Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 6.2003

Mrzonki.
Dlaczego to Miasto zmienia się, nie pytając mnie o zdanie? Poniekąd potwierdza to moją teorię, ze ono nikogo nie lubi. A potrafi być złośliwe. Właśnie zabrało mi cząstkę siebie. Fragment mojego pieczołowicie budowanego świata. I wyrzucając ten okruch daleko, poszerza mój horyzont. Bo teraz Miasto rozciąga się dalej. Tak, jak wtedy, kiedy kamień w wodę wrzucony potrafi echo roznieść na całą dostępną powierzchnię, choć już nie tak wyraźnie i przejrzyście. Schizofrenia przygraniczna.
PS. Kiedy urodziłem tę myśl pulchniutka Ewa na rowerze nie chciała się ze mną podzielić jabłkiem. Kiepski Adam ze mnie…

Miasto.
Piszę o Mieście. I to nie, jak chciałby Cortazar – by wprowadzić tajemniczość, czy też dla nadania jakiegoś literackiego wyrazu. Myślę o nim z dużej litery, bo jest moje. Tak jak niektórzy mają swoje psy, ogródki, ulubione spodnie. I dokładnie tak samo, jak nie zamierzam uwalniać się od własnej skóry, tak też nie chcę pozbyć się jego. Służy mi, choć pewnie znalazłoby się coś wygodniejszego, może modniejszego. Niech sobie nawet śmierdzi zaściankiem. Był czas wyborów, wyjazdów i powrotów, gdy już na Głównym przechodził tygodniowy katar. Czasem się z Miastem drażnię, czasem je wyśmieję, albo przeklnę – cóż… skoro nawet Chrystusa udało się ludziom przekląć… Jestem stąd i niech już tak zostanie.

Minuta w oknie.
I jak tu być normalnym, skoro w ciągu jednej minuty nie nadążałem z przecieraniem zdziwionych oczu?
Najpierw pan trzymający jedną ręką kroczącą z nim kobietę, a drugą narządy własne.
Zaraz po nich para kobiet pod rękę, jak do ślubu. I ta, która miała być w tym związku mężczyzną była w ciąży.
Tuż za nimi tubylec służący za tragarza zazwyczaj (donosi trunki w miejsca nieodległe)- z kwiatami. Świat się wali!
Trzeźwego się go nie widuje tutaj.

Drzewa.
Pośród osik, czeremch i głogów siedziałem nie wystając ponad pałki tataraków i wysokie trawy. Po drugiej stronie nad drzewami kłębiły się w dużych odstępach śnieżnobiałe chmury o fantastycznych kształtach. Ot, ta, naprzeciwko nosa – przypomina trójwymiarowy obraz dębu, jeszcze nie starego, choć na wiek ludzki już sędziwego. Świerszcze przegrywały chwilami z konkurującymi odgłosami dochodzącymi z bardzo już zniszczonej wylotówki, ale tylko czasem. Kiedy się tak ułożyć w ciepłej trawie i udawać, że śpiewu ptaków nie zakłóca skrzypienie rowerów i pokrzykiwania rodzinnych wycieczek, można się poczuć jak w lesie.

Uwaga.
Nie może być do końca złe to Miasto, gdzie nawet idąc wzdłuż nasypu kolejowego, których tu nie brakuje można zaciągnąć się świeżo skoszoną, wilgotną trawą, albo porozmawiać z jeżem. Fakt, że dla tych doznań należy wybrać mało popularną godzinę (1.00) nic nie zmienia. Jeżyk przypominał mysz kolczastą. Pozwolił się przywitać, choć ręki nie podał. Po iluś prasowanych na jezdniach okazach chciałem go uprzedzić – może go polubiłem? Niestety. Zanim skończyłem mówić „asfalt” on śmiesznym truchtem uciekał już do domku pod krzakiem jaśminu. Miejskie „ptaszki” schrypniętymi głosami nawoływały się przed sklepami nocnymi, albo oferowały usługi. Śmieszne i pozornie niegroźne, jednak nocą po Mieście lepiej spacerować w sportowym obuwiu niż w kapciach.

Wymiana.
Zaczepiłem dwa palce na obojczyku na znak, że cię obserwuję. Widziałaś, więc miałaś świadomość idąc zbieżnym kursem. Zakotwiczyłem się wzrokiem na tej twojej łososiowej sukience, która po deszczu nabrała bardziej intensywnego koloru, mieszając swój pomarańcz z różem twojej skóry. Uśmiech – lekko kpiący, lecz nie złośliwy powiedział mi, ze imperatyw każący facetom patrzeć na wskroś twojej sukienki jest ci doskonale znany. I że już do tego przywykłaś, tak jak ja przywykłem, żeby z nim nie walczyć beznadziejnie. Nie miałem przy sobie sześciozłotowej wiśni, która wzmocniłaby jeszcze przenikające się barwy. Gdybym ją miał, i odwagę, by je na otwartej dłoni podać… Wzięłabyś?…
A kiedy już mnie mijałaś, niczym w sztafecie przekazałaś ten uśmiech, żebym niósł go dalej. Dodałem od siebie nieco życzliwości bezinteresownej i niosłem jak olimpijski znicz, budząc zainteresowanie pana schowanego w bramie księgarni. Nie. Jemu nie mogłem go przekazać. On za bardzo się bał. Dla urody własnego krawata zrezygnował z planów, przeczekując ostatnie krople w ciepłym aromacie kartkowanych książek. Szedłem z twoim uśmiechem pilnując, by nie zginął w tłumie, albo nie utopił się w fontannie. Minąłem Rynek, kościół, pocztę, szkołę. Dopiero tam, gdzie turyści już nie zaglądają, a na straganach sprzedają się zbędne drobiazgi, szmatki i warzywa oddałem go piegowatej pani, która, lakierowała kolejnym deszczem wiśnie właśnie. Oby jej się przydał twój uśmiech łososiowa niewiasto.

W lustrze.
Chłodniejszy dzień nastał. Miastem przemykają jednostki o wiele staranniej ubrane niż ostatnio bywało. Bosonogie nie spacerują po Mieście osobniki o drugim palcu dłuższym. Widocznie są bardziej ciepłolubne. Te z nieprzerośniętym są bardziej zdeterminowane.
W gmaszysku sądu nieprzeźroczyste szyby stawiające wzrokowi opór. A przecież elementy stuletnich budowli widocznych poza nimi warte są lepszego traktowania.
Przed salą rozpraw kobieta – zadbana, jakby nie miała swoich czterdziestu lat. Bo w tym kraju czterdziestka to wyrok. Beznadzieja – w zasadzie można byłoby po czterdziestce ogłosić obowiązkową eutanazję. Nikomu niepotrzebni, zniechęceni ludzie bez przyszłości. Szarzy, cisi i zakompleksieni preferowanymi okazami z reklam. A tu wyjątek jakowyś! I cóż pani? Pani zakłada czarną pelerynkę przeistaczając się w adwokata.

Miraż pospacerowy.
- weź pan kobicie nenufar…
Głos dochodził gdzieś spod stóp. Rozejrzałem się dyskretnie po mostku, ale nic. Ani śladu organu potrafiącego wydawać dźwięki. Dopiero na kapuścianym polu, które narosło na powierzchni rzeczułki dostrzegłem brodzącego w wodzie jegomościa mocno już wyeksploatowanego walką z życiem.
- no weź! – zachęcił ponownie nie ustając w marszu po kamienistym dnie zaśmieconym tak, że zieloność była zbawieniem dla oczu. Niby na co mi wodny kwiat, piękny gdy się go ogląda z daleka, a śmierdzący mułem przy każdej próbie zbliżenia.
- Biorę ten – wskazałem rosnący daleko od mostu kwiat. Nie wiem czemu to powiedziałem, bo wcale nie chciałem go. I rozmowy nie chciałem z emerytowanym wodołazem.
– niech będzie mój, ale tam – tam gdzie jest teraz. Zapłacę…
Nie zrozumiał. Burząc zieloność brnął we wskazanym kierunku.
- Nie! – krzyknąłem – płacę, żeby tam został. Dziś zaliczka, na piwo. Jutro przyjdę cieszyć się nim, jeśli będzie…
Tydzień już chodzę do swojego brzydkiego kwiata, pod mostem zostawiając butelkowane zaliczki, by żył. Na wysypisku koryta został się samotnie. Reszta sprzedana w niewolę i porzucona w najbliższym miejskim śmietniku, gdy tylko zaczęły działać pozostałe zmysły. A ja mam prywatnego ochroniarza, jeszcze brzydszego i bardziej cuchnącego od tego, czego strzeże. Gdzieś tu, na skraju świata. Niedrogi jest – wypożyczę, albo zamienię – hurtem. Staruszka i kwiat. Ostatni na kapuścianym polu schnącego strumienia.

Szczerbiec.
Zaparli się, czy co? Zacząłem zwracać uwagę na osobniki obdarzone drugim palcem u stóp większym od palucha i od razu zaatakowany zostałem widokami z drugiego krańca fizjonomii. Pani bez górnych jedynek prowadząca kulawego pana. W sumie byli starsi od Konstytucji Trzeciego Maja, więc jakieś mankamenty można usprawiedliwić. Ale pięć minut później gość ledwie starszy od „Solidarności” z identycznym brakiem w uzębieniu? Lekka przesada. Co innego widziane wcześniej dzieciaczki. U nich to norma, toteż nie zamierzałem nawet pamiętać. Dopiero w masie stało się to intrygujące. Uciekam do lustra – sprawdzić, czy moje nie zamierzają mnie opuścić.
PS. Pisałem, wczoraj, że rozproszyłem dzień – nic to – dziś okazało się, że można rozproszyć dwa miesiące. Jestem w szoku. Przydałaby się terapia uderzeniowa, albo coś z Księgi Guinessa – poproszę o przykład – Tobie nie zaszkodzi, a mi pomoże

Przezroczystość.
Po raz nie wiem który postanowiłem wstać za wcześnie i bez satysfakcjonującego uzasadnienia. Jak dziecko – „bo tak!” I dzień potoczył się przedterminowo. Wyludnione Miasto, jedynie w okolicach przystanków śladowe ruchy. Nastolatki trącające świat obgryzionym paznokciem i z okrzykiem: „Hej! Posuń się!” pędziły do swoich marzeń. Osobniki dojrzałe i pozbawione złudzeń snuły się statecznie i cicho. Ja zapakowany w tramwaje, wożący pustoszejącą butelkę mineralnej tam i z powrotem. Zrobiłem nic. Obejrzałem szpaler barek na Rzece, gotujące się na wystawach napoje, parę spoconych ciał… niektóre podwójne były… Rozproszyłem ten dzień beznadziejnie. Nie każdy to potrafi. A weźmy takie ciało doskonale czarne – podobno potrafi absorbować do cna… Czy to lepsze?


  • RSS