzie się na chodniku. Czy chce mi się to wyjaśniać? Powiem tak: Z jednej strony ludziom niestety nie można wierzyć pomimo pięknosłowia, w drugim przypadku niestety trzeba, a krótkie i węzłowate warknięcie spoza słownika, w które włożono więcej emocji niż w całą polemikę po drugiej stronie nie jest przyjaznym. I oba rozwiązania są nie-do-przyjęcia!

Dom wariatów.
W miejscu, w którym gęsto od ludzi nie ma sensu poszukiwać – nawet jeżeli znajduje się tam „stówa” do znalezienia, to i tak mnie ktoś uprzedzi. W wyniku takiej konkluzji wybrałem mało uczęszczane miejsca i strawiłem na poszukiwaniach całe pół godziny. Bez skutku przemierzałem odludzia ze wzrokiem utkwionym w rozmaite nawierzchnie. Kiedy już zrezygnowałem zacząłem myśleć innym torem: po co mi „stówa”? Na piwo za dużo, na fanaberie za mało. Rozumiem „dwie dychy”, więc może lepiej, że jej tam nie było? No i dostrzegłem lukę w rozumowaniu – bo skoro nikt nie chodzi, to niby skąd ma się tam wziąć poszukiwana bezmyślnie mamona? Paranoja. Rozejrzałem się już jako normalnie usposobiony osobnik. W miejskiej fosie rozpoczęło się tarło. Stada ryb nieznanej mi rasy kłębiły się w okazałych gromadach. Na brzegu gołębie poszły za przykładem nie zwracając absolutnie żadnej uwagi na przechodniów równie mało nimi zainteresowanych. Miasto prześwietlone wiosną do niepoznania. I jakoś tak podejrzanie pustawo. Pojedyncze egzemplarze leniwie znikały z zasięgu wzroku od rana. Dopiero gdy zacząłem poruszać się trochę bardziej nerwowo pojawiło się gąszcze obcych sobie ludzi. A na Rzece regaty. Białe żagle łabędzi szukające sprzyjających wiatrów.

Bajka.
„Piwnica pod.” Oferuje wszystkim to, czego nie dostali od świata, i to, po co się nie schylili. Równie chętnie daje jednym kokosy, innym happy-end, którego nie doczekali w życiu. Na każdego czeka jego własna samotność zwielokrotniona lustrem i ogrzana ogarkiem taniej świecy wpół drewnianego, zniszczonego blatu. Na świecy łzy po poprzednikach cieknące w deski z inicjałami marzeń wyrytych w pokalowych kręgach.
Lokal otwarty w ostateczności i nawet na wieczność. Tu można utopić wszystko, a zgubić jeszcze więcej. Zdarza się, że los łaskawie podzieli się ciepłym włosem i pozwoli wynieść się stąd na zawsze. W takim miejscu, gdzie barmanowi nie kończy się beczka, a obsługa wydaje się nierealną i jakby nieobecną można mówić i słuchać. Śnić, tęsknić, wierzyć. To, czego słowa nie mieszczą leje się tam z nieznanych nauce wymiarów; ze szczelin przeschniętej boazerii, nieskończonej płaszczyzny sufitu ozdobionego wilgocią, ikeban pokrytych historią. Niemal bezrobotny bramkarz pilnuje , by do środka nie dostał się jedyny nieproszony gość – Rzeczywistość. Kolejne płomyczki spoufalają się z wieczną lampką nad barem spalając noc w rytm napływania bywalców. W menu nie znajdzie się odpowiedzi, lecz nikt nie zabrania pytać. Czy można wyrosnąć z takich miejsc? Czy można tam nie bywać?
PS. Wszelkie podobieństwo, a zwłaszcza zamierzone nie wskaże adresu. Ci, którzy wrócili nie mają ochoty opowiadać, inni nie wychodzą ze środka, a reszta opowiada baśnie (np.: oko)

Uzależnienie?
Ilekroć wyjeżdżam z Miasta i patrzę na mijane miejscowości pełen zdumienia jestem, że TAM też można mieszkać. Przecież nie ma tam moich mostów na mojej Rzece, granit starówek nie nosi moich śladów, i nawet gołębie gruchają obco.
PS. Z ostatnich dni: po Starówce chodzą ładni ludzie. Zadbani, wyczesani, ładnie ubrani. Im dalej od centrum, tym więcej zaniedbania i brzydoty. Identycznie zachowuje się architektura. Najchętniej podkopałbym Ratusz, żeby sprawdzić, jaki magnes w sobie kryje. Nie. Nie zrobię tego. I tak wielu już uważa mnie za nie całkiem normalnego. A może chcę zachować chociaż pozory tego stanu?
Kobiety w Mieście zaczęły obawiać się o całość swych pępków. Noszą teraz zbroje przyszyte gdzieś w ich okolicach, tak żeby kolczuga zakrywała „bliznę po matce”. Próbuję wyobrazić sobie cel i sposób w jaki facet może chcieć dokonać takiego czynu – niestety – to również przerasta moje pojmowanie świata.

Dziki Zachód.
Gość z kolcem poniżej wargi dolnej i „Desperado”. W odstępie może pięciu minut, w jednej przestrzeni. Kolec wyglądał jak akacjowy, a może ciut większy, a właściciel/ofiara kolca dostarczał suszone bukiety w plastikowym opakowaniu do miejsca wystrojonego w końskie akcesoria. Desperado w obowiązkowej czerni – kapelusz, długi płaszcz i wiolonczela, czy jakiś podobnej wielkości instrument w pokrowcu, niesiony niczym filmowa armata. Szerzej otwierałem oczy zerkając całkiem niedyskretnie, myśląc, że „widzenia” spowodował odurzający zapach kwitnącej jabłoni.

Dzień kontrastów i tuneli.
Mumia kawki porzucona na trawniku stanowiąca kontrast dla istot żywych, sztucznie opalonych i lekko rozpiętych.
Zeszłoroczne wiechy na sumakach tuż obok świeżo zrodzonych liści.
Wypielęgnowane klomby, sąsiadujące z rozkopaną ulicą.
Kontrasty. Miejsca z dawna nie widziane powitały mnie zlepkiem nie wiadomo czemu gryzących się obrazów. A ja wewnątrz, pomiędzy, obok, grzejący się w zbyt-ubraniu jak na ten dzień. Dlatego cieniem przemykam i los sprzyjający podsuwa wciąż nowe przejścia podziemne. W jednym z nich nieodmienny smrodek przypominający mi początki świadomości. Było takie przejście, gdzie mocz, chemia gospodarcza, pot bezadresowców i wiatr beznadziei zebrał się w bukiet, którego zapomnieć nie dam rady. Tak samo jak określić miejsce, w którym smrodek zwęszonym został.

Taki sobie dzień.
Postanowiłem potraktować miło ten dzień. I w ramach tego miłowania wstałem wcześniej niż musiałem. To jest gdzieś tak przed szóstą. Wykonałem ponadstandardowy zestaw czynności typowych rano (większe mycie, więcej kawy, dłuższe zagłębienie w fotelu). Słońce mazało już swoje ciepłe kleksy na ścianach budynków, ja się uśmiechałem obserwując pęczniejące kasztanowce i baziolenie się paru innych gatunków. Grzecznie, lub grzesznie grzać się zamierzam przez Starówkę wędrując. Jeśli ktoś dostrzeże bezzasadnie uśmiechniętą sylwetkę gdzieś tam, to będę ja.

Samozagłada.
Słońce rozleniwia. Akurat teraz, kiedy postanowiłem zabić się zobowiązaniami. Zaczynam rozumieć skórę bawolą rozpiętą na słońcu kołkami ze świeżo ściętych drewnianych szpilek. Naprężam się w tysiącu spraw nieistotnych, rozrywam pamięć po tematach już mnie przerastających. Niczym magnes ściągnąłem przez zimę więcej pracy, niż cały zespół ludzi z którymi pracowałem miał jesienią. I o wiele mniej gotówki, co trzeba przyznać ze smutkiem. Mądry to ja nie jestem. Oj, nie… Ale jeżeli zdechnąć mi przyjdzie to towarzystwo mam zapewnione. Sporo podobnego zwierzyńca włóczy się wokół. A wakacje tuż, tuż. Czas odkurzyć gitarę.

Gdybanie sprzed trzech dni.
Omijając piramidy nikomu niepotrzebnego śniegu przebiegłem mosty wzdłuż i w poprzek doganiając konserwę. Wewnątrz po raz kolejny stwierdziłem, że kobiety potrafią wyczyniać ze stopami rzeczy nieprawdopodobne. Zawijają je na kostkach, kładą na podłodze dowolnym bokiem zaprzeczając fizyce i możliwościom stawów. Grunt, że zdążyłem. A kiedy wysiadłem poczułem zapach płonącego drewna. Więc chyba było warto. Gdybym znalazł wodę po goleniu o takim zapachu być może polubiłbym golenie.


  • RSS