Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 1.2004

Krzywe zwierciadło.
Ach! Blagierem jestem oczywistym. Nie wydarzyło się nic – dobre sobie. A pani, która pokrzykuje na mnie niezłośliwie ilekroć kładę jej przed oczy kolejną porcję papieru wczoraj właśnie pomocą służyła i radą. A pan, który precedensu dożył za moją sprawą i pierwszy raz w życiu pozytywnie zamierza się odpowiedzieć? To ma być nic? Ja więcej takich nic poproszę.
Wieczorem nie przeszkadzał mi już nawet śnieg wpadający wprost w źrenice i mdłe sodowe światło rozpływające się przez to jeszcze bardziej.
Znikam na tydzień – jeżeli kogokolwiek to interesuje.

Takie sobie „nic”
Bardzo przyjaznym okiem spoglądałem dzisiaj na świat. Aż się słońce wychyliło, żeby sprawdzić skąd we mnie tyle sympatii dla otoczenia. Po własnych śladach kłusowałem tam i z powrotem ścieżkami znanymi nogom na pamięć. I nie tylko ja byłem zadowolony. Mijały mnie słodko pachnące kobiety o pięknych zębach w zimnoniebieskiej bieli, której w śniegu na ulicach nie sposób znaleźć, zgięte w szerokich uśmiechach skierowanych ku swoim ojcom, partnerom, czy znajomym. Wygarniałem takie chwile w przelotach pomiędzy i kumulowałem w sobie, by je oddawać w dowolne zewnątrz chwilę później.
A tak w ogóle, to nic się nie wydarzyło. Dzień piękny jak każdy, i Miasto to samo.

Bardzo długi dzień.
Z okna samochodu oglądałem wczoraj większy niż zazwyczaj kawałek świata. W śnieżnej zadymce, w rzeczywistości skraplającej się na szybach dostrzegłem gdzieś po drodze lisa, który skradał się po wybielonych mrozem łąkach i wyglądał, jakby przymierzał się do degustacji trawy. Nieco później, nad brzegiem strumienia plotkowały ze sobą dwa ptaszyska. Spore dość i czarne. Nie jestem ornitologiem, jednak uznałem je za kormorany… Więc to był chyba sen, bo przecież te ciepłolubne rybojady powinny zachowywać się jak w piosence, a i menu lisa jakoś z trawą mi się nie kojarzy.
Wciąż z okna przyglądałem się kopalnianym szybom, żywcem wyjętym z XIX wieku i dziewczynom o cerze przyciemnionej atmosferycznie, aż ochłapy światła naturalnego zrezygnowały z walki. W drodze powrotnej musiałem się wreszcie obudzić, skoro zdumiały mnie dwa Toy-Toy`e mające w tle drewniany karmnik dla ludzi, pogrążone w przestrzeni przypominającej pola południowe…

Gry i zabawy.
Zaproponowałem nogom wycieczkę. Całkiem niedaleczką, taką na uspokojenie, dającą namiastkę dziczy. Na lodzie widocznie jakieś zebranie było, bo stali lub siedzieli pojedynczo i stadami ludzie. Choć rzeczka niedokładnie jeszcze zamarznięta, mrożonych ryb się ludziom zachciało, co mrzonką jest jakowąś, bo przecież sklep rybny nieopodal dysponuje bogatym asortymentem. Ale skoro ja lubię nadwerężać nogi, żeby oszronionym drzewom w gałęzie zajrzeć niemalże z krzywizny ścieżki spadając, to czemu inni nie mieliby dla odmiany nóg odmrażać na lodzie?

W pigułce.
Wszystko wokół nabrało przyspieszenia, że aż migoce. Dopiero co pojedyncza i chyba nie-moja gwiazda świeciła na wilgotnym zmierzchu, a już białe płomienie łabędzich kuperków na Rzece, gdy głowy w dno wbite w poszukiwaniu żeru, albo kominy elektrociepłowni zmagające się z niechcącym nadejść porankiem i wybielające mrok gęstym, szarym oparem. Przeszłość szkolna gdzieś w trakcie, pomiędzy ekstremami przypomniała o sobie akurat w takiej postaci, że tylko „dzień dobry powiedzieć z lekkim przymusem, a na wieczornym niebie kurz białych mew sprawdzających, czy zelżał już szczyt ruchu na głównych arteriach w pobliżu fosy i kaczej rzeszy w lodowym zakolu relację zdających. Odkładam w końcu służbowy uśmiech na półkę obok czapki, a jakiś strzęp odpowiedzialności mówi mi, że to nie koniec pracy na dziś-jutro-a może pojutrze…

W biegu.
Dzień był zmienny jak pogoda. Na początek mnóstwo pięknych twarzy o karnacji podrasowanej na południową modłę i gołąb dalmatyńczyk – choć to wydaje się jeszcze bardziej nieprawdopodobne.
Południowo zbłąkałem się w dzielnicach starszych od żyjących tubylców. I pomimo świadomości kierunku poczułem, że zginąłem w niezupełnie mi obcym kwartale ulic, gdzie wiatr gwizdał na pogryzionych fasadach i rzadko odbijał się od nielicznych, nowością pachnących plomb. Wydostałem się wreszcie, żeby w kolejnym widzeniu ocknąć się dopiero zmierzchem – na wskroś, przełajem, po trupach domów, których żywot czas przykrył chrzęszczącą od śniegu trawą, aż zwolniłem mimo pośpiechu w jakim mi przyszło dzień cały przebywać, lecz dlaczego? Raczej nie z szacunku. Już prędzej do wspomnień lub namiastki natury.
I łatwo mi teraz powiedzieć, że chciałem odgarnąć ten jedyny kosmyk wystający spod kaptura i niespętany szalem, lecz odwagi brakło.

Przed lustrem.
Zdarza mi się, jak chyba zdecydowanej większości zajrzeć czasem w lustro. Oszukuję czas raz na tydzień i właśnie wtedy przytrafiają mi się myśli dotyczące spraw niebyłych, choć prawdopodobnych. Tym razem wymyśliłem sobie e-mail od Nieznajomego Osobnika Płci Dowolnej o treści nad wyraz konkretnej:
”Pokaż mi to twoje Miasto, o którym piszesz już dwa lata. Weź mnie na spacer do tego raju i daj się nim nacieszyć”
Od słów do czynów. Brnę z Nieznajomym Bytem nad Rzekę, a lustro śmieje się ze mnie. Zgrabnie omijamy psie kupy, wywrócone kubły na śmieci, ślady nocnych libacji, czasem przytulamy się do odrapanych kamienic, albo uciekamy przed trąbiącymi bez litości kierowcami. Wciąż bez słów, choć to już Rynek omijamy szerokim łukiem żebraków, kwestarzy, kolekcjonując przy tym bukiety reklam. Przechodzimy od pomnika do pomnika, jakbyśmy sprawdzali ich popularność w gołębich rodzinach. Lekko już zawstydzony docieram nad Rzekę i tu kolejny zgrzyt. Zabytkowe mosty, których konstrukcję uzupełniają rurociągi sterczące na wysokości uniemożliwiającej ich ignorowanie, zrujnowane zabudowania błagające o choćby najgorszego kamienicznika, wciąż trwające modernizacje popowodziowe…
Zanim mój sen na jawie zakończył się Byt Wymyślony zdążył powiedzieć:
”Wiesz? Jesteś największym blagierem, jakiego ziemia nosi, albo złośliwcem, który zaślepiony egoizmem chce tylko dla siebie zostawić piękno obrazów, a mnie skazuje na spacer po wysypisku”
Czyżby już czas zapuścić brodę?

Po enduro.
Świeżością pachnący dzień. Aż nie chce się rozglądać. Wdycham wilgoć, niczym zapowiedź wiosny i bez pośpiechu przemierzam zatłoczone przestrzenie chodników. Po biurowej sześciodniówce znów patrzę w niebo. Nawet nierówności, plączące się pod nogami psy, resztki lodu, kałuże, niezdecydowani przechodnie, śmieci bezpańskie nie potrafią skazić mojego zadowolenia. Wczoraj wreszcie „Powodzianka” bez fioletowej poświaty. Bo rzeźbę oglądać należy po zmroku, kiedy oświetlenie realizuje zamierzenie autora – pogrąża posąg w falującej powodzi.
Rozbijam spacery na drobne, żeby na dłużej starczyło i nasiąkam. Może jestem stworzony do życia w naturze?

Wstecz.
2004.01.10
Nie chciałbym sobie nadmiernie pochlebiać, jednak istnieje skończone prawdopodobieństwo, że byłem obserwowany przez piękną kobietę w drodze do codzienności. Kilka kroków z tyłu, wydeptanym szlakiem powtarzała moje ślady minimalnie za długo jak na przypadek. I chociaż umknęła moim zmysłom, zanim dotarłem na przystanek nastrój dostosował się do ponoć „wolnej” soboty. Powiedziałem „dzień dobry” manekinowi w czerwonej sukience mini, choć zapewne on raczej żegnał się z wystawą i przechodniami– wyprzedaż – to się zdarza…

2004.01.09
Jedenaście.
Przez te mosty, które zazwyczaj przejeżdżam przyszło mi spacerkiem, bez pośpiechu, z głową pełną obrazów. Mgła dusząca wzrok przez cały poprzedni dzień usiadła wreszcie. Niczym szarańcza ogarnęła drzewa, strojąc je szronem. Niewiele spraw wygląda równie pięknie jak drzewa pokryte białym kurzem. W parku – świąteczne drzewka. To platany zapomniały zrzucić liście, jakby w obawie przed utratą swoich kolczastych bombek tuż obok katalp z wiszącymi soplami strąków. Świecące, skrzące się i wyraziste. Gdzieś w tle jałowce i cisy obarczone taką masą śniegu, że wyglądały jak pagórki.
Zostawię jednak tę dygresję i wracam na mosty. Paradoksalnie tylko zimą można obejrzeć dno Rzeki. Tam, gdzie lód osiadł i pokruszył się, i tam, skąd woda zdążyła odpłynąć przed zamarznięciem prześwieca łachami niedostępne w innym czasie dno. Wreszcie nie-bura powierzchnia skuta lodem i przykryta śniegiem stała się promenadą. Ślady psich zabaw uzupełniały kacze kaprysy. Bliżej środka zrobiły sobie lądowisko łabędzie. Wśród samotnych lotników zawieruszyła się jakaś parka znacząc wspólne, równoległe lądowanie i wędrówkę w kierunku przeciwnym grawerką tytułowej liczby doskonale widocznej z mostu. Na przeciwległym brzegu, pod osłoną daszku, w którym karnie stały wózki dla klientów hipermarketu młody mężczyzna zakładał świeżo zakupione obuwie porzucając zużyte w otchłanie śmietnika.

Cuda?
Od rana nie całkiem biblijna manna sypała się z nieba. Drobinki sypały się gęsto, poddając się zmiennym wiatrom. Czterdziestominutowe oczekiwanie na tramwaj urozmaicił mi stary człowiek odśnieżający chodnik przed wejściem do domu towarowego. Sposób, w jaki to robił spowodował utratę poczucia mijającego czasu. Sklejką na długim kiju wykonywał wyszukane manewry by utworzyć wklęsłe labirynty z pełną pogardą dla prostopadłości, czy równoległości tak lubianych przez cywilizacje. Z okien biura podglądałem gawrony brodzące po brzuszki w zapadającej bieli przyległego daszku. W oczekiwaniu na jałmużnę brały śnieżną kąpiel. Może im pozazdrościłem, bo kiedy zmierzch mógł już przykryć moje nie całkiem poważne zachowanie brodziłem w dziewiczych przestrzeniach dając dłoniom (i nie tylko) okazję do wykonania drobnej fanaberii. Nie – nie zrobiłem „aniołka”, ale nie zamierzam się z tego nikomu tłumaczyć.
PS. Nikt nie potrafi zdobyć się na słowotwórstwo dorównujące jakością dziecinnym wynalazkom. Zarejestrowałem w pamięci taki oto wodotrysk:
„wyrzutek na samolubnej wyspie”
Co miało w pierwowzorze oznaczać rozbitka na bezludnej wyspie. Czyż można odmówić urody?


  • RSS