Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 11.2003

Same zagadki.
Po Mieście chodzą ludzie z połamanymi dłońmi. Najczęściej prawymi. Epidemia, czy co? Co rusz ktoś świeci gipsem sztywno niesionym przed tułowiem. Ilekroć starałem się zapomnieć (w tym celu spotykałem kogoś znajomego) pchał się na mnie kolejny lekko uszkodzony egzemplarz. Z tego wszystkiego kupiłem w warzywniaku sześć pieczarek – nie wiem po co i sześć mandarynek (w tym jedną … uszkodzoną…)…
Z domu na wszelki wypadek się nie ruszam.
PS. Z cudów dostrzeżonych, żeby się nie zapomniało – Biała Dama (nooo.. powiedzmy nie do końca… wystarczy damka) poruszająca się jak ptak brodzący, co najmniej trzy osoby z wehikułu czasu i budowa piaskownicy w Rynku.

Klamra.
Poranek w gęstej, namacalnej mgle – takiej, która potrafi zdławić płomień zapalniczki nie przyniósł żadnych doznań wzrokowych. Za to później… Ale. Po kolei. Od dłuższego czasu dostrzegam w Mieście ludzi wyglądających tak, jakby jakaś nieznana siła przenosiła mnie w czasie – w przód, lub tył, bez różnicy i przedstawiała mi sylwetki takimi, jakie będą, albo były. Próbowałem nie pisać o podobnych wrażeniach, kładąc je na karb zmutowanej wyobraźni własnej, jednak dzisiaj nie zdzierżę.
Widziałem Ciebie Wyglądałaś jak swoja młodsza o cztery lata siostra. Z jeszcze okrągłymi policzkami (kuchnia mamusi), ze spiętymi czarną gumką długimi włosami, noszącymi ślad eksperymentów kosmetycznych zmierzających do kolorystycznej harmonii z kasztanowymi oczami. Na serdecznym palcu prawej dłoni nosiłaś pierścionek, który pewnie ze dwa lata później, z przyczyn ekonomicznych rozmieniłaś na drobne i zamiast racjonalnie spożytkować wydałaś na pierwsze, kieszonkowe wydania np.: Borgesa w antykwariacie.
Już wtedy nosiłaś ciężkie buciory od doktora Martensa, dżinsy z szerokimi nogawkami, grubą kurtkę do pół uda z ogromniastym kapturem, szal z drapiącej wełny i te swoje okulary w cieniutkich, drucianych oprawkach.
Wtedy/dziś czytałaś stojąc na przystanku w opłotki Miasta. Z papierosem w jednej, a „Stadem” Whartona w drugiej dłoni odgarniałaś włosy sprzed oczu tym samym gestem, którym zrobiłabyś to dziś, gdybyś nadal miała je tak długie. I już wtedy nie byłaś grzeczną dziewczynką. Z rękami głęboko wbitymi w kieszenie rozmawiałaś ze znajomymi, dla których mogłabyś być wnuczką.
Może mam lekką sklerozę, jednak nad prawym okiem miałaś te cztery lata temu niedużą bliznę, której nie pamiętam… Pozbyłaś się jej?
Wracałem do domu, kiedy słońce chowało się za widnokręgiem przesłonięte tą samą mleczną mgłą. W otwartej przestrzeni i pomiędzy budynkami wydawała się ona niezbyt gęsta. Dopiero na mostach, gdy rzuciłem okiem na Rzekę zauważyłem, że ta wylała z siebie tłuste kłęby kryjące całe międzywale. Brodzenie w czymś takim musi dostarczać dużo większej frajdy, niż szuranie nogami w zeschłych liściach. Żołądek jednak podyktował inny kierunek – może słusznie – wystarczająco powikłany był ten dzień.

Pomiędzy. Polowanie na misia.

Nie potrzeba było wróżki, ani śledzenia kroków ZZ, żeby dopowiedzieć sobie preludium wieczoru, które doprowadziło go nocą na tę ławkę. Wystarczyła znajomość Miasta, jego drugiego, wstydliwie ukrywanego przez rajców dna – zrodzonego z niedostatków, hardego i niewykształconego, budzącego się do życia, gdy tylko słońce przenosiło się na drugą stronę planety. W miejscach, których turyści nawet się nie domyślają, a tubylcy unikają po zmroku drzemie agresja rozbudzana tanim alkoholem. Kto pierwszy i po co próbował tym okolicom dodać odrobiny romantyzmu nikt pewnie nie pamięta, jednak poetycka łata przylgnęła i zrosła się z paroma kwartałami ulic. Trójkąt Bermudzki – równie nieobliczalny jak pierwowzór, żyjący własnym życiem niedostrzegalnym w dziennym świetle, w świecie z przestawionym cyklem dobowym; nocny klub do którego wstęp odbywa się na własną, mocno ograniczoną odpowiedzialność. Po tych wszystkich słowach, być może nadmiernie demonizujących drobny przecież fragment aglomeracji, wypadałoby odrobinę złagodzić wizerunek. Swoiste poczucie honoru i pewna dawka elementarnych zasad współistnienia jest tam zdrowsza, niż na pięknych osiedlach dla nowobogackich, czy pośród blokowisk.
Co go pognało w tamte strony? Może dał się skusić ciężkim kuflom, o jakich na starówce w restauracjach wyłożonych chromem, szkłem i polerowanym kamieniem dawno już zapomniano, może poszedł za kimś i później zbyt długo dał się czarować lokalnym knajpom bez kategorii, powstałych w zaadaptowanych komórkach piwnicznych… Tego miałem się dopiero dowiedzieć.
Noc już na dobre pożegnała się z dniem i jedynie sodowe oświetlenie uliczne wydobywało z mroku kontury mostu, gdy dostrzegłem go siedzącego, z twarzą ukrytą w dłoniach. Spomiędzy palców sączyła się krew kapiąc na spodnie i wyślizgane płyty chodnikowe. Podarte ubranie sponiewierane w ulicznym kurzu, fryzura modelowana pięścią ciągnącą w ciemność odludnej bramy, napuchnięte wargi i oczy. Gdyby nie znieczulające działanie dużej dawki alkoholu każdy ruch przysparzałby mu bólu. Wyrok chwilowo został odroczony do następnego poranka. Klął głośno, choć niewyraźnie za każdym razem, gdy odkrywał kolejne defekty swojego wyglądu, jakby mniej martwiąc się drastycznie zubożonym stanem posiadania. Ostatni z pogiętej paczki papieros włożył w pulsujące wciąż wargi pochłaniając dym jak tonący chłonie niespodziewany oddech. Ci, którzy dokonali gwałtu na jego kieszeniach nie zdołali zatriumfować nad jego wzrokiem. Oczy, jeszcze przed chwilą zasnute mgłą, znów zaczęły świecić w swoim rytmie. Jak zazwyczaj pełne niepokoju, poszukujące, drążące otoczenie, stawiające pytania i prześwietlające świat nad podziw szybko oczyściły się z nalotów. Wstał, chwiejnym krokiem dobrnął do balustrady. Niedopałek miękkim łukiem popełnił samobójstwo nie zaburzając obrazu księżyca w leniwym nurcie.
- Nie wiem, czy właśnie tego oczekiwałaś ode mnie. Że pojawię się w otchłani i będę próbował odnaleźć Ciebie pośród zjełczałego, zastałego półświatka, w którym każdy dzień jest kopią poprzedniego, a wygrzane knajpiane stołki nieomal noszą podpisy stałych bywalców. Być może nadal czekasz i na zapleczu jednego z tych obskurnych lokali zastanawiasz się, czy to już dziś odnajdę Cię i zabiorę, gdzie nikt o nas nie usłyszy. Jeśli zapłaciłem dzisiaj za szept przyniesiony myślą podniesioną z trotuaru, jeżeli to dopiero rata – zapowiedź ciągu dalszego, by mnie odwieść od tego szukania, to wiedz, że nie zrezygnuję. Powiem Ci, chociaż powinnaś już wiedzieć. Szukałem w świecie pięknych i bogatych, szukałem w odludziach i ustroniach. Wielokrotnie zwiedziłem miejsca, gdzie Ty mogłabyś mnie spotkać. Czasami wiem, że spóźniłem się o mgnienie oka, żebyśmy potknęli się o siebie. I jeśli biegnę za tą wonią, za niewysłowioną obietnicą spotkania, gdy ludzie patrzą na mnie zdumionym wzrokiem, że potrafię, że mi się chce spieszyć donikąd, by później dyszeć ciężko opartemu o szorstką korę starych drzew, albo w nadrzecznych poręczach wyrzucać sobie niefrasobliwość, która spowodowała, że chwila wcześniej stracona na rzecz bez znaczenia tak dotkliwie odbije się na obecnej…
Zdumiony byłem tak długim monologiem, przerwanym na moment, gdy jedna ze spóźnionych kropel krwi cicho wklęsła w Rzekę, niczym kropka pod wykrzyknikiem. Zdumiony tym bardziej, że słowa, przeważnie głęboko w głowie schowane toczyły się z poturbowanych warg gładko i płynnie., jakby razy odblokowały ten potok niwecząc tamę dotychczas go blokującą. Cisza spacerująca po otoczeniu, zmrok flirtujący z oświetloną fasadą Uniwersytetu i księżyc przyglądający się przez lustro wody stali się jedynymi świadkami wyznania.
- jutro i pojutrze, za tydzień, nieważne czy dniem, czy nocą, będę tam znowu. Będę, dopóki mi nie powiesz, że Ciebie tam już nie ma. Zwiedzę oficyny i przechodnie podwórka, łąki i skwery, tuż obok opróżnianych flaszek, zniszczonych kobiet sprzedających swoje pomarszczone ciała za butelkę taniego wina, obok dziewcząt w podobny sposób zarabiających na pierwsze w życiu kosmetyki, pomiędzy głodnymi, zlęknionymi dziećmi przemykającymi przed pijanymi krokami z jedyną, dawno już skradzioną przez „wujka” zabawką, wśród wojowniczych nastolatków, dla których pięść jest jedynym wyznacznikiem hierarchii, oraz tych starszych, z wytatuowanymi latami spędzonymi w więziennych celach – będę. Nie próbuj mnie odwieść od zamiaru, nie strasz konsekwencjami – czekaj, bądź wyjdź mi naprzeciw.

(Auto i)ironia.
Skoro potrafię zawartość całkiem ciekawego dnia zmieścić w trzech – pięciu zdaniach, interesujące jest ilu potrzebowałbym na autobiografię…
I niestety odnoszę wrażenie, że uzasadnienie własnej egzystencji zawrzeć można w jednym, niekoniecznie skomplikowanym zdaniu.
Albo równoważniku zdania.
A jeśli sądzisz, że ogarnęły mnie czarne myśli, to zastanów się nad własnymi osiągnięciami.

Na wadze.
W barze mlecznym można zostać zaskoczonym np takim zamówieniem.: „fasolka po bretońsku z niczym”, albo „dwa razy pomidorowa po osiemdziesiąt groszy” i zobaczyć, jak do zupy ląduje dopiero co wyłowiony ze śmietnika kawałek chleba łamany nad talerzami, żeby nie uronić ni okruszka. Obok przyzwoicie ubrana kobieta pyta się, czy może zabrać te pierożki, które pan w krawacie nie dojadł i odstawił, i gdy obsługa łaskawie kiwnie głową pakuje je w serwetki i wynosi wielce zadowolona.
Na chodnikach, w załomach murów, na schodach wyłożonych polerowanym kamieniem, w portalach kościołów siedzi nędza. I jest jej coraz więcej.
Tuż obok wypieszczonych ludzi przemykają kloszardzi, liczący znalezione groszówki, zbierający pozostałości po istnieniach lepiej uposażonych.
Nazbierałem w pamięci sporo podobnych obrazów i tylko widok pani, która z mozołem próbowała spakować własny biust w płaszczyk pozwala mi się uśmiechać. Pośród tłumu spieszącego we wszystkich kierunkach wykonywała pocieszne dosyć ruchy, ale czy płaszczyk był zbyt wąski, czy też urosło się kobiecinie nie wiem. I efektów nie znam – chociaż pewnie należało z otwartą buzia stać oczekując zakończenia wątku.

Wrażenia.
Poranek zaczął się wcześniej niż zwykle i miał przynieść sześćset kilometrów podróży. Dzień zapomniał wstać, nawet wtedy, gdy już dawno powinien być w rozkwicie. Przed oczyma migały mi rudo wyściełane lasy bukowe i dębowe, pomiędzy którymi dla kontrastu pojawiały się brzozy i sosny. Później, do mokrego zmroku rutyna zakończona pstrągiem z sosem czosnkowym i ciemność natury pomiędzy skupiskami cywilizacji. Las nadal mi pachnie.

Liście.
Wiatr plecie na fosie rozpływające się dywany ze spadających liści. Przegania je po parkach niosąc aromat wilgoci i czarnej ziemi, rozrzuca sterty pracowicie usypane przez ludzi, kojarzy je z zamiecionymi chodnikami i zaciąga w przedsionki. A platanowe pachną zupełnie odmiennie od całej reszty.
PS. Napisać „Polowanie na misia”

Antytalencie maluje.
Jeszcze dobrze nie zatrzasnęły się za mną drzwi wejściowe, kiedy piękna buzia cichutko przemknęła chodnikiem w kierunku niestety przeciwnym. Skoro jednak zwiastować miała dzień dobry, to tak też się potoczył. Spotykałem kolejne twarze wykończone gabarytami najczęściej opakowanymi w czarne tekstylia, zarówno w okolicach stanowiących wizytówkę Miasta, jak i tych, o których nie mówi się przyjezdnym. Mimo wszystko wygląda, że ładni ludzie chętniej wybierają ładne okolice. Zacząłem przyglądać się twarzom bez wyjątku, szukając wspólnego mianownika do zidentyfikowania własnego poczucia urody. Chyba nie do końca potrafię rzecz określić, jednak część twarzy jest jakby niewykończona i zamglona. Takie w pół drogi przerwane dzieło, kreska niedopracowana, przesunięta o grubość włosa niweczy efekt do tego stopnia, że nie pomagają kosmetyczne zabiegi. Zaczepiłem wzrok na spieszącym się (?) bezadresowcu. Brudny, zarośnięty i zaniedbany, lecz jego wygląd tworzył zamkniętą bryłę – zharmonizowaną objętość, której nie szpeciły dysonanse. A brud? Stanowił raczej wykończenie, ostatnie brakujące maźnięcie pędzlem – to, które jest ostatnim przed przedobrzeniem.

Zmrożone myśli.
Świat posiwiał i skrzepł. Stał się przez to jakby czystszy, chociaż śmieci kontrastują mocniej, wychylając swoje zużyte fragmenty istnienia ponad oszronioną mgłę. Resztki liści na drzewach skuliły się w sobie, choć nie ma już dla nich nadziei. Ludzie jeszcze ją mają. Niektórzy pocieszają się, że może być zimniej, inni oglądają foldery z ciepłych krajów, pozostali czekają wiosny. Twarze ze śladami opalenizny, nawet tej sztucznie wywołanej stanowią teraz bardzo przyjemny widok na bladym tle chodnika.
Dziewczyna już sięgająca kobiecości śmiała się całym ciałem stojąc na światłach. A myślałem, że tak potrafią tylko dzieci. Tak – widziałem ostatnio brzdąca, który nawet sznurowadłami pokazywał sople wiszące mu z noska. Ludzie nie powinni się uczyć mowy. To rozleniwia i pozwala na zbyt wiele fałszu.

Samotny biały żagiel.
Nadmiar myśli nieuświadomionych obudził mnie nocą. W cichym, ciemnym mieszkaniu poruszałem się po liniach znanych nogom na pamięć, by stanąć w otwartym oknie ubrany jedynie w świeżo zapalonego papierosa. Zanim dopadł mnie chłód, zaspanymi zmysłami zarejestrowałem panującą ciszę i równie głęboką ciemność. Niczym na pustyni zmysłowej nie wykrywałem żadnym organem cudzej obecności. Bezwonna przestrzeń wypełniona wyłącznie mną…
Nie będę kłamał, że poczułem więź ze wszystkimi Robinsonami. Może dlatego, że ciszę przerwał łomot zapóźnionej ciężarówki. Kierowca nie był w stanie dostrzec w oknie bocznej ulicy mojej milczącej obecności, więc może on zabrał ze sobą to wrażenie.


  • RSS