Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 8.2003

Wzrok mi się psuje.
Funduję sobie tydzień leczenia.
Bez b(l)oga.
Ostatnie drgnięcie przed kuracją –
Nienaturalna, kłująca biel spaceruje po Mieście.
I prześwituje przez nią (tak wątła jest ona) różowość zdecydowanie naturalna.

Bez nastroju.
Wiatr przyniósł odmianę nie tylko w strojach spacerowiczów. Z głównych deptaków wymiotło śmieci daleko pod fasady i w podwórka nieznane Panu Prezydentowi. Bo w Mieście sprząta się i remontuje to, co dostrzec można z Ratusza. Już pięćset metrów dalej znaleźć można krajobrazy w najlepszym razie pamiętające Gierka. Z braku humoru ominąłem całe hordy ulotkodawców płci obojga. Upodobali sobie oni przejścia podziemne. Z niejaką ciekawością przyjrzałem się ładnej pani, która z braku chłopca (dużego, czy też całkiem malutkiego) przytulała się do różowej pantery z pluszu. Smutna była bardzo, kiedy skręcała w odrapaną bramę.

Z rzeką pod rękę.
Konstrukcje oglądałem. Od rana. Zwiedziłem sobie mosty pomiędzy uczelniami, a nawet szerzej rozpiąłem ciekawość. Obejrzałem nabrzeża – nie, żeby w nich uszczerbku szukać, albo jakichś defektów, szukałem czasów minionych, w których Miasto kłaniało się Rzece. Znalazłem schody dla służby i oficjeli przybywających od strony wody, prowadzące do gmaszyska zajmowanego obecnie przez wojewodę. Od strony Rzeki wejście jest efektowniejsze, choć zaniedbane i zaśmiecone. Szeroko rozciągnięte schody zapraszają, by z dala od zgiełku pomarzyć, pofantazjować w otoczeniu zieleni. Popatrzyć na obrośniętą winem fasadę muzeum, albo na najdziwniejsze chyba twory architektury Miasta. Wreszcie piwo wypić na chłodnych stopniach czekając na czerwone słońce tonące w nurcie.
Skłamię, jeśli powiem, że widziałem z tych schodów pajęcze arcydzieła na sąsiadującym moście. Przyglądałem się im wcześniej, więc wiem, że są tam i wzmacniają jego konstrukcję. Lecz nie wiem, czy most jest dodatkiem do pajęczyn, czy odwrotnie.
Dwie sroki, widząc jak przemieszczam się wzdłuż brzegów wymieniły się zdaniami na mój temat i na wszelki wypadek odfrunęły na wyspy. A zmęczonym nogom przyszło pod prąd wracać.

Bigos.
W centrum ekstrawagancją się staje powoli noszenie czuprynki standardowej. Gdzie nie spojrzeć dredy, jakieś wyskubane piórka, głowy świecące połyskiem, lub kolorem radykalnie różnym od naturalnego ubarwienia tego gatunku. Kolejna pani z obrączką na środkowym palcu u nogi – nawet nie chcę się domyślać jej znaczenia. W parku dziewczątka już planują wrześniowe wagary. Jakiś bezdomnik posilający się pośród dobytku. Jarzębiny i bożodrzewy nęcą kolorem, jarząb szwedzki dopiero się stroi. Szwędam się nieomal bezmyślnie po tych samych kwartałach ulic, a głowę mam zaprzątniętą strategiami na każdą okazję. Czasem uśmiecham się do własnych myśli, co może zostać opatrznie odczytane, kiedy trafi się przypadkowy odbiorca. Spotykam starych znajomych spieszących się – być może fałszywie. Ale! Pośpiech wpisany jest w to Miasto. Czas zwolnić, poleżeć na trawie. Może rzeczułka niedaleka posiada jeszcze odrobinę wody? Tam gdzie grab z głogiem dają wytchnienie.
PS. Vonnegut ładnie zauważył, że ludzie mają zbyt wielkie mózgi. Męczy mnie ta myśl od południa.

Mamienie mnie.
Ogólnie dzień stał się młodzieżowy. Cztery maleńkie kotki bawiące się pod samochodami, nieopierzony gołąb karmiony bułką z mlekiem, czekający w plastikowym pojemniku na dorosłość, dziewczynka w koszulce koloru skóry wyglądająca z daleka na nagą, chłopczyk usiłujący zarabiać nieruszaniem się na pudle, których tak wiele na starówce i motyl – bodajże rusałka admirał umierająca po niewłaściwej stronie okna, szczeniaki baraszkujące beztrosko i małe ludziki jak małpki kurczowo wczepione w mamine ramiona.
A ja, jak listonosz wrzucający listy do własnej skrzynki, odkrywający w prywatnym czasie ze zdziwieniem, że ktoś o nim pomyślał. Zauważyłem w okolicach Rynku trzy bordowe kobiety i jedną granatową. Czyżbym je sobie wypisał w blogu? Bo nie śmiem mniemać, że mnie się spodziewały spotkać.

Pomiędzy. Taniec.

Skłonność do pozostawiania otwartych wątków, w nadziei, że być może kiedyś, ktoś potrafił je będzie uzupełnić nieznanym mi szczegółem, pointą wyrafinowaną i niebanalną sprawia, że żłobię płytko, lekko i porzucam bez żalu nie do końca wyeksploatowane obrazy. Dlaczego? Po co? Sam sobie zadaję podobne pytania. Żeby nie popadać w rutynę wyostrzę szkic spotkania z bordową kobietą o jedno delikatne muśnięcie. Popadać – to bardzo dobre w tym miejscu słowo. Owszem, spotkali się, gdy Miasto ogarnął deszcz wystarczająco rozległy, by objąć ich horyzonty. Wcześniej widywałem ich nieśmiałe zerknięcia na most; osobne i niezależne, kiedy aura płatała lokalne psikusy. Wreszcie w jeden z tych anonimowych wieczorów, po dniu bez historii, dniu, w którym gazety zajmowały się sprawami bez znaczenia dla jakości świata w promieniu tysiąca kilometrów, a ludzie zamknięci w skorupach zmagali się z codziennością, widnokrąg opanowało gęstniejące szybko zarzewie letniej burzy. Kuszenie losu, mały hazard z życiową przychylnością miał się powieść. Perspektywa, jakiej nabiera się, kiedy można tylko marzyć i czekać, niczym krzywe zwierciadło nadziei wypacza rzeczywistość i potęguje oczekiwania. To prawda. Jednak konfrontacja z obrazem dzięki porównaniu z tak wyrzeźbioną we wnętrzu laurką bezbłędnie odsiewa falsyfikat od oryginału. W deszczu dużo trudniej jest udawać kogoś, kim się nie jest. Gdy woda wdziera się w najintymniejsze nawet i najbardziej ogrodzone rozmaitymi tabu elementy jestestwa pozowanie staje się heroicznym wysiłkiem skazanym na porażkę już w chwili podjęcia próby. Nie wiem, jak wyglądał indiański ceremoniał zwany „próbą wody” – tu w stechnicyzowanym, ugłaskanym społeczeństwie taka próba może stać się odpowiednikiem tej pierwotnej, modyfikacją dostosowaną do niewielkich umysłów i słabych ciał.
Tak więc rozpadało się, zmierzchało, wygnało turystów i tubylców. Rzeka przekomarzała się z wiatrem i dojrzewającym deszczem, na płytach chodników rosły kałuże pokryte bąblami, jakby ktoś wlał w nie płyn do kąpieli, a krawędziami jezdni spływały strumienie do nie zawsze sprawnej kanalizacji. Światła lamp dosięgły rozmazującego się konturu wyspy, z której słowa miały ich tu przywieść, oraz sąsiedniej, szarzejącej i odleglejącej z upływającą chwilą. Końce mostów uzbrojone architekturą zamykały przestrzeń tworząc ją dwukierunkową, niby płaską, wypełnioną wodą.
Z knajpy, wykorzystującej w swej nazwie położenie między mostami, w które okolica nadzwyczajnie obrodziła dochodziły przytłumione odległością dźwięki muzyki i zapach płonących szczap brzozowych.
Pierwsza pojawiła się Ona, a kiedy deszcz zapoznawał się z jej bielizną na skraju mostu zamajaczył ZZ. Podchodząc wyrzucił papierosy do wody zanim na koszuli wykwitły mu tytoniowe plamy. Ona zaśmiała się tym samym śmiechem, którym zgodziła się przyjść tu i skopiowała jego zachowanie. Wyciągnął rękę, i jeśli musiałbym określić ten ruch szczegółowo, to powiedziałbym, że wyciągnął ją do Niej, a nie po Nią. Wszystko wydawało się tak banalnie proste, naturalne do granic zupełnie już obcych współczesnemu światu, bez ukrytych podtekstów, bez kluczenia, krygowania się i komplikowania najprostszych czynności. Rozmowa dłoni; bez flirtu i pożądania, wymiana myśli wprost w niezmierzoną sieć neuronów, milczenie niosące więcej informacji niż można zawrzeć w słowach wszystkich słowników świata. ZZ wyjął z tylnej kieszeni spodni małą, płaską butelkę stężonego alkoholu i bezgłośnie zaproponował jej udział. Odmówiła nie dostrzegając niczego, czym można byłoby spłukać niewyszukaną barwę czystej, czterdziestoprocentowej wódki. ZZ delikatnie przechylił, nie krzywiąc się nawet przełknął, zmarszczył się na brak nikotyny. Później unieruchomił mnie na dobre – pochylił się nad nią i spił deszcz z jej włosów. Czy tylko śmiać się potrafiła, czy też on tak ją nastroił, jednak ponownie zaśmiała się zdumiewająco naturalnie. Zbłąkany przechodzień na wszelki wypadek ominął ich szerszym niż konieczny łukiem.
Deszcz spłukiwał z ich postaci właściwości, maniery, odruchy i wystudiowane pozy. Czyścił sumienia z cywilizacji, odzierał z zakazów. Kiedy zaczęli przypominać porzuconą na parkowej ławce garderobę bez właściciela, a ich umysły dojrzały do otwartości, rozmowa przeniosła się z dłoni w usta. Wolno, jakby z trudem sięgali po słowa i patrząc sobie w oczy odpowiadali na nie zawsze zadane pytania. Z knajpy pomiędzy mostami, w ostre taneczne rytmy zaplątała się melodia z pogranicza łagodności. Splecione dłonie przyciągnęły się. Taniec gardzi słowami mając w sobie wystarczająco dużo ekspresji do wyrażenia emocji. Wymykające się opisowi współtrwanie w tanecznym zapomnieniu dzieci deszczu dobiegło finału skoro tylko muzyka umilkła. Most okazał się dla nich rozdrożem, na którym osiągnięte porozumienie przynieść mogło wyłącznie garść wspomnień. Zrodzone w rozgrzanych bliskością ciałach wątpliwości próbowali rozwiać wódką. Złudzenia może jednak mieć wyłącznie ktoś, kto nie próbował podobnych zabiegów. Ich drogi rozchodziły się w punkcie, w którym wydawało się, że nie można już zakręcić. I nieistotne jest, które z nich było odpowiedzialne za pytania, a które za odpowiedzi tonące w odmęcie szybciej niż ciemność pochłonęła znikające sylwetki.
- szukasz?…
- to Ty?…
- nie wiem…
- chyba nie…
- nie dziś…

Z boku.
Delikatnisia raczyłem minąć. Obawiał się, że będzie wymiotował pod wpływem aromatów zalegających przejścia podziemne. Zupełnie go nie rozumiem. Zgodzę, się, że to nie on siusiał, że nie jeździ tam na wrotkach, rolkach, rowerach, nie uprawia wspinaczki lekkoatletycznej, nie grywa na kongach, akordeonach, gitarach, harmonijkach ustnych, czy skrzypcach. Rozumiem, że nie śpiewa, nie żebrze, nie handluje. Może nie mieć talentu do uprawiania graffiti, mógł nie próbować uwodzenia, mógł nawet piwa nie pić i nie odpoczywać po kuracji deszczowej lub słonecznej. Teraz został się pierwszym podejrzanym, w kwestii zanieczyszczeń pochodzenia żołądkowego. A tego akurat nie lubię w przejściach podziemnych.
Żeby nie było tak dramatycznie widziałem kilka par wykonujących rytuały typowe dla zakochanych. W parkach, pod liniejącymi platanami zrzucającymi skórę, która teraz na drzewach żółci się, a na trawnikach brązowym śmieciem zalega odnotowałem kilka zjawisk. Pani w mokasynach stojąca na czubkach palców, gdy spódniczka szarpana zmiennym wiatrem obejmowała Pana nieomal równie czule, jak jej ramiona mogłaby zostać Indianką. Pobili na głowę pozostałe pary. Nie pozwoliłem sobie na nękanie ich swoją ciekawością. Niech się wiedzie.

Piersi.
Niech wyjdę na erotomana – nie będę się bronił. Nie moja to w końcu wina, że najwięcej atrakcji wzrokowych dostarczają mi zachowania kobiet. A jeśli nawet – nie zmienię się raczej.
Na dzień dobry piskliwe, nie wstydzące się otoczenia powitanie. Niby nic, jednak pocieranie się piersiami, to miła odmiana, po tych wyciąganych na dzień dobry sztywnych martwych dłoniach śniętych jak ryby. Niewiele później podrygujące okazy próbowały uwolnić się w biegu z kusej bluzeczki. Ekwilibrystyka ich łapania bez zwalniania (bo przecież tramwaj ucieknie) wzbudzić powinna szacunek dla zręczności łapiącej. Następnie zasznurowane młode pędy tam i z powrotem z godzinną przerwą pomiędzy – może mnie śledziły? Ciekawość ich doprowadziła rzemyki do pewnego rozprzężenia. W taki upał nieco luzu nie zaszkodzi. Pominę piersi ściśnięte, ułożone w bukiet i podawane niczym na tacy. Wspomnę tylko o ciekawym modelu biustonosza, przy którym sutki znajdują się ponad materiałem nośnym. Autoreklama? Jeżeli spaceruje się w czymś takim, dobrze jest zauważyć, że koleżanka w ogóle zrezygnowała z tej części garderoby.
Z innej beczki. W tym Mieście naprawdę nikt nie pracuje. Starówka pełna spacerowiczów, tramwaje zatłoczone, na jezdniach korki. Nie potrafię przekonać samego siebie, że większość dysponuje podobną do mojej profesją, zmuszającą do szwendania się po centrum, ani też, że ten cały tłum udziela się wakacyjnie.

Pomiędzy. Zaproszenie.

Zdarzało się oczywiście, że spotykałem ZZ przypadkiem, kierowany niesprecyzowanym splotem przypadkowo stawianych kroków, które wiodły mnie nie tam, gdzie zamierzałem, lecz w miejsca zupełnie mi obce i może niechciane. Budziłem się nagle na chodniku ze zdumieniem, że kolejny raz wykonałem ruch nieuświadomiony, a Miasto wita mnie miejscem nieoswojonym. Jak choćby wtedy, kiedy porankiem, bez celu i pośpiechu przecinałem dzielnice wystawione na widok turystów. W jednej z arkad – pozostałości myśli ludzi z podręczników historii – leniwie kreśliłem stopami tajemniczy labirynt istnienia, gdy go ujrzałem. On również dryfował, jak mi początkowo się zdawało. Oddałem się pracy śledczej nie czekając wieczornych relacji z mostu. Mijaliśmy porzucone opakowania po produktach spożywczych i używkach, światła sygnalizacji drogowej, tramwaje i anonimowych ludzi nie mających ochoty, by podzielić się przynajmniej uśmiechem.
ZZ wyraźnie splatał swój labirynt z kimś wędrującym przed nim próbując zadzierzgnąć warkocz porozumienia. Przypomniałem sobie młodszą o dzień historię z mostu:

2003.07.03 „Podwiązane obrazy”

Czyżby właśnie spełniło się? W tamtej chwili nic nie oderwałoby mnie od pozostania tuż za nim. Rozglądałem się poszukując kogoś pasującego do opisu. Długo to nie trwało. Kilka przecznic, ze dwa podejrzenia i grono kandydatek wykruszyło się do pojedynczego egzemplarza. Choć już nie bordowa, to nadal niespiesznie i z widocznym brakiem pewności w ruchach. Kobieta bez celu, wybierająca drogę na los szczęścia. Mijaliśmy kolejne ulice zachowując typową szpiegowską odległość z dowolnie wybranej powieści kryminalnej. Ona, on i ja. Jeśli łańcuszek wydłużył się i stworzył kolejnego agenta za mną musiał mieć on bardzo wyrafinowane, wysubtelnione zmysły, żeby ogarnąć całość sytuacji. Dopiero, kiedy to piszę przyszło mi do głowy inne rozwiązanie. Może ONA nie była pierwszym ogniwem łańcuszka? Być może przed nią podążał ktoś, a na peryferiach ja? Cóż – nie byłem w takim razie wystarczająco czujny. Łatwo zrzucić winę na karb podniecenia odkryciem powiązania łączącego mnie z Nią poprzez ZZ, ale to tylko wymówka niegodna obserwatora.
Nadal mijaliśmy co popadło: sklepy oferujące prawie wszystko, chwalące się krzykliwą reklamą, psy straszące stada gołębi, pstrokate wstęgi samochodów. Kiedy zanurzyła się w wąskie uliczki odkrywając wysepkę na Rzece i niezrażona opinią, głoszącą, że obcych tam nie lubią przekroczyła mostek zadanie skomplikowało się. Ona lekko podciągając granatową tym razem sukienkę usiadła na betonowym obmurowaniu Rzeki, zdjęła pantofle i cieszyła włosy wiatrem od wody. ZZ zastanowił się chwilę i został w cieniu fasady budynku. Ja?… Nie bardzo potrafiłem prowadzić jednoczesną obserwację dwóch ciał tak rozmieszczonych – wybrałem Ją. Od ZZ i tak dowiedzieć się miałem później co zaszło. Kobieta siedziała z przymkniętymi oczyma, a jej bose stopy łaskotały nadbrzeżne trawy. Nie musiałem długo pozostawać w tej niezręcznej pozycji. ZZ zdecydował się i podszedł, więc zająłem jego miejsce. On bez trudu przekroczył poręcz przysiadając się bez słowa. Wyciągnął w jej stronę sfatygowaną paczkę papierosów. Palili w milczeniu, co już było dość niesamowite, szczególnie, kiedy tak patrząc w mętną, niosącą brudy i osady z gór Rzekę, nieomal nie zwracając na siebie uwagi zdołali wypalić całą jej zawartość i zacząć jej paczkę. Całkiem dojrzałe popołudnie nastało nim się odezwał. Zaproponował jej, żeby z nim zmokła na moście, kiedy wieczór, i kiedy z Miasta uciekają turyści. W czasie, w którym można wziąć się za ręce i pamiętając czasy dzieciństwa beztrosko rozchlapywać kałuże. Roześmiała się patrząc na kwitnące słońce zwielokrotnione wodą, migocące w drobnych zmarszczkach. Widocznie nie spotkała jeszcze nikogo umawiającego się w tak niekonkretny sposób. Czekanie deszczu w parze ze zmierzchem? On z kolei nie chciał nalegać. Pokazał palcem najbliższy z mostów, uniósł go w górę i odszedł pozostawiając po sobie zmiętą paczkę i motającą się między rozbawieniem, a zdziwieniem kobietę.

Absurdy.
Wciąż jeszcze jestem rozbawiony wspomnieniem widoku rudowłosej księżniczki usiłującej wachlować się skasowanym biletem tramwajowym. Chwilę później staruszka musiała wybierać, czy prowadzić rower, czy też wilczura. Wybrała żelazo, więc psia smycz ciągnęła się po ulicznych asfaltach, narażona na ataki opon samochodowych. Kolejne minięcie z żalem modrzewia przypominającego wielopłaszczyznową drabinę – kiedyś się wespnę wzmocniony napojami dla niegrzecznych dzieci. A kiedy poszedłem w stronę drzewa, na którego nasiona czekam od roku po raz pierwszy zastanowiłem się nad klombem z granitowych kostek. Ponad metr wysokości, opanowany przez chwasty i rozpychające się bezzwrotne butelki po piwie. Dziwoląg bezużyteczny stojący tuż obok postumentu bez pomnika.
Myśl nienowa nawiedziła mnie. Nie każdy chłopczyk z dowodem osobistym jest od razu Mężczyzną. Przynajmniej dla Kobiety. Wymyśliłem sobie, że dorosłość można wyodrębnić z przedziału wiekowego – przecież spotykałem pięćdziesięcioletnie dziewczynki, podobnie jak siedemnastoletnie kobiety. One pewnie dokonują podobnych ocen.
W poszukiwaniu burzy wychyliłem się przez okno. Wystarczająco, żeby zauważyć moją „niegdysiejszą” (słowo podobające się bohaterowi jednej z książek) Wróżbę Na Dzień Dobry


  • RSS