Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 5.2003

Efekt poranka.
Rynek, to jedna, masowa pokusa. I to nie gastronomiczna, bo ta czynna na okrągło dawno już straciła swoją świeżość. Pokusa przechadza się niespiesznie po rynku, pieszcząc oczy ekspozycją co ładniej wykończonych fragmentów ciał. Jeśli dołożyć do tego porównywalną masę głodomorów zerkających w wąwozy niemal nieskrępowanych piersi można dojść do wniosku, że tu się nie pracuje. Nie ma na to czasu. Ani ochoty. I stało się. Jak się poranek zapowiadał, tak dzień się rozwinął. Plany przerosły rzeczywistość i pańszczyzna czeka poniedziałku.
Zwierzęta są mądrzejsze – pochowały się w cień, zamiast nadaremnie włóczyć się po starówce.

Do przodu.
Sprzątaczki odwracają się ode mnie pupami ścierając noc ze schodów. Nie powiem – całkiem ładne. A przecież jeszcze nie tak dawno sprzątanie było domeną rencistek dorabiających na prezenty dla wnuków. Wolę nie wyciągać wniosków, że ten dzień będzie do (wielokropek), albo, że sprawy należy załatwiać od tyłu. Chyba pora wziąć się za poważniejsze zajęcia.

Kto zdecydował, co mi się ma podobać, czego mam pożądać i co lubić?
Jadłem śliwkę (a tak dokładnie to nektarynkę) stojąc w kuchennym oknie. Na zewnątrz niby nic, a jednak. Młoda, nie pasująca do promowanych modeli wzorca urody kobiecej dziewczyna z psem wodołazem na spacerze. Bez stanika. Młode groszki przebijały bluzeczkę nieciągłością wzmaganą wiatrem. Cóż. Zawstydziła się swojej odwagi chowając się najpierw za modrzew, by ostatecznie przenieść własne i psie ciało na inne podwórko. Idę o zakład, że odchodząc była bardzo ładnie zarumieniona. Piękny wiek, kiedy chce się pokazać, a jednak wstyd trochę…
A ja obrzydliwy jestem jak stary satyr
Ach te gierki słowne…

Radość istnienia.
Świeże bułki i rogale. Słodko pachnące, często jeszcze ciepłe, wędrują do domów, zanim słońce ogrzeje choćby połowę ściany z przeciwnej strony ulicy. Mijają kolarzy, młode mamusie prowadzące pociechy do rozmaitych przechowalni. Żegnają się ze sprzątaczkami kończącymi już pracę.
I nie przeszkadza mi wcale, że omijają mój domek. Cieszę się, że są, że kiedy już mnie zaczarują wonią, to nawet w kapciach mogę, nim w czajniku pojawią się pierwsze bąbelki.
Podobnie cieszą mnie teatry do których nie chodzę; muzea, kina i galerie. I ulice, których jeszcze nie poznałem. I…
Dobrze, że są

Optymizm niezmącony.
Noooo! Teraz, kiedy już wiem, że mam „spoxik blogersik”, albo nawet „,„spoczko blogasek”, to mogę sobie zacząć używać do woli. Kto wie, może i prawdę kiedyś napiszę. A na razie, to wspomnę o Pani Urzędniczce, najprawdopodobniej na kierowniczym stanowisku, która odpowiedziała na mój uśmiech donikąd, rzucając w odpowiedzi zupełnie nie służbowy odzew spod kasztanowej, skręconej czuprynki. Gdybym tylko potrafił ją skorumpować… Niech tam! Niech się ostanie niewinna jako te konwalie majowe.
PS. Nie spodziewałem się po sobie bezinteresowności…

Z parapetu.
Zakurzone okna okryte żaluzjami, albo pomarańczowymi zasłonami. Nieinteresujące, jak to, co się za nimi dzieje. A przecież stoję w oknie i łapię wiatr podglądając świat na zewnątrz. I to nie tylko 90/60/90. Kiedy słońce nie świeci wiatr przynosi zapach, który da się zwęszyć skórą. Wtedy budzą się nostalgie. A na chodnikach młodociane przekleństwa i techno-muzyka. Okolica powoli się upija i wyrusza dalej – do jutra. Plany się snują, marzenia rosną, a wiatr wieje. Może zagwiżdżę z nim? Na wszystko?

Mnogość
Wystarczy, że głowę wychylę za róg ulicy i już się gromadzą. Pomysły wzięte wprost z chodnika, gdy w domku posucha na nie. A może tak usiąść na skraju, gdzie zwierzątka z gatunku naczelnych (jak się sami określili) przechadzają się stadnie lub samotnie. Uśmiechnąłem się do takiej myśli i do nieznajomej, która jak raz się napatoczyła. Bo kiedy ludzie nie wiedzą, że ich wykorzystuję jako blogokazy, to zachowują się bardzo interesująco. A ta osóbka chyba coś podejrzewała, skoro patrzyła na mnie takim dziwnym wzrokiem. Może to jasnowidz? Ale – nie o niej dziś. Pomiędzy pocącym się klonem, a lipą układającą na ziemi gałęzie ciężkie od liści dotknęło mnie wrażenie mnogości. Powtarzalność zjawiska sugerująca, że nadchodzi wyż demograficzny. Na ulicach w centrum minąłem taką liczbę kobiet w stanie błogosławionym, jakiej jeszcze nie pamiętam. Może był zlot w Rynku? Rozmaitość była równie duża jak liczba – niektóre zadowolone, inne zmęczone, w spodniach, sukienkach, z odkrytym brzuszkiem nawet… A przecież Miastu poświęciłem zaledwie trzy godziny, przeplecione dodatkowo szykanami projektowymi!

Zabawy.
Kiedy starszy gość nieskutecznie zamówił sok marchwiowy nie potrafiłem się powstrzymać. Zamówiłem sok chmielowy, dodając nieśmiało, że może być wczorajszy. Świeżego z marchewki zabrakło…
Innym razem kazano mi kupić skrzydełka do zupy. Teraz ilekroć wchodzę do mięsnego po skrzydełka pani pyta mnie, jak mi idzie fruwanie. Dobrze, że nie pyta czy te skrzydła miały być wołowe, czy wieprzowe, co podobno zdarzyło się w okolicy. Tylko wspomnę o rybie z oczami – cóż – jak się ma dziwaczne zamówienia, to trudno w inny sposób przekazać je ekspedientce.
Bardzo lubię, kiedy mnie ktoś pyta: „kawa, czy herbata?”. Pozwalam sobie na odpowiedź: „tak!” oznaczającą według mnie: „i piwo”
Bardzo mi dzisiaj wesoło…

Ludzie tygodnia.
Człowiek pilnujący słupa, na którym zawieszono sygnalizację świetlną. Nieruchomy, przytulony, po wielokroć w jednym miejscu. Aż zniknęła ze słupa reklama nie wiem czego wraz z nim. Podejrzewam, że była to reklama sklepu z artykułami dla maluszków.
Kobieta ze starszym panem – uśmiechnięta i zadbana. A przecież widywałem ją na deptakach z dzieciaczkiem w wózku gdy z płaczem wyłudza „na mleko”. Raz się nabrałem.
Córka sąsiadki (czyli sąsiadka) nie wiedzieć kiedy dorosła na tyle, żeby nie wstydzić się uczuć. Dokładnie wtedy, kiedy jej matka (sąsiadka) zaczęła sobie przypominać, jak to jest, kiedy się ich nie wstydzić. Bardzo ciekawa klamra uczuciowa. Obie kwitną, więc niech im służy.
Siedmioletnia, wysokoenergetyczna materia informująca mnie, że „dzwoni magnetofon”. Tajemnicza historia. Dla zbadania należało podnieść miękkie tkanki i zobaczyć. A to świeże jajka reklamowały się domofonem.

Dzień.
Zaczął się wcześniej niż zwykle i wydawał się być mdłym, sennym dniem. Robinie zaczęły już kusić aromatem, na chodniku nagie łydki prowadziły abstrakcyjną dyskusję o wielkiej polityce, pies – zbój bez adresu z wysoko podniesioną głową biegł do kolejnego kontenera w poszukiwaniu śniadania. Całym sobą mówił:
„Nie narzekaj. Nie jest źle. Ja wstałem wcześniej, a spałem w o wiele gorszych warunkach. Teraz odwiedzę więcej śmietników, niż znasz knajp w Rynku, żeby zjeść śniadanie”.
I jeszcze witryna, prezentująca praktyczność polara tuż obok bielizny o walorach wyłącznie emocjonalnych.
P.S. Siedmioletnie dziecko, które miałem nauczyć grać w piłkę pytało mnie o śmierć faraonów i sposób transmisji sygnału TV.


  • RSS