Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 4.2004

Wiosenne wodotryski.
Gdybym wiedział, jak trudnego zadania podjąłem się wczoraj wykonałbym wstępnie uwerturę w postaci nie używania słowa: „tak”, ale… czy widział kto uwerturę na 24 godziny?
Do rzeczy – niczym biblijny Piotr jeszcze nim świt nastał, choć bez piań kogucich, po trzykroć zadanie mnie przerosło. Powiedzmy, że w ciągu dnia dobiłem do siedmiu. Dlaczego akurat siedmiu? A kto by to zliczył tak sumiennie i do końca uczciwie. Ciężko jest, albo to ja jestem uzależniony od tego słówka. Muszę jednak przyznać się, że zabawa jest przednia – a te struktury zdań wymyślane na gorąco… – istny bukiet.
Postaram się powtórzyć eksperyment w skrajnie sprzyjających warunkach (Pustynia Gobi, Biegun Północny, Rów Mariański, powierzchnia Saturna – jeden czort, byle nie było z kim rozmawiać)

NIE.
Wymyśliłem sam dla siebie zabawę na dwadzieścia cztery godziny – życie bez słowa „nie”.
To może być bardzo trudne zadanie.
I zwiększające gęstość wymowy.
Za to zapowiada się dość zabawnie.
Ciekawe, czy się uda… Czas start.

Nadal się cieszę niczym.
Dziwnie układał się ten dzień. Odrobina lenistwa połączona z cieplejącym otoczeniem, stare, wydeptane po wielokroć szlaki, a tu co krok nowina. Z tego wszystkiego stałem się życzliwszy niż sam przypuszczałem. Gdzieś spoza ławki na której niezgodnie z prawem oddawałem się spożyciu dobiegły odgłosy penetrowania parkowych kubełków w poszukiwaniu metali kolorowych. Bez żalu oddałem własne. Chwilę później zostałem kapralem najsławniejszego Majora Miasta. Chyba że mnie oszukano podstępem, którego do tej pory nie znałem. Bez względu na skutki – kupiłem bajkę, choć niecałą minutę wcześniej zarzekałem się, że będę twardy, że powiem: „nie!” i sięgnąłem do kieszeni. Pan z damskim pieskiem i pustą menażką w reklamówce przyglądał się, jakbym był cudem świata, albo przynajmniej podejrzanym o cokolwiek do chwili wezwania go do domu. Rodzina z dzieckiem w wózku przecinała Rynek i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pan nie mierzył ze 190 cm, a pani nie była niższa od wózka. Przez przypadek przeszedłem się ponoć najwęższą ulicą Miasta… a może najkrótszą…. nie pamiętam. W przejściu podziemnym żebrał pies. Też nie jestem pewien, czy nie handlował zielonymi obrusami. Obok niego pudełko po jogurcie na dobrowolne datki, a właścicielka (znowu zgaduję) po drugiej stronie, również na schodach, ale już bez obrusów, tuż obok innej, która nie wytresowała psa do samodzielnej pracy i musiała go trzymać na kolanach. Bosonodzy mnożą się dość szybko – widać lato blisko.

Uśmiechnięte nic.
Wokół wszystko kwitnie. Tarnina, kasztanowce, azalie, bzy, drzewa owocowe. Nawet kobiety jadące z samego rana rowerami do-nie-wiadomo-kąd pachniały zadowoleniem. I to bez względu na to, czy ubrane były w dżinsy, czy w minispódniczki. Nadziewały wiatr na twardniejące sutki z błogim niemalże nieskrywanym uśmiechem, gdzieś w przelocie mignęła mi pierwsza sukienka w kwiaty i bluzka rozpięta o guzik więcej, dojrzałe kobiety uśmiechały się ciepło do całego świata, dzieci szczebiotały do spółki z ptakami, sharpei doroślejący obnosił się z nadmiarem skóry penetrując uczelniane okolice. Dobrze jest – po prostu dobrze.

Pół husara.
Tak długo uczę się odpowiedzialności, że aż zaczynam tęsknić za czasem, kiedy nie miałem o niej pojęcia. Weźmy taki dzień, jak ten, kiedy deszcz zastanawia się, czy opuścić miękkie, gęste chmury na rzecz brzydkich, nienaturalnych powierzchni wykonanych ludzką ręką. W taki dzień, gdy nadejdzie zastanawiam się, czy nie upić się w twardym, męskim gronie, w którym pozasalonowe słownictwo krąży nad głowami tak gęsto, jak rój much w letnie południe nad… no, pominę szczegóły… Albo na przykład taki spacer, do tam, donikąd, do nigdy, na skraj horyzontu, z kimś, komu nie zależy na słowach i jest gotów pozwolić kroplom deszczu na pieszczotę pomiędzy sąsiednimi, wiatrem rozchylonymi guzikami, zostawiającemu na ciele ślad barwnika do tkanin niezbyt dokładnie utrwalonego na tanim azjatyckim materiale.
Tymczasem rosną mi skrzydła. Przynajmniej jedno – nad lewą łopatką. Poznaję po koszulkach drących się nieodmiennie w tym samym miejscu. To już trzecia w przeciągu tygodnia.

Ciepło.
Kot nielot zamieszkał na moim podwórku. Spasiony ponad przyzwoitość, w kolorze programów TV sprzed trzydziestu lat, wizytuje kolejno śmietniki bardzo dostojnym krokiem. A, że mu ogonka brakuje co najmniej pół, więc nie merda, nawet, kiedy coś znajdzie. Ciekawe, gdzie przeprowadził się szczur stołujący w tym samym przybytku… Bo o sympatię wzajemną ich nie podejrzewam.

Nie-zdecydowanie.
Po jednej stronie ulicy – sumak. Zamiast młodości i zieloności nosi pióropusze zeszłorocznych kwiatostanów.
A naprzeciwko kasztanowiec z niedojrzałą, miękką zielenią demonstruje gotowość do kwitnięcia. Któremu wierzyć? Trudno powiedzieć skoro ludzie potrafią w krótkich spodenkach, albo w płaszczach przewijać się przede mną.

Mgnienie.
Gołąb pusząc się w miernej kałuży na skraju jezdni nie dopuszczał do niej nikogo, nawet samic własnego gatunku. Pysznił się tak, jakby chciał objąć pozycję minimum cesarza – kto wie, czy nie boga.

Samiec.
Obfitość we wszystkich kierunkach. Wiele uśmiechów, ogródki wykwitłe w Rynku gęściej niż w zieleńcach miejskich kwiaty na forsycjach, zieloność buchająca znienacka, wszędzie, gdzie beton z asfaltem pospołu nie objęły terenów monarchią absolutną, ciała zalotnie wyglądające spod chudnącej odzieży, białe płatki niesione wiatrem niczym kurz w środę popielcową zaplątują się we włosy, stragany mnożące się na nieużytkach. Nawet ptaki zamiast się przekomarzać wychwalają pod niebiosa zmienną pogodę. Rozbiegałem zmysły po otoczeniu, a i tak zbiegały się na wyselekcjonowanych obfitościach.

Na klęczkach.
Zdecydowałem unieczynnić się zawodowo na cały weekend. I już dziś mogę powiedzieć, że wiem, jak wygląda cykl życia buków. Z drzewa spadają szyszki z wysypującymi się trzema orzeszkami, które czekają wiosny opatulone w spadające niemal równocześnie liście. Z orzeszka, jak tylko wilgoć ziemi stanie się ciepła wysuwa się biały języczek i próbuje się ukorzenić. A później jest już prosto – najpierw w szyszaku ze skorupki rosną dwa niczego nie przypominające listki, później trzeci – ten już ma kształt zbliżony do właściwego dla jego gatunku, i kolejne, i kolejne, aż do czasu, kiedy dorośnie do własnego potomstwa, które wzorem poprzednika zrzuci na ziemię nasienie. Prosta, banalna historia na jakieś trzydzieści lat.
Ludzie robią podobnie, chociaż ich historia nie jest już tak prosta… chyba…


  • RSS