Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 10.2003

Logika Miasta.
Nie próbuję nawet nazwać sprawy inaczej. Tknięty myślą z poprzedniej notki dokonałem malutkiego odkrycia, z gatunku tych, które niewiele wnoszą, a pozostawiają mnie z otwartymi ustami. W moim Mieście przyszli humaniści skupieni są wokół starówki. W ładnym jak na lokalne warunki otoczeniu, w estetyce czasów przeszłych, pozwalających myślom błądzić, a oczom szukać natchnienia w niebanalnych przestrzeniach. Marzycielom i filozofom podrzuca krajobrazy nadrzeczne i dźwięki kościelnych dzwonów, chroniąc zakazami wjazdu roztargnionych i zamyślonych.
Ci, którzy zdecydowali się na kierunki ścisłe dla odmiany skupiają się wokół wszelakich eksperymentów architektonicznych – most z identycznym epitetem, co plac w centrum tego technicznego świata, pancerniki na tzw „broadway`u”, igła drapiąca niebo obok hali stulecia – obecnie ludowej. Otoczenie? – główne arterie Miasta wiecznie zakorkowane, dzwonki tramwajów, posapywania autobusów i tirów, brzydota, dla której jedynym uzasadnieniem jest fakt, że prawie nikt jej nie dostrzega w pośpiechu kierując się wykładnikami takimi jak praktyczność, dostępność, łatwość obsługi, szybkość…
Że też dostrzegłem to dopiero, kiedy przestałem być stałym bywalcem tamtej części Miasta. Będąc w środku nie ma na to czasu.
I nie pytaj mnie, który fragment wolę, bo potrzebuję obu.

Raczej bez głowy.
Zamarzyło mi się poszwędać się bez celu po moich ulubionych wąskich uliczkach, gdzie zaciera się ślad pomiędzy chodnikiem a jezdnią, samochody widziane są niemile, za to kluczących samotnie lub grupkami wymija się z cieniem uśmiechu, że oni też…
I spotkać być może starych dobrych nieznajomych, myszkujących po zaułkach w poszukiwaniu tego, czego nie zgubili.
Tak więc zacząłem spacerek zygzakiem, skręcając w każdy napotkany skręt. Przemierzyłem niechcący te kilka uliczek parokrotnie, zaglądając w witryny, przez szyby kafejek, gdzie studenci zapominają się przy piwie w gęstym szczerym śmiechu. Minąłem dziewczynę o twarzy świecącej nieznanym szczęściem, i inną, która w pogardzie mając rosnącą nadwagę zajadała się ciastkami nie przerywając wędrówki.
Wreszcie zrobiło się naprawdę jesiennie, o czym świadczyły porozpinane kurtki, i jarzębiny, których liście dostosowały się kolorystycznie do owoców. Więc przypomniałem sobie, dlaczego wiszą te owoce tak długo, niemal do pełnej wiosny, na zupełnie gołych drzewach. Natura zadbała o „francuskie pieski”, mające apetyt na wszystko co dostępne z wyjątkiem jarzębiny. Dopiero, kiedy w ptasich brzuszkach zacznie burczeć żałobnymi marszami z lekkim obrzydzeniem wcinają te ślicznie wyglądające owocki…
Tylko, czy ja tego sobie nie zmyśliłem?

Idzie nowe.
Letnie warkoczyki gdzieś poznikały, a ich miejsce zajęły końskie ogony – moda widocznie się zmieniła, i tylko ja jakiś niedoinformowany chodzę. Próbowałem nawet policzyć, ale mnie przerosło. A starsze panie preferują taki węzeł na czubku głowy. Też nieźle. Za to dzikie wino oplatające muzeum nabrało koloru cegły, jakby wstydziło się, że jeszcze liśćmi nie zasłało chodnika. W parku na kamiennej szachownicy niedokończona partia warcabów. Wydaje się, że przewagę miał zawodnik grający białym żwirem. Szaro zabarwionych pionów stało mniej i w raczej nieciekawej pozycji.

Jednak napiszę.
Bliski już byłem konkluzji, że czas pończoch się skończył. A tu taka miła niespodzianka – i to w zestawie ze szpilkami. Porzuciłem widoki zza okna autobusu, chociaż te oferowały dziką Rzekę – tak, tak – można jeszcze znaleźć fragmenty, gdzie działalności ludzkiej nie widać, a natura nie próżnuje.
Z miejsca zakochałem się bez pamięci na jakiś kwadrans, może dłużej. I był to nie pierwszy raz, jako że wcześniej, choć to nieprawdopodobne, wracałem do domu, gdy zegarek wskazywał 7.30…. W smutnym, szarym przejściu podziemnym, uśmiechały się do mnie oczy i usta, w których antropolog bez trudu wykryłby domieszkę azjatyckiego pochodzenia. Przejście było długie, kroki niespieszne, a ja nic więcej nie widziałem.
Za to chmury się rozstąpiły, pomimo uporczywej działalności kilku wysokich kominów napełniających niebo grzanym powietrzem w kolorze chmur deszczowych. Więc coś w tym jest chyba?

Z głębokości fotela.
Dni mokre i wilgocią pachnące – od ziemi, która jakby unurzana w stopniałym śniegu, choć to przecież dopiero zima nadciąga. W połączeniu z wiatrem wiejącym na wskroś ubrania, wyciskającym łzy z oczu tworzy klimat zapamiętany każdym zmysłem, zmuszając myśli do ucieczki w miejsce, które nie zna śmietników skrupulatnie przeszukiwanych co rano, pożarów na parterach czteropiętrowych kamienic, gdzie zwierzęta w biegu nie są spowalniane rzemieniem w niekoniecznie silnej dłoni, gdzie światło nie ma elektrycznych korzeni. Wspomnienia nie są złe. Marzenia również. I Miasto złe nie jest, choć wolę je, jako miejsce, do którego się wraca.

Nie spać zimowym czasem.
Poranne skrobanie szyb i pieski w kamizelkach ręcznie dzierganych przez litościwe właścicielki, to nieuchronny znak, że jesień zapomniała przyjść, a zima tuż. Nawet wypięte na przystanek tramwajowy pośladki w wiśniowych dżinsach dyskretnie sygnalizują ukryte pod nimi warstwy. Jakby tego było mało zewsząd siorbanie, bulgotanie nosów i chrypka. Tylko liście zupełnie cicho spadają na dopiero co zamiecione chodniki. Może byłoby całkiem smutno, gdyby nie okazało się, że w porywach „twórczości” zawodowej udało mi się niewłaściwie wypełnić kratki wniosku. I zaczęło się. Żeby sprawę wyprostować nie wystarczy skreślić, albo wypełnić nowy. Należy wypełnić inny wniosek, o uzupełnienie poprzedniego wniosku o nowy, prawidłowo wypełniony wniosek. Prawda, jakie to proste? No i oczywiście stosowną opłatę skarbową uiścić. Dzięki czemu oko nie nudząc się czas spędził po rozmaitych przybytkach wędrując cierpliwie, bo przecież własnego samorządu nie kochać, to już co najmniej nadużycie, jeżeli nie przestępstwo.

Kozioróg dębosz.
Dzień sobie dość nietypowo ze mną poczyna. Parę twarzy przekrzywionych wcale nie zalotnie, jedne usta z mantrą bezgłośną, jakieś tajemne uśmiechy spod czarnej grzywki być może do mnie. Służbowa wycieczka brzegami Rzeki, którą przemierzają w kajakach faceci w pomarańczowych kombinezonach i niezrażeni wiosłują pod prąd, tuż obok pogłębiarki, po parkach, gdzie kobiety próbują wraz z potem zostawić ponoć zbędne kilogramy zawiodła mnie do ogrodu botanicznego. Że plucha? Późna jesień? A co to kogo obchodzi! Wystarczy powiedzieć (nie całkiem służbowo), że dywan z bluszczu został tak pięknie zasypany uschniętymi liśćmi magnolii drzewiastej, że wyglądał jak materac dla Wyrwidęba– i to wysoki. A propos Wirwidęba – w ogrodzie ma on postać owada, którego larwy osiągają nawet 10 cm długości i pożerają właśnie jedno z drzew. Z zamieszczonej informacji wynika, że larwom wystarcza 3-4 lata na konsumpcję, a później przenoszą się.
PS. W ogrodzie mają w czym wybierać…

Epitafium.
Próbowałem zaprzyjaźnić się z owocem cisu. Taki miękki, głęboko czerwony z czarnym oczkiem. Jeszcze go dobrze nie pogłaskałem, gdy już kołysał się w mojej dłoni. Z równym powodzeniem mógłbym oswajać tarantule, kobry królewskie i wściekłe lisy – soczek ma ponoć mało strawny dla organizmów żywych. Oddałem więc go ziemi – na przechowanie – a nuż wrócą czasy łuków z cisowego drzewa i będzie jak znalazł? Niech mu ziemia wilgotną i przytulną będzie.

Rzut oka.
Na krawędzi starego Miasta, gdzie szerokość ulicy sugeruje pobliskie już blokowiska pani z drewnianym krzesłem w ręku zaczarowała gołębie. Nieomal łasiły się do niej oblepiając budki z hot-dogami i znaki drogowe. Szaleństwo osiągnęło apogeum, gdy usiadła. Przechodzący obok mogliby je spokojnie podeptać, a te nie zauważyłyby nawet. Cóż – można przekupić/oswoić sobie dzikie poniekąd ptaszyska.

Tak było wczoraj.
Gdzieś tam, na zewnątrz świat dopomina się o mnie, warczy na mnie silnikami rozmaitymi, rozjaśnia brzaskiem ulice. I wstałem jak zwykle bez powodu zbyt wcześnie jakbym chciał się nauczyć kolejnych faz poranka. Wpuściłem zapach ciepłych bułek przez okno, jakąś kawę w organizm.
A dziś??
Dzisiaj nie ma. Po prostu wczoraj dopiero się kończy. Przewijam w pamięci obrazy i widzę kobiety wyglądające jak przerośnięte dziewczynki, dziewczynki udające chłopaków, i chłopaków udających nie-wiadomo-co. Gdzieś po drodze parę ciepłych słów nie do mnie, ale wystarczyło, żeby pokazało się słońce. Praca do spółki z nałogami próbują mnie zabić. Opieram się, ale słabo. Kołacze we mnie pytanie, co spowodowało, że bramin ma złamaną rękę.


  • RSS