Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 12.2003

Na mokro i na czerwono.
Przedzieranie się przez skołowany tłum ludzi zdezorientowanych sam nie wiem czym należy do raczej przykrych doznań. Można niby zrzucić winę na siąpiące coś z nieba – ni to deszcz, ni śnieg – mokre i lepiące się do oczu. Oglądałem twarze wyświecone tym czymś wyglądające jakby je woskowano i twarze porozbijane, podrapane do krwi. Tylko ostrokrzew nie skarży się i połyskuje zwodniczo pięknymi ciemnozielonymi liśćmi zakończonymi długimi sztywnymi kolcami. Ten, którego mam okazję podglądać jest chyba samcem, bo jakoś niepłodny jest już drugi rok z rzędu. A tak sympatycznie wyglądałby z czerwieniejącymi zimą jagodami…

Wprawka do bajania.
Ubrana w stary, liniejący płaszcz i czapkę przypominającą trochę te sybirackie pojawiła się pod moim oknem czarownica. Bełkocząc coś w swoim niedostępnym ludziom języku przesunęła się wzdłuż nieomal pustej ulicy znikając równie niespodzianie, jak się pojawiła. Stare, wysuszone ciało okryte historią. Raczej nie była zadowolona. Pies świeżo opracowanej, jadowitej rasy nie miał ochoty na gawędę bezszelestnie ją mijając, a ja wietrzyłem twarz wdychając mizerne resztki wiatru – chyba bezmyślnie. Jej tropem poszły cztery dziewczyny. Po zioła na kobiecość?

Kosmos II.
Od rana stawiałem biało-czarne kroki na przejściach dla pieszych, by w końcu wsiąść w tramwaj i przejechać obok jedynego już chyba nieodrestaurowanego budynku wzdłuż tego brzegu Rzeki. I chociaż nie chciałem zostać dziś bohaterem jednego spojrzenia, zerknięcia nieuświadomionego, to jednak zrobiłem to. Poniżej policyjnego numeru obowiązkowo oznaczającego kostropatą fasadę farmacji, na resztkach zniszczonego gniazda, w nitkach traw klejonych błotem wisiał już zmumifikowany wróbel ze skrzydłami rozpostartymi w ostatnim krzyku. Nawet grad sypiący później w oślepione słońcem oczy nie pozwolił zapomnieć. Wręcz przeciwnie – przypomniał podobne zdarzenie, które choć w rozpamiętaniu, w znaczeniu i konsekwencjach bardziej było znaczące, to jednak czuć w nim było ludzką rękę.

Marionetka.
Wreszcie udało się pospacerować w poprzek Miasta – równie beztrosko, co bez sensu. Mróz położył cienkie szkło na Rzece, a nadbrzeżnym łąkom dał zatonąć w skostniałym milczeniu. Gdzieś na krawędzi zasięgu wzroku Rzeka rozbiegała się w różne strony. I znów stchórzyłem i nie poszedłem za wzrokiem. Przyciągały mnie te wszystkie łąki, po których pustka wyłącznie spacerowała z wiatrem pod pachą, a ja zamiast dać się im uwieść szedłem wprost w słońce i pozwalałem mu prześwietlać obrazy. Widocznie jestem już cyborgiem – cywilizacyjną kukłą, za którą decyzje podejmują sznurki zakotwione w dekalogu powinności:
musisz/ nie wolno/ trzeba/ nie/ koniecznie/ absolutnie/ natychmiast/ tak/ najpierw/ bądź poważny.
I byłem.

Pokrótce.
A tymczasem operator żurawia niezrażony kalendarzem otworzył sobie okienko w kabinie jakieś czterdzieści metrów nad ziemią, czym zimę wystraszył tak, że czai się gdzieś i z oddali przygląda Miastu. Wczoraj zachodzące słońce próbowało spalić chmury, które już zaczynały się żarzyć, jednak wiatr szybko przepychał te co bardziej spocone, żeby ostygły.
W tramwaju sterydowy mutant ograniczający dialog do szybkostrzelnego tak powtarzanego z regularnością metronomu, lub kałasznikowa zabrał mi widnokrąg, a wcześniej, porzucony płaszcz na młodych, przypominających jeszcze krzaki szarych topolach zabrał myśli.
Jutro (podobnie jak wczoraj i dziś) zapowiada się siedzące, z widokiem na tego samego tłustego kota przemierzającego zapuszczony, chwastem porosły, ogrodzony nieużytek pomiędzy blokowiskami.

Finanse i bankowość (kurs przyspieszony).
Teraz, kiedy siedzę przed monitorem, a na parapet otwartego okna spadają chmury przeistoczone w ciała stałe wydaje mi się dość śmiesznym, że gość w odblaskowo-żółtych adidasach zaglądał mi w twarz szukając w nich cienia rozpoznania. Nachalnie, choć nie agresywnie czekał na chwilę zawahania, aby mnie dopaść i po starej już wtedy znajomości zaciągnąć bezzwrotną pożyczkę na cel szlachetny ( np.: winko za 2,60 PLN). Twardo nie reagowałem na bezpośredni marketing i nie rozpoznawałem go, udając, że zaaferowany jestem świeżo nabytą parą butów, poczym zniknąłem w czeluściach sklepu spożywczego. A kiedy przyszło ślicznej ekspedientce skasować moje rozbuchane aspiracje śniadaniowe (10,16 PLN), podałem dwudziestozłotowy bilet z oświadczeniem, że tych groszy absolutnie nie będzie, przez co uzyskałem krótkoterminowy kredyt „bez żyrantów i zbędnych formalności”.

Na jawie.
Zdarza mi się być pijanym… ale nie tak.
I żaden sennik nie zawiera najprawdopodobniej wyjaśnienia zjawiska:
„starą kobietę w piżamie ujrzeć grudniową nocą na chodniku pustym”
Mogę chuchnąć. Piłem – ale nie aż tak….
Napisane 23.55 dnia jeszcze piętnastego miesiąca grudnia.

Krzyk bezwładu.
Porzucone, jakby w pośpiechu adidasy na jezdni przed moimi oknami. Niczym memento wydarzeń nieodwracalnych, pomnik pamięci cudzej decyzji – nietykalne w swoim rozrzuceniu, artystycznym chaosie zamierzonym mniej lub bardziej. Byle jakie, jak cała okolica, rozjechane po wielokroć kołami tkwią tam już drugą dobę stwarzając samą swoją obecnością jakieś zagrożenie dla zmysłów. I choć trochę nie rozumiem, trochę się lękam, to jednak niby przypadkowo zerkam, czy nadal stanowią osobliwy wykrzyknik w otoczeniu którego potrafi zginąć rzecz o wiele bardziej błaha. Dlaczego nie znalazł się amator? Ani samarytanin, który litościwie kopnie je w cień bramy?
Kto porzucił wolność, by boso w czynszówki slamsowe dać się zamknąć?
A może ten ktoś zwrócił stopom wolność je porzucając…?
Tworzę scenariusze coraz bardziej zawikłane, o motywach zbyt skomplikowanych na banalną zapewne rzeczywistość, a one tkwią tam… za oknem… choć wiatr pachnie wilgocią kołysząc oświetleniem.

Podejrzenia.
Dzień raczył się rozpłakać. I wcale nie zamierzał przejmować się moimi dość obfitymi planami spacerowymi. Ze wzajemnością poniekąd, jako, że nie bardzo miałem jak się wykręcić. Kiedy jest tak szaro i zimno ludzie nie stanowią przyjemnych okazów do oglądania. Skuleni, zgarbieni, mielą przekleństwa pod nosem. A tu starówka zamieniająca się właśnie w osadę pierwotną, slums z drewna i blachy, odpust wielkomiejski pod świętującymi już girlandami lampek. Zewsząd kuszą cyfry ponoć niższe niż dawniej, wystawy odwołują się do kieszeni każdego bez wyjątku.
A ja spotkałem panią pod spłowiałym, matowym parasolem w kolorze zgaszonego granatu i zabrałem jej twarz. Nieprawda. Zabrałem ja całą łącznie z parasolem. Do pamięci. Nie jestem pewien do czego będzie mi potrzebna, ale sądzę, że może się przydać. Właśnie tak mogłaby wyglądać na przykład ta pani, którą ZZ zaczepił w hipermarkecie. Czyżbym ją przewidział? Słowami i tak mogę oddać tylko cząstkę wrażenia, więc nie będę się wygłupiał w modelowanie wrażeń, jednak to nic nie znaczące spotkanie bez przyszłości w jakiś sposób potwierdza moje podejrzenie, że można pozawerbalnie zdefiniować obiekt poszukiwań z tak dużą dokładnością, że trudno się pomylić, jeśli poświęci się jemu odrobinę więcej niż obojętność.

Na mokro.
Dzisiaj nogi poprowadziły mnie w kierunku Rzeki dopływem. Zazwyczaj brudnym i mętnym – dziś nad podziw przejrzystym. Oglądałem w słonecznym blasku kamienie na dnie, szuwarki podwodne, a przy samym ujściu zobaczyłem coś, co z daleka przypominało utopionego wyżła… który okazał się starym dywanem. To dobrze, o ile można tak powiedzieć, kiedy w nurcie zamiast natury kotłuje się ekstrawagancja byłego właściciela.
Jak to na zimę – w Rzece ubywa wody. Kamieniste dno odpoczywa po wielomiesięcznej kąpieli zamarzając już gdzieniegdzie. I wodzie absolutnie nie przeszkadza fakt, że przybywa łabędzi grzejących ją całodobowo swoim puchem.


  • RSS