Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 9.2003

Recydywista.
Zachciało mi się w piątek igraszek z ironią. Brzmiało to mniej więcej tak:
Od pewnego czasu z dyskretnym uśmieszkiem mijam „braminów” okolicznych. Do tej pory zarabiali na napoje sprzedając kradzione być może owoce. Handel uliczny służy im najwyraźniej. Rozwijają się – teraz rozszerzyli ofertę o bieliznę damską. Doprawdy uroczy to obrazek, gdy trójka zarośniętych, przesiąkniętych i zaplamionych indywiduów z petem w zębach straszy odważniejsze kobietki sięgające nieśmiało po pokaźnych rozmiarów biustonosze.
Z mniej typowych wyczynów udało mi się obejrzeć Miasto z wysokości dachu zabytkowego domu handlowego. Niby nic, a jednak trzydzieści metrów wystarcza, żeby nie widzieć śmieci. Proporca na szczycie nie zostawiłem.
Starsi ludzie bywają zabawni. Pani siwowłosej szkodzi masełko, a ponad kilogram pstrąga na raz nie. Inna ledwie się rusza, torbę dźwiga jak krzyż pokutny, ale ruchliwy plac w centrum chce pokonywać wierzchem, zamiast zanurzyć się w dający wytchnienie chłodek podziemnego przejścia.
Przyniosłem sobie do domu naręcze reklam. Dlaczego dzisiaj nie zrobiłem z nich jak zwykle harmonijek, wachlarzy, rurek, kłębów, samolotów – nie wiem. Wieczór przede mną. Może jeszcze to zrobię.

Zanim zdążyłem upublicznić się już pokarało mnie odcięciem od sieci. Zaryzykuję – i tak czasu mam niewiele. A reklamy czekają na lepsze czasy.

20 km.
W brukowanych uliczkach czaił się jeszcze nocny chłód, kiedy rozpoczynałem spacery. Gdzieś w drodze, po przeciwnej stronie fosy, na zaśmieconym wzgórzu, snuły się gołębie, wyglądające z tej odległości jak podarte strony gazet trącane wiatrem. W przejściu podziemnym spłukano już woń wczorajszych ludzi i u wylotów kłębił się duszny zapach detergentów perfumowanych chemicznym kwiatem. Grzebałem wzrokiem w schnących na mijanych trawnikach liściach i zadzierałem głowę na liniejące nadal platany z ich kolczastymi gwiazdami. Nogom zachciało się Rzeki jesiennej. Nie protestowałem. Chrzęszcząc na opadłych żołędziach snułem się wałami, mostami, parkami – byle nad wodą. Drzewa już przystroiły ją zużytymi liśćmi, z których wiatr budował wyspy. Na jednym z mostów, w kutych balustradach z okręgów przeciętych prostopadłymi średnicami dostrzegłem powtarzające się koronkowe wzory pajęczyn. Świeciły w słońcu, powtarzalne i niezniszczalne. Gdzie indziej obudziła mnie woń sfermentowanych owoców. Nic nadzwyczajnego – to pociły się tanie wina z nadbrzeżnej ławki okupowanej przez stado niewybrednych gardeł. Cyganki nie próbują mi wróżyć – kto wie? Może nie mają mi nic dobrego do powiedzenia, a może wyglądam na takiego, któremu są niepotrzebne. Dziewczyna wtulająca się w męskie ramię zamiast swetra ubrała się w kolorowy szal. Wystarczyłby żeby okryć ich oboje.
I znowu przypomniał mi się wczoraj wspominany tatuaż grawerowany na kostce długonogiej, skąpo odzianej dziewczyny. Łuki jakiegoś pnącza zakończone delikatnym kwiatem tak pięknie wkomponowały się w ciało, że nie zdążyłem przyjrzeć się jej posiadaczce, co przecież „normalny facet” nie omieszkałby uczynić.
PS. ZZ w monologu do nieobecnej ma powiedzieć: „wystarczy mi świadomość Twojego istnienia – nie muszę Cię posiadać.”

W przelocie.
Dzień roboczy rozpoczął się od kobiety w bordowym kombi, z dwoma złamanymi i zagipsowanymi paluszkami, a zakończył się chłopakiem z zagipsowanym całym tułowiem, wraz z głową. Jej nie przeszkadzało to wykonywać nawrotów na zatłoczonej ulicy, a jemu spacerować z papierosem w zębach. Dzień urozmaicała mi dziewczyna tak chuda, że Ali Mc Beal to przy niej kolos. Mimo, że wstępowałem tu i ówdzie natknąłem się na nią trzykrotnie. Nauczyłem się też kilku wzorów na bieliźnie damskiej – ostatnie dni lata – trzeba korzystać. Ciężko-duszne kwiaty w barokowym przepychu, albo lekka geometria – muszę przyznać, że wachlarz możliwości jest dość zróżnicowany, a materiały coraz bardziej ulotne. Dla odmiany pani w takim niby sweterku bez rękawów wplotła we wzór własne sutki. Oberwałem zaocznie za brak znajomości czegoś, co nazywa się suchodrzew i pooglądałem sobie owoce wiązowca zachodniego. „Widzeń” miałem co niemiara – np.: kobieta o nieprzeliczalnej ilości piegów na całym, dostępnym mojemu wzrokowi ciele. Pomyślałem, że gdyby postarała się jeszcze odrobinę, to zmieniłaby karnację.
A jutro? Znów granatowy będę przemierzał te same ścieżki i spoglądał na zestaw nieznajomych na wszelkie okazje.
PS 1. Ktoś określał kolorami stany emocjonalne. Ostatnio często się zdarzam granatowym i nie wychodzi mi to na zdrowie. Nerw jakowyś mnie szarpie…
PS 2. Zapisuj chłopie, bo połowę notatki pożarła skleroza! Dzień był o wiele bogatszy!

Wieczorem.
Szmaciana lalka umarła na ulicy. Niedostrzeżona przez panią w asymetrycznie wykończonej, pstrokatej sukience na ostatnie dni lata, leżała sobie rozciągnięta niczym na krzyżu – już zdeformowana licznymi kołami. Wieczór, jak kilka ostatnich aż prosił się, żeby z nim pozostać do rana i uczyć się go na pamięć, by wystarczył na długie miesiące. Na ugorze po całym ciągu budynków, przy stole z pnia dorodnego drzewa, z piwem przed i za sobą zaglądałem w wieczór zarumieniony ze wstydu, że znalazł się ktoś, tak bezczelnie mu się przyglądający. Zbłąkany radiowóz sprawdził, czy przypadkiem nie braknie trunków, zanim zamkną okoliczne sklepy, pulchny rotweiler bawił się w berka z psem kieszonkowym, bełkotał coś nie potrafiący wrócić do domu starszy, już napełniony alkoholem człowieczek, ostatnie tramwaje pożegnały się oświetlonym wnętrzem i pustymi krzesełkami.
A teraz zastanawiam się, co to takiego ten cały „rozsądek”. Szczoteczka do zębów, budzik, śniadanie do pracy?

Pięć kilometrów za dużo.
Rozgardiasz jakiś mnie opanował i ma odzwierciedlenie w spostrzeżeniach. Nawet wczorajsze spotkanie z Moją Wróżbą Na Dzień Dobry, wieczorne i zaskakujące nie zmieniło tego.
Porankiem, ładna pani w srebrnym Lanosie i okularach, zamiast cieszyć się słońcem, rzuciła w stronę samochodu dostawczego skręcającego w wąską uliczkę coś na kształt: „o-rzesz-ku”. Ale głowy nie dam, czy nie pisało się tego wyrażenia przez „ż”, z ledwie wyhamowanym niedomówieniem. A później wywiało mnie w opłotki Miasta. Dziwne – mijałem koguty samopasące się, szedłem wałem, pomimo braku jakiejkolwiek wilgoci z dowolnej jego strony, a przecież i szuwar jakiś rósł bezmyślnie i nadaremnie. Za to dzika róża i głogi wprost prześliczne. Jeszcze nie widziałem tak dorodnych owoców i tak się błyszczących. To nic, że idąc na taką wycieczkę w nierozchodzonym obuwiu dorobiłem się pęcherzy na stopach. Kiedy znalazł się osobnik gotów „wrócić” mnie cywilizacji obserwowałem właśnie tłuściutkiego pająka na świerkowych gałęziach. Mikroklimat specjalny musi tam panować, bo przerośnięty był i w brzuszku mu nie burczało – słuchałem. Próbowałem też dźwięku strun z nośnych linek pajęczyny. Niestety – słuch nie ten, brak przystosowania, albo inne równie niespodziewane ograniczenia sprawiły, że raczej widziałem dźwięki, niż je słyszałem.

Galimatias.
Chciałem powiedzieć:
„Nie jesteś nawet dylematem, a co dopiero koniecznością!”
Dzień taki zbliża się i już mnie w plecy łaskocze.
A tymczasem na ulicach dziewczątka szukające dorosłości w makijażu i często wyzywających ubrankach.
Cóż, kiedy mi o wiele bardziej podobają się kobiety. Szczególnie, gdy obuwie pozwala im w marszu kłaść stopy poziomo.
Z drzew sypią się orzechy – bukowe, włoskie, leszczyna. A nawet polerowane rajskie jabłka.
W Rynku szkielet mózgu (reklama?) – na wypadek, gdyby komuś się skrystalizowała galaretowana poniekąd tkanka, będzie miał „pogląd na wygląd”

Pomiędzy. Port.

To musiał być piątek. A dokładnie noc z piątku na sobotę, i czas ma tu o tyle istotne znaczenie, że tylko wtedy wydarzyć się to mogło. Wędrujący cesarskim – jak go nazywano jeszcze sześćdziesiąt lat temu mostem, ZZ pochwycił w nozdrza woń z obietnicą niespotykanego. W stronę Rzeki niósł się od centrum Miasta zapach płonącego ogniska. Aromat nie dający się pomylić, ani zapomnieć. Prowadzony nosem bezbłędnie zlokalizował zarzewie. W cieniu estakad, w wylocie podziemnego przejścia dla pieszych przycupnęła sobie knajpka – takie pół zniszczonego okrętu z okresu wystarczająco odległego, żeby obrósł legendami. Fragmenty lin, masztów, służący za dach strzęp żagla. Niedaleko koła sterowego całodobowo serwowano piwo. W granitowym kręgu brukowych kostek płonęły szczapy, a dookoła na surowym drzewie przykrytym gdzie niegdzie futrami gęstniały chrypnące od chóralnego śpiewu głosy. Śpiewano szanty, wtórując ukrytym głośnikom, lub przy gitarach, jeśli znalazły się dłonie potrafiące obchodzić się z instrumentem. A że bar obejmował patronatem gardła grających, więc ściągali tu obdarzeni pustą kieszenią, dobrym głosem i odrobiną talentu trubadurzy, kiedy słońce wybierało się na przeciwną stronę globu.
ZZ usiadł, jak to miał w zwyczaju na krawędzi i karmił się wrażeniami. Mijał kolejne godziny, a upływ czasu odzwierciedlał się w wymienianych szklaneczkach. Wyraźnie pasowała mu atmosfera, w której bez względu na wiek i stan posiadania wszyscy tytułowali się per „TY”; urzędnicy państwowi wykorzystujący okazję, by porzucić krawaty i w przybrudzonym drelichu trzymanym w szafie na takie okazje wypić piwo ze wzrokiem pożerającym płomienie, młodzież zwabiona egzotyką tego miejsca, zawierająca tu przyjaźnie, umawiająca się na rezygnację z cnoty, lub prozaicznie eksperymentująca z alkoholem, ludzie z kręgów kultury, zarówno tej z pierwszych stron lokalnych gazet, jak i tej „cepeliowskiej”, marzyciele i romantycy. Gdy pojawiał się gość niechciany barman włączał na chwilę jeden z utworów Brahmsa, wystarczająco trudny do zrozumienia, by zniechęcić przybysza do dłuższego pobytu.
Gdy noc przymierzała się już do zerwania kolejnej kartki z kalendarza, niczym na komendę większość gości wstała. Niektórzy sięgali zgoła za bar wyciągając pełne pakiety piwa w puszkach, inni pakowali gitary. ZZ siedzący ze swoim niedopitym piwem jednym uchem wyłapał powtarzające się słowo: „rejs”. Już miał zamiar odejść – nie miał zwyczaju pchać się, gdzie go nie chcą – kiedy powstrzymała go czyjaś dłoń na ramieniu.
- nie płyniesz?
Ruszył za falą śpiewającą nawet w marszu, poprzez echo-niosące przejście, przez park, niedaleko obrośniętego dzikim winem muzeum, poprzez wzgórze na którym przed laty odkryto fragmenty piwnic, zarośnięte do dziś chwastem prywatnie się panoszącym. Nieopodal Hali Targowej, tej samej, w której szukał tchnienia czasów, zapominanych w pośpiechu teraźniejszości, przy kamiennych schodkach do Rzeki zacumowano barkę. Nieduży, przystosowany do obsługi turystycznego ruchu stateczek, dający szansę swoim i obcym podziwiania Miasta od strony wody. Chyba nigdy nie cieszył się on takim powodzeniem, jak wtedy, gdy rozbawione towarzystwo ukryte w mrokach nocy chłodziło się wiatrem rzecznym. Po wodzie niosły się daleko wciąż nowe zwrotki żeglarskich pieśni, z pakietów znikało piwo, a grill na rufie zapraszał i żegnał kiełbasę, w tempie równie zawrotnym jak tramwaje pasażerów w godzinach szczytu. Dwukrotnie oglądał ZZ miejsce swoich młodzieńczych wypraw rowerowych, kiedy wydawało mu się, że zostawił Miasto daleko za sobą i ukryty w wysokiej trawie buszował beztrosko pomiędzy łąkami nadbrzeżnymi, i dwukrotnie, choć z innej niż zazwyczaj perspektywy rozglądał się po swoim moście oflankowanym od południa oświetlonym gmaszyskiem Uniwersytetu. Rzucił okiem na puste przestrzenie zawieszone nad Rzeką, z lekkim niepokojem obserwował cień zmierzający w stronę mostu…Odetchnął – męski… Gdyby teraz, na moście miała się pokazać ONA, byłaby to drwina losu, szyderstwo rzucone w twarz, cios wymierzony w bezbronnego. Dwuznaczność sytuacji sprawiała mu niemal fizyczny ból. Bo przecież, gdyby ONA… tam… wiedziałby, że wróci… Inaczej jednak wyobrażał sobie pierwsze spotkanie, chociaż Rzekę wykorzystywał jako medium, a most był mu przystanią. Mijając tańczących, zerwał zawleczkę z następnej puszki piwa i zszedł pod pokład. Jedno nietrafione spojrzenie spowodowało, że choć nie wydarzyło się nic zgubił nastrój.
Pierwsze promienie słońca wypuściły towarzystwo na ląd. ZZ oderwał się od zmęczonych, wracających w małych grupkach ludzi, wspiął się na wzgórze, oparł się o jedno z drzew pod którym słoneczna plama już nasiąkła ciepłem i przymknął oczy. Może spał, może utrwalał w pamięci architekturę najstarszej części Miasta po drugiej stronie Rzeki, a może czekał, aż jej dachy otworzą się na światło. Dziś nikt już nie wie, czy był to przebłysk geniuszu budowniczych, czy to Rzeki zasługa, że właśnie tak ustawiono budynki, żeby słońce wspinając się rozświetlało cały ciąg płaszczyzn wyłożonych dachówką.

Symptomy.
Oznaki nadchodzącej zimy obserwuję. Nie tylko na ulicach. Apetyt mam taki, że chyba sroga będzie i okrutna jak nigdy. No i wódkę spożyłem wczoraj, czego w lecie nie czynię. W sklepie mięsnym – tłok, a latem pani chciała w karty grać, albo sweter na drutach dla wnuczka zbudować. Z chodników powoli znikają szczupłe kobiety, a ich miejsce zajmują kubaturowo lepiej wyposażone. Przynajmniej o dwie kategorie wagowe w górę. Rajskie jabłuszka opuszczają już drzewa, ścieląc się na gasnących trawnikach. Widziałem też żabę, która wybrała akwarium zamiast niepewnej wolności. A może siedziała tam za karę?
Zima idzie – jak nic!

Taniec w deszczu.
Lubię, kiedy wieczór, odrobina powiewu w twarz, a na chodnikach z każdą chwilą puściej, mrok zatacza kręgi i nabiera odwagi, otaczając przechodniów tajemnicą.
Lubię, kiedy wczorajszy deszcz zostawia w powietrzu zapach świeżości pomieszanej ze spłukanym zewsząd kurzem. Dlatego nie zżymam się specjalnie, kiedy pada, a ja muszę uskuteczniać na nierównościach ulicznych ekwilibrystykę, by ominąć kałuże i druty atakujących mnie parasoli. Wczorajsze opady wywołały nawet u mnie wewnętrzny śmiech – to, co ludzie wyczyniali maszerując do swoich codzienności przypominało mi taniec. Obrzęd nieznany nauce.
Może uśmiechnąłem się do swoich myśli, bo patrzyłaś na mnie, jakby do rozpoznania zabrakło Ci jedynie błysku. Tak. To ja szwędam się po Mieście bez względu na pogodę.

Wczoraj.
Na ulicy, której nawet nie podejrzewałem o istnienie spotkałem osobę, którą na pewno już wcześniej widziałem. Może nawet rozmawiałem? Ulica była boczna, nosząca ślady dawno minionej wojny, górował nad nią jeszcze starszy budynek adaptowany na jeden z uczelnianych wydziałów. Na zaniedbanej klatce schodowej wymieniliśmy parę nieistotnych uwag, jak starzy nieznajomi i już
Spotykam ludzi z przeszłości. Niektórzy jeszcze mnie rozpoznają, inni już nie – mijają mnie bez śladu wspomnienia. Nie nalegam. Przenoszę wzrok na dziewczyny z warkoczykami, pojawiające się obecnie coraz częściej, albo zbieram reklamy do wyrzucenia w najbliższy kubełek.


  • RSS