Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 2.2004

Kniaź dreptak.
No i dorobiłem się łatki – rzuconej bez wysiłku i złośliwości. Nawet mi się podoba.
A skoro już o spacerach mowa, to jakoś podejrzanie często spaceruję ostatnio w pionie. Windy przeszklone – nie to co paternoster w Rynku – zapewniają bardzo interesujące widoki w szerszym niż z powierzchni chodnika horyzoncie. Opowiadanie o nich jednak prowadzi do kiczu – niestety – każdy sam musi spróbować (podobnie jak z seksem). I już za ciosem z ziemi dopatrzyłem się cudownych, budzących zazdrość szczerą balkonów wysoko nad zakorkowanymi ulicami i sześciu oświetlonych nocą posągów nad głównym wejściem gmaszyska mającego w objęciach dwa największe dworce Miasta.

Zmęczony.
Nie chciało mi się oglądać skulonych ludzi, łapiących na rzęsy szybko topniejące drobiny śniegu. W ogóle nie chciało mi się dziś ludzi – obcych, spieszących się, zamkniętych w swoich prywatnych kloszach, nie liczących na nic z zewnątrz. Znalazłem dla siebie drogę, po której latem rodziny z dziećmi uciekają od jazgotu w namiastkę natury. Szukałem porównań dla wielkich, gęsto rosnących balonów jemioły pyszniących się na czubkach topól, uzasadnienia dla wielkiej hałdy ziemi ozdobionej śmieciem wszelakim, sprawdzałem czego szuka na brzegu młody łabędź w kępie chwastu. Minąłem stado kibiców wpatrzonych w pojedynczy spławik, znicze, mające kogoś pamiętać rozkopane pijanym krokiem i poczułem się, jakbym mieszkał na wysypisku – i to „dzikim”

Bez prądu.
Wieczorem zrezygnowałem z elektryczności, rozhermetyzowałem pokój, wpuszczając miejską akustykę i gapiłem się dokładnie bezmyślnie na świecę ustawioną w przeciągu. Poświęciłem na tę czynność wystarczająco dużo czasu, żeby być dzisiaj niewyspanym, więc chyba podobało mi się.
Za to dziś obserwowałem słoneczne plamy, dość selektywnie kładzione w przeręblach chmur. Tu podświetliło boczną ścianę dziesięciopiętrowego, betonowego kombajnu do mieszkania, gdzie indziej niebieski dach wspólnie z czerwieniejącym zwieńczeniem dość popularnego gmaszyska nieopodal, na jeszcze innej, równie popularnej fasadzie w centrum Miasta odcisnęły się podejrzanie prostokątne wielopoziomowe schody światłocienia.

Nawiedzony dzień w zielonej czapce.
Gdzieś pomiędzy światem Politechniki, a Uniwerkiem sztywne ukłony zgiętych w pół żurawi mozolących się nad zabudową nabrzeża, restaurowany portal – jeden z wielu nadających się do odświeżenia, kloszard grający wyspiarską nutę na flecie, stare mosty na których regionalna telewizja przymierzała się do nagrań, zaułek, prawie nadający się na zakamarek, gdyby nie liczne samochody…
A wracając zostałem spotkany. Czarna spódnica, równie czarne rajtuzy i buty, coś jaśniejszego górą. Kiedy ów ktoś miał mnie rozpoznać rozmyślił się – a to przecież byłem ja! I tylko uśmiechnęliśmy się wzajemnie będąc już plecami do siebie.
Zamarzyło mi się poskrzypieć na drewnianym moście, na którym mróz ze śniegiem się przytula wtórując starym deskom, gdy tylko nogę miałbym kaprys przestawić.

cd.
Nadal noszę głowę zadartą, chociaż chyba już zapominam po co.
Bez względu na skutki dzikie gęsi przewyższają stopniem organizacji łabędzie. Te ostatnie plamiąc szaroniebieski horyzont nawet porządnego klucza nie potrafiły uformować. A przecież była ich trójca, bynajmniej nie perfekcyjna…

Mitologia doklejona.
Bez ostrzeżenia zapachniało mi Miasto Orwellem. Bo to znakomita większość (tzw.: reprezentatywna) chodzi sobie po ulicach głowy nie podnosząc powyżej co bardziej ponętnych twarzyczek, lub innych akcesoriów anatomii, a mnie właśnie zachciało się łeb zadrzeć nieco ponad homo-świat. I na samym początku trafiłem drzewa przystrzyżone na żydowskie świeczniki, tyle, że jakby odrobinę większe. Mało tego – później, gdy obserwowałem wyższe kondygnacje starych kamienic, oszpeconych grafitti na zasięg sprayu, tłukł mi się po głowie brak logiki. Wyżej, pomimo braku jakichkolwiek śladów działalności renowacyjnej, fasady wyglądały lepiej. Mniej krzykliwie, mniej strojnie, a jednak ze znamionami smaku. Może to ja jestem z zeszłej epoki, a może żyłka buntownicza się we mnie odzywa. Skoro jednak świat pozostawiony samemu sobie po jakichś x-dziesięciu latach prezentuje się lepiej niż ten odnawiany nieomal rokrocznie, to chyba coś oznacza. A jestem pewien, że mi się nie śniło…

Na życzenie.
Otóż i jestem. Miasto witało mnie „wronim weselem” płynącym z wiatrem w stronę noclegowni, a granat zgęstniał do nieprzeniknionej czerni w północno-wschodnich opłotkach.
Na starych śmieciach bez zmian. Ekspedientki uśmiechają się do mnie, jakbym wczoraj u nich ten uśmiech zamawiał i wcale nie wyglądał on na wymuszony. W skrzynkach na listy – również nic złego, co jeszcze poprawia humor. Odwołałem beznadziejny z powodu sklerozy spacer i zapatrzyłem się w nieznane mi pośladki. Konia z rzędem temu, kto rozstrzygnie, czy wstyd, że się z nimi nie zaprzyjaźniłem, czy też, że takie myśli do głowy mi przyszły.


  • RSS