Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 3.2004

Radość mimowolna.
Udzieliłem nogom urlopu. Może niezupełnego, ale jednak. Wydawało się nawet, że wytrwam, lecz skusiłem się na wiatrem pachnącą Rzekę niosącą odgłosy budowy, gdy zza pleców przekomarzania ptasie, a w oczy ciekawski wróbel zagląda. Jakiś robaczek, tak popularny, że aż nikt nie zna jego nazwy przezywając „tramwajem” z racji upodobań i wyglądu samotnie szukał schronienia pod moim butem. Oszczędziłem gadzinę, by pod kasztanowcami z już lepkimi końcami gałęzi , obok kolonii krokusów, zupełnie bez sensu podejść pod muzeum archeo i znaleźć pierwsze w tym roku fiołki. Schyliłem się po jednego. Ciemnofioletowy i pachnący.

Donikąd.
Co robią w parku sikorki, kiedy na trawnikach różnokolorowe krokusy tylko czekają, żeby je ukraść dla kogoś, komu warto taki kwiat ofiarować?
A myśli męskiej części populacji w autobusie, gdy na wpół rozpakowane piersi nie pozwalają oczom siedzieć pod kloszem obojętności i kontemplować zewnętrza mijane?
Albo płynące do morza plątaniny konarów i śmieci; zbitych w pływające wyspy?
Cóż – na pewno robią coś innego, niż sztafeta zbieraczy metali kolorowych (nie tylko z wyglądu zewnętrznego), poganiających mnie wzrokiem pełnym pożądania. Czy dla nich wiosna jest tylko abstrakcją? Fanaberią tych, którzy mogą sobie pozwolić na chwilę lenistwa, żeby patrzeć na Ostrów jaśniejący kontrastami pruskiego muru w słońcu po drugiej stronie Rzeki?

Wyliczanka-znów:
- zrywam kartki z kalendarza po kilka,
- zaśmiecam Miasto swoją osóbką, a szafę zimową kurtką,
- szpaler czarnych mundurów i gumowe narzędzia perswazji bronią głodnym dostępu do sytych krawatów,
- w kobiecych oczach wiosenny, niczego nie wykluczający uśmiech,
- kwitną białe kwiaty na owocowych drzewkach i dzikie stragany,
- Rzeka niesie roztopioną górską zimę,
- nie zapisuję widzeń, przez co tracę je chyba bezpowrotnie,
- spotykam ludzi wyglądających jak moi potencjalni znajomi za lat sporo,
- robię się monotonny. Może czas coś zmienić?

Notki nienapisane.
Próbowałem wcisnąć palce pomiędzy sąsiadujące sekundy i rozciągnąć chwilę. Broniła się, a ja w swojej ignorancji ciągnąłem bez opamiętania. Kto wie, czy nie był to powód, dla którego wiosna już tak dobrze nie wygląda. Wróbli sejmik wydzierał się nad moją głową, a na drzewach wzdłuż fosy zamiast liści podrygiwały na wietrze foliowe jednorazówki. I psy, mające mi ostatnio wiele do powiedzenia, którym nie przeszkadza, że absolutnie ich nie rozumiem.

Pomiędzy. Wspólnik.

Nie należę do tych odważnych, którzy zaczepiają ludzi na ulicy, ot… co najwyżej lekko i mało informacyjnie się uśmiechnę. Cóż jednak miałem zrobić, kiedy dostrzegłem ZZ prowadzonego przez Starówkę z głową zawiniętą bandażem tak dokładnie, że chyba wszystkie zmysły musiał mu przesłonić. Gorączkowo grzebałem w pamięci, szukając czasu. Ile to już minęło, od chwili, kiedy ostatni raz poświęciłem mu swój nikomu niepotrzebny czas? Tak. Ostatni raz widziałem go gdy eksplorował wieczorami Trójkąt. Oczywiście mogłem się mylić, jednak samotny obcy – bo nie da się zostać tubylcem w miesiąc – wracający wieczorem w alkoholowej aurze często stawał się łupem lub wyzwaniem przeglądających swą stadną męskość nastolatków w lustrach chichoczących w podcieniach bram dziewcząt wyzbytych niewinności. Możliwie dyskretnie podążałem za nim, patrząc, jak jego towarzysz niecierpliwił się widząc nieporadność i bezbronność ZZ, gdy popołudnie chciało już przebrzmieć i skryć się w szczeliny spękanych chodników obrzeży Starówki, albo zajrzeć pod mosty, gdzie toczy się życie bez ludzkiego udziału. I mimo, że nie miałem ochoty dać się przyłapać na podglądaniu bez mała obsesyjnym, wielomiesięcznym śledzeniu chwil intymnych coś pchało mnie, by podejść, a odwagę potęgowała myśl, że nie ma szansy rozpoznać mnie, kiedy miną mu dolegliwości. Podszedłem. Udając naturalną, życzliwą ciekawość zbliżyłem się do nich próbując wydłubać z siebie jakieś słowa na usprawiedliwienie. ZZ zatrzymał się, chociaż nie zastąpiłem im drogi, wyciągnął rękę po omacku.
- odprowadzisz mnie – powiedział kierując słowa w moją stronę i nie było to pytanie.
- tak – zanim zdumienie wbiło mnie w podłoże odpowiedziała moja podświadomość.
ZZ odprawił dotychczasowego przewodnika bez chwili wahania. Uwolniony z obowiązku popatrzył na mnie z widoczną wdzięcznością i bąknąwszy okolicznościowe frazesy odszedł, żebym nie zdążył zrezygnować.
- domyślałem się ciebie, ale nie chciałem tego mówić przy nim. Wiem, że znikniesz, zanim zdejmą mi z głowy bandaże, ale do tej pory będziesz moimi oczami…
Kiwnąłem głową, chociaż nie miało to żadnego sensu, ale ZZ wiedział, że się zgadzam. Nie mam pojęcia jak wielką siłą dysponuje umysł – on czerpał z niego w stopniu przyprawiającym o dreszcz – fascynacja z lękiem, oszołomienie naturalnością z jaką korzystał z nieosiągalnej innym wiedzy, postrzeganie zmysłem niezdefiniowanym przez naukę o skuteczności przewyższającej wszystko to, co jej dostępne nawet stoika mogło wyprowadzić z równowagi.
- za dużo myślisz – mruknął spod bandaży – ale nauczysz się… a teraz zaprowadź mnie i nic nie mów.
Bóg raczy wiedzieć, co miał na myśli i gdzie miałem go prowadzić. Skoro jednak życzył sobie milczeć ująłem go pod rękę i poszliśmy, lecz który z nas był ślepy? Niczym uczeń słuchający starego mistrza nie poświęcałem zbyt wiele uwagi racjonalnym przesłankom dając nogom wybierać drogę na czucie, zamiast wyrozumowanej, skonkretyzowanej, zapiętej w geometrię procedury wyboru. Zanurzałem nas w półmrok przechodnich bram, w twarde granity uliczek po których nie wypada się spieszyć, żeby nie uronić tego, co ponad głowami. Kiedy dotarliśmy do miejsca w którym nie było pomnika, chociaż stał tam od dawna i stać miał jeszcze dłużej domyśliłem się dokąd zmierzamy. Chwilę później staliśmy na moście. Zostawiłem go przy balustradzie, bo jak mi się wydawało potrzebował trochę intymności. Światła uniwersyteckich budynków malowały na Rzece ich obraz, z którym próbowały rywalizować wodne ptaki. Rzeka pobłażliwie pozwalała im trwać na swojej powierzchni, tak jak pozwalała trwać wyspom. Niektóre drzewa zwiedzione jej łagodnością próbowały osiedlić się pośrodku nurtu ukorzeniając się w malutki ostrów wykorzystywany przez kaczki na lęg. Jakiś czas Rzeka tolerowała je, jednak w chwili gniewu zmiotła wszystko. Dziś tylko wir na zaburzeniu dennym wskazuje miejsce po osadzie.
Wiatr przytulony do Rzeki schłodniał. Wróciłem do ZZ, żeby zabrać go, z tego samego miejsca w którym tylekroć kotwiczył do….. właśnie. Dokąd. Złapał mnie za ramię i poprosił, żebym odprowadził go do tramwaju. Przejechaliśmy ulicą pamiętającą jeszcze lokatorów wyburzonych kamienic w stronę ciężkich betonowych osiedli bez cienia urody, w kierunku dziesięciopiętrowych, anonimowych, różniących się wyłącznie numerem policyjnym klatek schodowych. Stanęliśmy przed drzwiami. Chciałem odejść, gdyż wydawało mi się nadmierną impertynencją wdzieranie się w jego życie jeszcze i tam.
- Zaczekaj. Nie dziw się, że rozmawiam z Rzeką – powiedział zanim wyciągnął rękę w kierunku dzwonka – skoro potrafi przekazywać obrazy, to dlaczego uważasz, że nie może przekazywać słów, zapachów, czy uczuć? Nie sprawdzałeś, albo nie potrafisz tego zrobić. A jeśli tak, to wszelka dyskusja jest czczą filozofią na temat wiary w cokolwiek. Ja wierzę w Rzekę… Przyjdź jeszcze – spróbuję ci pokazać.

Sezon.
Czas, kiedy w ludziach budzi się zwierzę, a modrzewiom na parapecie rosną delikatne zielone miotełki.
Czas większych dekoltów, krótszych spódniczek, pępków zwodniczo mrugających ku przechodniom.
Czas kolarzy chodnikowych, marzeń i planów na lato, czas tysiąca drobiazgów sprzedawanych wprost z gazety rozłożonej na byle murku.
Czas splecionych dłoni we wszystkich możliwych konfiguracjach płciowych i wiekowych.
Ot – dla przykładu – dwóch zniszczonych życiem panów ośmielonych farmakologicznie starało się o wdzięki dziewuszki z figurą zagłodzonej modelki, gdy czerwone światła pozwoliły im ją dogonić, albo młode kobiety rozmawiające ze sobą opuszkami palców, a obok/poza/oprócz głodne spojrzenia, o wiele bardziej odważne niż jeszcze tydzień temu, łączące się w łańcuszki, bo rzadko spotykały wzajemność. Żądze przekazywane sztafetą opanowały Miasto… tylko kto się do nich przyzna?
I wróblom nieobca jest ta przypadłość. Jeden (jedna?) z nich spiesząc w poddasze domu towarowego (adres znany redakcji) do tego stopnia zapamiętał się słonecznym porankiem, że nieomal mi oko wydłubał wracając. Nie – nie chcę przez to powiedzieć, że jestem odporny – nawet, gdybym miał prawo decydować, to nie chciałbym, jednak z zewnątrz Miasto wygląda jak w trakcie zbiorowej gry dla wszystkich. Nawet Rzeka kipi miejscami, kiedy jaz jej cugli popuści.

Meandry.
Całkiem służbowa rozmowa z człowiekiem chorym na Miasto przeniosła mnie gdzieś tak w okres międzywojenny, w podwórka zaniedbane do granic możliwości największych żyjących pasożytów, do frontowych ścian zdobionych poczuciem estetyki minionych architektów. Zaproszono mnie na wędrówkę po tym, co nie istnieje poza pożółkłymi, kruchymi ze starości widokówkami, do budynków, z których cegieł stawiano Warszawę. Biorę garść ciepłego wiatru pod pachę i zanurzam się w krąg nieznanych molekuł cieszących się zbiorową radością, w tłum falujący według tajemniczego rozkładu, by iść w wyimaginowanym celu dla samej przyjemności chodzenia. Może odnajdę wyobraźnią cudzą nostalgię?

Reklama.
PZU zapytało mnie dzisiaj, czy wiem, jak będzie wyglądało moje Miasto za trzydzieści lat. Oczywiście nie osobiście, bo gdzieżby taki Goliat dostrzegł mnie szwendającego się po Mieście. Zapytał mnie drogą rozsiewczą poprzez reklamę panoszącą się na przystankach tramwajowych.
I okazało się, że nie wiem… Ale może będę wiedział, ponieważ jakoś mi tu dobrze i nie ciągnie mnie w strony nieznane i dalekie.
Poza tym – wcale nie muszę czekać aż tak długo. Jeszcze parę dni temu znalazłem na Rzece w miejscu nazywanym Kanałem Nawigacyjnym fragment wyschnięty tak dokładnie, że suchą stopą można było przejść, by dziś okazało się, że moja wiedza jest już nieaktualna, a przy tym nie wiadomo, czy komukolwiek do czegokolwiek taka wiedza była potrzebna.
Chwile niosą w sobie wystarczające ładunki zdarzeń, żebym nie musiał specjalnie przejmować się jakąś odległą przyszłością. Na dzielące się pieszczotami w nurcie Rzeki łabędzie już czas minął bezpowrotnie około południa, stare, zakurzone mapy trzymane za szafą noszą inny obraz od oglądanego w naturze, nawet ten chłopak z nosem większym od mojego, tokujący zawzięcie koło starych gmachów Politechniki być może za lat trzydzieści nie będzie już przypominał potomka pana Cyrana.

Wstyd.
Chciałem temat zbagatelizować – jednak przytłoczony liczbą powtórzeń, natrętną powracającą myślą przy kolejnym zauważeniu poddałem się. W Mieście roi się wręcz od kobiet ze spętanymi włosami! Ściśnięte, pojedynczo, lub w parę komplementarną najróżniejszymi materiałami, jakby ich wolność przewidziana była dla jednego tylko partnera, jak ostatnia haftka, jak guzik, który wolno rozpiąć wyłącznie jednej parze palców, by ostatni fragment materiału odsłonił najbardziej prywatną prawdę.
Nawet kolarze, którzy wcześniej od jaskółek wiosnę zwęszyli i pojedynczo wynurzają się z krawędzi widoczności, czasem jeszcze mieląc śnieg kołami, lecz już z głową w słońcu nie potrafili odwrócić mojej uwagi od tej powtarzającej się obserwacji, uzupełnionej mniej więcej od południa elementami roślinnymi, którymi obiekty zostały masowo przyozdobione.
Nie sądzę, żebym zdobył się na odwagę, by kogokolwiek zapytać, czy ciała należy się wstydzić, chyba że tu.
Bo przez te wszystkie wątki, dumania w bezpośpiechu do takiej konkluzji właśnie doszedłem.
Że się mylę? Możliwe – wolno mi, tak jak wolno mi marzyć i bajać, jak wolno mi ubierać myśli w znaczenia. Nazywanie świata słowami objętości własnego umysłu wielu doprowadziło do tragicznego końca, jednak obecnie nawet głupoty można w miarę bezkarnie rozpowszechniać. Co też sobie raczej radośnie i beztrosko czynię.

Kołowanie.
Inaczej tego nazwać nie potrafię. Jak nie MPK, to PKP, albo PKS. Przez cały dzień oglądałem świat z zapyziałych wnętrz masowej komunikacji. Tym, którzy wjeżdżają do Miasta powinno się zasłaniać okna – szczególnie w pociągach – nie muszą wiedzieć jak brzydko wygląda przytorze. W tramwajach zadbano już o spokój ducha podróżnych. Szyby oblepione są taką ilością reklam, że często nawet tubylec nie potrafi rozpoznać dokąd właśnie dojechał. Zdecydowanie wolę chodzić.


  • RSS