Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 7.2003

Perfidia.
Nosić na rzemyku słonika z dziurką w głowie i wesoło uniesioną trąbą? Przeżyję. Ale z kości słoniowej???
I nic tu nie pomoże ogrzewanie go własnym dekoltem. Czternaście mostów zwiedziłem pozwalając nogom łazić jak chcą, czasami tylko nieznacznie korygując azymut. Ominąłem kładki na specjalną okazję, zaułek, który już miał być zakamarkiem, kiedy pierwszy raz pozwoliłem mu mnie ochłodzić. Lekko się tylko skrzywiłem, gdy mijałem zapomnianą chwilowo farmację o kapiącej ze starości elewacji, sąsiadującą z wypieszczonymi, wieczorom nadrzecznym dedykowanymi fasadami. Podejrzewam już tę chwilę, przynoszącą Rzece światło nocą nie tylko na cztery mosty – lecz na sześć, a może i dziesięć? Był taki czas, w którym Miasto kłaniało się wodom. Podobno wróci…
Ale dziś…? słoń na rzemyku… z dziurą w głowie… z własnych kłów rzeźbiony…

Powitanie.
Miasto przywitało mnie tłumem pięknych, bosonogich kobiet, kilkoma świeżo rozkopanymi ulicami, kończącą się renowacją fasad od strony Rzeki i rękami mężów wszelakich nie zdejmujących dłoni z komórek. Do tego hałas, lecz o tym, jak głośno jest w Mieście można się przekonać dopiero, kiedy powróci się po dłuższej izolacji poza.
Wspomnę jeszcze o samobójczyniach. Staruszka skacząca po jezdni wylotówki w szczycie przy czerwonym świetle Szewińską być nie mogła – już prędzej jej matką. Otrąbiona dopadła przeciwległego chodnika z dumnym uśmiechem. I kocica, której na życiu zależało równie mało. Wolała dać się przejechać, niż dopuścić do parkowania pod blokiem – ona równie szczęśliwie przeżyła, chociaż nie jej to zasługa.
Tramwajowe krzesełka przypomniały mi o cykliczności życia. Młoda dziewczyna pod pozorem szeptania do ucha niezbyt urodziwemu wybrańcowi zmiękczała go pocałunkami, by w chwilę później wraz z nim zniknąć. Jeszcze nie przekroczyli harmonijki drzwi, a już inna dziewczyna oddawała się lekturze tłumiąc własnymi energetyczne odciski swojej poprzedniczki. Krzesełko nie każdemu się dostaje, choć każdy próbuje się załapać, a szczęśliwcy szybko odchodzą w niepamięć. Jedynie motorniczy trwa odrobinę dłużej w foteliku.
Dostrzegłem jeszcze renesans niewolnictwa w postaci wysubtelnionych kajdan na nadgarstkach i kostkach. Na pewno znalazłbym i dziś istoty, które wolą, by decydowano za nie. Kto wie, czy to nie te właśnie.

Prolog. Śmierć słonecznika

Zakotwiczony w balustradzie mostu przypominał znak zapytania. Dlaczego zatrzymałem na nim wzrok o chwilę zbyt długo, by nie przekroczyć granicy obojętności? Gdzieś z zakamarków pamięci odgrzebałem obraz łączący się z widzianym tak dokładnie, jakby stanowił ciąg dalszy tej samej historii. Być może była to tylko iluzja stworzona w mojej skażonej logiką czasu głowie, szukająca rozpaczliwie początków zdarzeń, kadrów poprzedzających, protoplastów, czy źródeł. A może skrępowany chronologią szukam racjonalnej przesłanki, uzasadnienia faktu, ze skutkiem podobnym do prób odpowiedzi na pytania egzystencjalne. Kiedy jednak dojrzewające spostrzeżenie ugruntowało się we mnie i ukorzeniło przyjąłem je, jak przyjmuje się aksjomaty matematyczne.
Fantasmagoryczne preludium miało początki w opłotkach Miasta, gdy spora grupa odświętnych ludzi fetowała mniej, lub bardziej udawaną radością legalizację związku dwojga młodych ludzi. Przy bogato zastawionych stołach mężczyźni pracowali na ciężkiego kaca, a kobiety rejestrowały pojawiające się zmarszczki, kilogramy i kreacje. Dzieci pozostawione samym sobie grasowały pomiędzy łakociami i muzyką, albo też płakały głaskane ponad miarę po blond czuprynkach. W porze śpiewów chóralnych, kiedy krawaty przeniosły się z kołnierzyków w kieszenie porzuconych marynarek, a kobiety dyskretnie zmieniały pod stolikami obuwie na mniej eleganckie, jednak o wiele wygodniejsze odszedłem od zgiełku pogrążając się w ciemnościach ogródków działkowych.
W jednej z alejek zespolony z tandetną siatką ogrodową, niczym ukrzyżowany nietoperz zawisł Znak Zapytania. Klął na pociągi donikąd, szukał prywatnej gwiazdy na firmamencie i rozmawiał ze słonecznikiem. Ten łagodnie kiwał swoją wielką, brodatą głową w lekkich powiewach ciepłych prądów udając, że rozumie i współczuje. W chwilach, gdy światło z dźwiękiem schodziły do podziemi Znak Zapytania uzewnętrzniał wątpliwości z samego dna wątroby wzmacniane dodatkowo niecenzuralnymi wykrzyknikami. Mniej więcej trzy pociągi później kolejne hałaśliwe pudło podróżne zbliżające się ciągiem prostokątnych świateł potraktowane zostało emocjonalną próżnią, głęboką, gęstą, roztrącającą pozbawione owoców krzaki porzeczek. Drgnąłem w obawie, czy to narkotyczne zapomnienie nie wykiełkuje myślą o zbliżeniu, w podobnym do godów modliszek akcie, w którym brakuje czasu na radość spełnienia. Jednak nie – stałem się świadkiem dialogu z Wszechobecną Ideą, a Znak Zapytania każdą cząstką świadomości chłonął odpowiedź. Trudno się dziwić ograniczonej skorupie, że zrozumienie miało przyjść później, pomimo prostoty rozwiązania. Jeśli jednak rozmawia się z Ideą, to czy jako matryca istnienia, czy jako łagodny staruszek z pryszczem na nosie staje się ona faktem. I przewidziała niewątpliwie w swym bezmiarze, kreując istoty stadne dojrzewające samotnie potrzebę wytyczenia ścieżek genesis tak, żeby zdarzenia ukryte w najbanalniejszych przypadkach splotły dopełnienia w monolit. Ciasnym umysłom, przywiązanym niewidzialną pępowiną do początków krótkiego bytu Idea taką chwilę podaje na odległość zmysłów, by mogły ją pochwycić i pozwolić jej się nieść.
Pociąg wykreślił już w mroku krzywą nieznanej funkcji i ucichł, a wraz z nim umilkła rozmowa. Nagromadzona bezruchem energia eksplodowała. W ruchach miękkich, poalkoholowych Znak Zapytania sforsował ogrodzenie, przedarł się przez porzeczkowy gąszcz, oburącz schwycił słoneczną głowę i skręcił jej kark. Później odszedł. Odpłynął w ciemność w gasnącym chrzęście żużlowej alejki. Na siatce, naprzeciw martwego kwiatu – owoca porzucił niepotrzebne już pytania.
Nie potrafię odpowiedzieć, kiedy zorientował się, że został skazany na poszukiwania. Gdy jednak dostrzegłem go wpiętego w balustradę już wiedział. W śpiące wreszcie Miasto z nieba sypała się wilgoć o kroplach tak drobnych, ze nie sposób jej nazywać deszczem. Na Rzece wiatr malował nią dwubarwne, szybkozmienne obrazy, niesione nurtem poza betonowy horyzont. Dziś wiem, że wtedy ZZ pisał list, chociaż początkowo podejrzewałem go o spowiedź. Wybrany środek przekazu, równie irracjonalny jak cała ta historia w nieokreślony sposób pasował do niego. Myśl zapisana wzrokiem w znikopisie nurtu mieszała się w pieśń atomów – zbłąkanych wyznań i skarg. Gdy nagromadzą się w nieciągłościach rzeki można odnaleźć fragmenty szemrzących westchnień bez jakiejkolwiek szansy na ich rozszyfrowanie.

Koń leśny.
Siermiężnie było zgodnie z życzeniem. Z dala od wszelakiej cywilizacji. Nawet obsługa była toporna i beznadziejna. W zamian dowiedziałem się, że można zostać w lesie „sam jak Jaś i Małgosia”, i że cygan starej daty woli choćby samochodem podjechać do lasu niż skorzystać z lokalnej toalety. Przez kilka wieczorów poszukiwałem w wodzie odbicia nielicznych znanych mi gwiazdozbiorów (bezskutecznie), a dwa poświęciłem obserwacjom godów jakichś czarnych sześciocentymetrowych robaków latających. Roboczo nazwałem je żukami, bo nie wiem, co żuki robią, gdy takie na przykład chrząszcze jak sama nazwa wskazuje chrzęszczą, zaś chrabąszcze, to nawet się wstydzę wymówić co robią. Poranki były bardziej owocne w doznania słuchowe. Psy wyły. Z trzema się chyba zaprzyjaźniłem, a z jednym nie. Mignęły mi przed oczami dwie czaple i ptaszysko czarne z czerwonym kapeluszu. Jakaś nietypowa odmiana jaskółek okazała się pliszką. Ze trzy gatunki dzięciołów próbowały dorobić się wstrząsu mózgu – nie odkryłem jakiej akompaniują przy tym melodii. Najzabawniejszy był ptaszek drapiący – mały rozbójnik, któremu wszystko jedno w jakiej pozycji uczepił się drzewa. Przemieszczał się zwinniej od wiewiórki drapiąc pazurkami korę. W moim ogrodzie znalazło się parę zaskrońców, padalców, zwinek, osiadła ropucha, stada miniaturowych żab, robale przemieszkujące w grzybach wszelakich i koń polny. Ów koń – bo konikiem go nazwać nie sposób powinien być leśnym, gdyż tam właśnie trafiłem go okiem, ale kto wtedy zrozumiałby, jakie zwierzątko spotkałem na spacerze? Wyszłoby, że nowożytną mitologię uskuteczniam, kiedy mi ludzi podglądać nie jest dane.

Krótko.
I proszę! Drugi raz przyszło się z urlopu tłumaczyć. Nie, żebym od razu musiał, jednak ładnie byłoby ostrzec, że jeżeli cokolwiek się pojawi w najbliższym czasie – to nie ja. I proszę mnie nie obarczać winą – pozostanę w głębokiej nieświadomości, w miejscu, gdzie mam nadzieję dostęp do sieci będzie zbyt trudny do osiągnięcia. Zdaję sobie sprawę, w jak trudnych żyjemy czasach, więc przerwa ograniczy się do dwóch tygodni, mieszcząc się w kategorii „pacjent krótkoterminowy”, który to przypadek jest bardziej uzasadniony ekonomicznie i milej widziany w jednostkach lecznictwa publicznego. Na wyleczenie również nadziei nie ma, więc i badaniom zbyt wielu się nie poddam, i wrócę na stare śmieci.

Zwierzątka w potrzasku.
Gołębie wizytują moje podwórze regularnie. I to nie dlatego, ze rośnie tu ostrokrzew, jodła, modrzew, miłorząb i dwie katalpy na resztkach trawnika bardziej upstrzonego psimi odchodami niż zaśmieconego dziecinną ręką. Absolutnie. One przychodzą do pana, który wracając z codzienności dzień kończy w bramie garażu z jedną ręką na butelce piwa, a drugą w torbie z kaszą. Ten rytuał powtarza się niczym dziennik telewizyjny. A kiedy pana nie ma gołębie nie gardzą kontenerami na śmieci. Tu czekają na nie pułapki na wolność. Kiedy taki zwyczajnie szary gołąbeczek delektuje się resztkami z pańskiego stołu i przyjdzie świeża dostawa towaru podrywają się w popłochu i odlatują zaplątane w różnokolorowe reklamówki. Ciągną te balony pęczniejące wiatrem nie pozwalając sobie pomóc. Widocznie wolność bytu cenią sobie wyżej od wolności kończyn. I nieufne są bardzo.

Widoki kradzione.
Czuję pociąg do miejsc nieuchwytnych, zamkniętych ścianami zakazów i prywatności, ukrytych przed wzrokiem zwiedzających w pospiechu. Zaglądam w nie przez szpary w płotach, albo stając na palce przed murami. Dziś dostrzegłem wrota otwierające się na dziedziniec Collegium anthropologicum. Wszedłem w nie. Wewnątrz piętrowa arkada zamknięta szkłem, z której kibice mogą obserwować zmagania walczących z bukszpanowym labiryntem. W tej niemal sześciennej przestrzeni domkniętej płaszczyzną pogodnego nieba aromat bijący od bukszpanu może przewrócić kogoś, kto nie przepada za taką wonią. W zamian, w centralnym punkcie labiryntu, prócz oklasków widowni na śmiałka czeka skamieniała bogini. W bajkach i legendach może udało by się zrzucić z niej zaklęcie. W naturze usłyszałem: „Pan do ksera?”
A pan udał, że się pomylił i oddalił się z obrazem nie niepokojony przez żadne służby porządkowe…

Brednie.
Siedząc na stromym brzegu fosy plułem pestkami do kaczek. Ich zachwyt nie budził wątpliwości – smakowały im nasiona arbuza, w którego posiadanie wszedłem drogą kradzieży, korzystając z zamieszania, gdy czarno ubrani strażnicy miejscy robili nalot na nielegalne targowisko w przejściu podziemnym jednego z wielu placów Miasta. Wolałbym coś bardziej konkretnego, ale witaminą również nie gardzę. Szkorbut jest równie dobrym powodem do zejścia, jak skręt kiszek. Obiad uzupełniałem suchym chlebem rozrzuconym tu i ówdzie przez starsze panie i dzieci; tu kaczki już nie okazywały takiej radości – trudno – ja też byłem głodny.
Starzejący się Pustelnik podniósł dłoń, że wie, widzi i pamięta o mnie. On nadal czeka na swoje stygmaty. Od czasu, gdy przestał wierzyć w renifery płynące ponad chmurami robi co może, żeby zostać następcą Chrystusa. I podobne ma osiągnięcia.
Gdzieś za moimi plecami przeszła nastolatka – rozglądając się dyskretnie przeprowadzała masaż pośladków nie moimi dłońmi. To mi przypomniało, że dawno już nie miałem kobiety, a ona pachniała ciepłym domem, perfumowaną garderobą i kuchnią w której można było się przejrzeć w najmniejszej nawet łyżeczce ułożonej w szufladzie przez pedantyczną gosposię.
Już rano narobiłem sobie nadziei widząc nienaturalnie siwe włosy nachylone nad miejskim śmietnikiem. Kobieta wyciągnęła z niego gazetę i prasówkę sobie urządziła. Szpalty przesuwała przed oczyma, jakby je fotografowała, a te już obejrzane niczym motyle lądowały znów w kubełku. Słyszałem o takiej sztuczce, ale jeszcze nie widziałem w naturze. Wybrała sobie jedną stronę i nim zdążyłem podejść odeszła wyraźnie zadowolona. Dopiero wtedy zauważyłem, jak porządnie jest ubrana. Odpuściłem. Po nocy spędzonej w parku pod rozłożystym, kłującym świerkiem, mając w sobie wspomnienie niewyszukanego śniadania w barze, gdzie rozkapryszone dzieci nie znające głodu potrafią zostawić parującą zawartość i podśmiewywać się złośliwie, gdy niemal stojąc kończę, zanim przyjdzie kelnerka ze ścierą nie miałem żadnych złudzeń.
A jeśli?… Myśl mnie usztywniła – jeśli moja druga połowa, moje genesis nieuchronnie mi przypisane ma obecnie piętnaście lat, warkoczyki, i kontempluje swoje piegi gdzieś na peryferiach Amsterdamu, w miejscu trudnym do znalezienia nawet dla tubylca – amatora pieszych wędrówek po zaułkach? Poczułem chęć nie do zwalczenia, żeby JĄ teraz zobaczyć. Oczywiście – samolot, czy nawet pociąg nie wchodził w rachubę. Na piechotę? Trzydzieści… nie! Dwadzieścia kilometrów dziennie, to będzie jakoś z półtora miesiąca marszu. Czemu nie? Przecież Miastem przechodzę dziennie nawet więcej. Poradzę sobie. Pomysł zaczynał mi się podobać – Amsterdam… Tylko te cholerne granice. Co z nimi? Może by wreszcie ludzie przestali się wygłupiać i pilnować kresek namalowanych przez polityków w im tylko znanym celu.
Człowiek – lew oderwał mnie od myśli rzucając w fosę niczym spławik butelkę po piwie. Butelka tańczyła z wiatrem rumieniąc się mocno. Lew nie wymagał nawet cienia charakteryzacji. Płowa grzywa i spadające na grzbiet włosy uzupełnione równie imponującymi wąsiskami i wzrostem, wzrok nieodgadniony, silny i bezkompromisowy.
Właśnie! A co, jeżeli dojdę i okaże się, że zobaczę JĄ akurat wtedy, gdy będzie asystować przy eutanazji swojego ojca – zniszczonego narkotykami i syfilisem, zabiedzonego włóczęgę, który ostatni porządny posiłek wspomina jak cud biblijny, gdy anonimowa siła fachowa w białym kitlu, ze strzykawką w ręce, a on piegowatą dłoń jednego z nielicznych aktów desperacji i ostatnią nadzieję na gazetę w papuciach i zawiódł?
Rzuciłem skórką arbuzową, by towarzyszyła spławikowi. Kaczki mlaskając szczypały ją, kiedy wlokłem się donikąd, bez pomysłu na popołudnie. Ech! Amsterdam…

Ciąg Dalszy Nastąpił.
Nie. Nie leniuchowałem po porannej przechadzce. Drugi spacer odbyłem trochę dłuższy, zaczepiając jednak o te same mosty. W Rynku nadal więcej „na słuch” niż okiem da się dostrzec. Młodzieniaszek ze Śląska przed wystawą księgarni uporczywie dopominał się czegoś, za nim grupowy śmiech angielski i francuskie wydziwianie nad garniturami polskiej produkcji. Aż się zdziwiłem, że Czechów nie spotkałem, bo przecież blisko mają i trafić na nich nie problem. Za to ludzie o niepopularnej tu karnacji zachowują się cicho. W grupach ewentualnie można ich posłuchać, ale pojedynczo, czy we wtóre przemieszczają się raczej cichcem i po opłotkach. I sentyment mam jakiś do kobiet o bosych stopach w mokasynach. Nieczęsto się teraz je spotyka, a tu proszę! Dwie Indianki w jednej godzinie.
Oczywiście nazbierałem reklam – nie może być inaczej, kiedy się spaceruje po pępowinach Miasta. Naturalnie kredyt, ale przy okazji „Teatr pod gryfami” (bez komentarza – nie wiem, czy bloger – tubylec życzy sobie reklamy w takim miejscu) i przede wszystkim coś, czego nie czytałem. Coś ma w stopce sporą czcionką napis:
„zrób coś z głową”
Pora poważnie zastanowić się nad sobą…
Na szpitalnym parkingu cztery czarne koty pod wodzą osobnika w białym żabocie oddawały się konsumpcji nie-wiadomo-czego wprost z bruku, kiedy mijała mnie dumna mama z synkiem duszącym szczeniaka pod pachą, bo druga rączynka zajęta była lodem. Przy toście za 3,50 pewnie by go na śmierć zadusił, a mama niosłaby głowę jeszcze wyżej, że taki samodzielny i zaradny.
PS I właściwie, dlaczego akurat mnie ma interesować wpływ zanieczyszczeń na drgania własne cząsteczki wody?

Dźwiękówka.
Rynek żegnał mnie dziewięcioma uderzeniami dzwonu z ratuszowej wieży. Gdzieś niżej podobno poważny pan uczył się języka kaczek – pewnie szedł od mostu, pod którym te zwierzątka odpoczywały stojąc na mulistym dnie i dyskretnie oplotkowując pobliskie zapachy z wieczornego grilla. Parę kroków dalej emerytowana wycieczka niemiecka odświeżała sobie informacje o zabudowie Rynku. Piszę odświeżała, bo często tak jest, że emerytowane wycieczki przyjeżdżają pchane nostalgią i wspomnieniami o widokach zza okien ich dziecinnych pokoików. Jeszcze parę kroków i niby polska mowa, lecz tak przesiąknięta Lwowem, że nie do pomylenia. I to przedwojenne „l” z filmów pana Bodo. Jakimś ptaszkom zachciało się naśladować moją komórkę. Niedokładnie, ale w rozmaitości docierających dźwięków dwukrotnie złapałem się za kieszeń. Uciekłem nieco dalej, lecz tu dogoniło mnie powietrze rozbierające ulicę dudnieniem młota pneumatycznego, biegnący angielski płynący w dwóch sinusoidach podskakujących piersi, oraz nawoływania stęsknionych siebie karetek pogotowia.


  • RSS