Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 5.2004

Filozoficzny nastrój z nadmiaru czasu.
Na Rzece kurz. Kurz nasion topoli płynący w nieznane, bezwolny bezsilny i bierny. Wąską ścieżką wydeptaną przez wędkarzy, pośród pokrzyw, jeżyn, kwitnących grążeli, tam i z powrotem, udając, że nie widzę resztek ukradzionego kabla i opakowań po prezerwatywach, pustych butelek po wszystkim, co daje się wypić, w prądach kwitnących robinii, pod okiem krzyżówek szepczących sobie czułości w kępie tataraku, niespieszny spacer na trzy mosty. Wieże kościelne i schodzące się ramiona olbrzymich żurawi, anteny do odbioru wszystkiego gdzieś wysoko i mrówcze ścieżki pod stopami. Rozkołysane biodra na rozkołysanym moście i brudny hałas zatłoczonych ulic. A mimo to gdzieś w środku zmieścił się żabi śpiew i improwizacja niewidzialnego ptaka. Tuczę się cywilizacją. Odpoczywam bez niej. Nie stać mnie na dożywotni odpoczynek. I nie wiem, czy chcę.

Mieszane uczucia.
Odprowadziłem wzrokiem wychuchaną, wypieszczoną do granic możliwości, zadbaną do absurdu kobietę i nie wiedzieć czemu skojarzenie miałem. Bez namysłu nazwałem ją „kobietą hodowlaną” – taką, która ma ślicznie wyglądać i ładnie pachnieć, broń boże robić cokolwiek poza pielęgnacją siebie. Wzruszyłem ramionami – zdarza się, z gustami i zasobnością cudzej kieszeni dyskutować nie zamierzam.
Niewiele później zwróciłem uwagę na powtarzający się akcent. Dziewczyny przytulone do swoich wybrańców nosiły dłonie w tylnych kieszeniach męskich spodni… Rozejrzałem się dyskretnie, sprawdziłem zaplecze – niestety – moje spodnie nie posiadały tylnej kieszeni. Szkoda-trudno – i tak żadna kobieta nie towarzyszyła mi w spacerze…

Pomiędzy. Prezent.

Miałem nie dać się spętać chronologii, lecz kolejny raz nie dotrzymuję słowa. Ale skoro już zdradziłem się z pochodzeniem wiedzy pozwalającej mi nawet wstecznie dostrzegać zdarzenia z perspektywy płaszczyzn niedostępnych pięciu zmysłom, więc chyba jakaś konsekwencja w niekonsekwencji może nie dziwić.
Brak ZZ w miejscach, w których przywykłem do jego obecności wzmógł mój apetyt na ciąg dalszy najbliższego z dopuszczalnych sprzężeń. Jemu też już chyba doskwierała własna, chwilowa bezradność, bo wyraźnie ucieszył się i zaproponował spacer zbyt długi dla przeciętnych, choć na pierwszy rzut oka całkiem sprawnych mieszczuchów. Wałami przez Niskie Łąki, głęboko w tereny wodonośne patrolowane czasami przez rozmaite służby mundurowe prowadziłem go aż słońce przestało się uśmiechać w nasze twarze i przycupnęło gdzieś za łopatką. W niezmąconym aromacie bezludzia, w trawach nietkniętych żadnym narzędziem wygnietliśmy własne, ulotne kształty, oplotkowani przez ptaki i owady. ZZ niespiesznie rozpoczął dialog, w którym miałem nie powiedzieć ani jednego słowa.
- Gubi mnie wątpliwość jej istnienia. Jakiś cień, sprawiający, że ogarnia mnie nastrój pogoni za mrzonką, sentymentalnym urojeniem, które sam sobie wyklułem w głowie. Gdy mnie opuszcza, robię się niespokojny, rozglądam się, krążę, szukam, pozwalam zaplątać się moim nogom w pajęczyny ulic, tych mniej znanych, rzadko odwiedzanych przez turystów i wierzę. Plączę się pomiędzy gmachami, brzydkimi, odpychającymi, obok trawników posianych śmieciem wszelakim, wzdłuż ulic zakorkowanych, trąbiących i dyszących spaliną. Pewnie poszedłbym bardziej w Jej stronę, gdyby taka była, gdybym tylko wiedział która to strona…
Zastanów się. Gdzie szukałbyś ze świadomością jej bliskości – tu w Mieście? W ogródkach działkowych pomiędzy kukurydzą? W blokowiskach? Jedyne, co pozostaje, to Rzeka. Każ miejscowym, czy przyjezdnym iść na spacer, jeśli znajdą odrobinę wytchnienia od abstrakcyjnej gonitwy za złotym cielcem. Gdzie pójdą? Życie koncentruje się tam, pomiędzy tymi murami, które widziały kawał historii, na tych paru placach niedostępnych samochodom, w piwniczkach kawiarnianych, w parkach, barach mlecznych. Całe to zamieszanie niczym wir zaczepione jest w gdzieś tam, w spokojnym epicentrum trąby powietrznej. Przez mosty-staruszki przewijają się całe dzielnice tam i z powrotem, tasując się w poszukiwaniu własnych wartości…
…Zresztą, w opłotki też zaglądałem…
Są miasta, w których wystarczy odpowiednio długo siedzieć w jednym miejscu, by spotkać wszystkich, których spotkać można. Czy to jest takim? Czy jest ktoś, kogo nie ciągnie zew minionego? Chciałem nawet zostać drobnym „cepeliowskim” sprzedawcą wyobraźni, jakich Rynek jest pełen. Usiąść na skrzynce po warzywach i na resztkach zniszczonego dywanu sprzedawać świątki po cenach zależnych od widzimisię. Takie jak choćby ten…
Wziąłem w rękę kawałek kory wierzbowej, który niemalże od niechcenia głaskał scyzorykiem podczas rozmowy. Chociaż nie mógł pomagać sobie wzrokiem drewienko nie było ani odrobinę mniej udane od oglądanych przeze mnie przy ratuszowych schodach. Wyciągnąłem dłoń, żeby mu zwrócić, lecz powstrzymał mnie.
- Znam ten wzór na pamięć, mogę go rzeźbić, malować ogryzkiem cegły, czy ołówka. Weź – to wszystko, czego jestem pewien.
Długo milczał, lecz nie wyglądał na kogoś, kto oczekuje słów. Kiedy już myślałem, że to koniec rozmowy zaczął od pożegnania:
- Wiem, że znikniesz. W tym tygodniu zdejmą mi z głowy opatrunki i wrócę nad Rzekę…
Dzień powoli rozpływał się, a nas czekała jeszcze długa droga powrotna. Czy milczeliśmy wspólnie, czy każdy we własnym zakresie – nie wiem. Dość, że było kompletnie ciemno zanim bez słowa dotarliśmy do punktu wyjścia. Zanim zniknął w drzwiach mieszkania odwrócił się jeszcze:
Wiesz… Myślę, że jesteś jedyną osobą na świecie, która mogłaby mi pomóc Pojęcia nie mam skąd przyszła mi do głowy myśl, że to właśnie tobie się uda…

C.D. nastąpił.
OK. Możecie się uśmiechać pod nosem. Ruchliwy jestem ponad normę i przyszło mi do głowy dzisiaj po raz kolejny zmienić trasę. Mostem na którym chętnie lokalizuję ZZ przeszedłem sobie w porze, kiedy w barach mlecznych można zjeść bigos, albo schabowego, podczas, gdy na „ruskie” za wcześnie. Moje ptaszysko tylko na to czekało. Wykonując trzy gratulacyjne okrążenia i demonstrując swobodę wykorzystania zmiennych prądów powietrznych zniknęło gdzieś za Tamką, jakby mnie zapraszało na wagary. Promienie słoneczne popychały mnie lekko szepcząc: „idź – przez żółto-zielone mosty, przez wyspę jedną i drugą, a może i dalej. Idź – dzisiaj jest taki dzień w którym pytanie może spotkać odpowiedź…” Wiatr grał mi na nosie i sam nie wiem, czy wydoroślałem ponad miarę, czy z innych powodów nie wziąłem udziału w zabawie z nieoswojoną naturą.
Jeśli jednak widział kto gościa mruczącego pod nosem i kręcącego przecząco głową na tym moście o którym wiem, że przestał być anonimowym, to widział ów ktoś mnie – wystarczyło podejść i powiedzieć cześć. Na pewno złamałbym się i pod dowolnym pretekstem przeciągnął „Ktosia” przez wyspy.

Przerzuty.
Domyślam się, że to mało prawdopodobne, jednak czapla zmienia mosty równocześnie ze mną. Łypała sobie dzisiaj oczkiem w spokojne wody Rzeki spory kawałek od Starówki. Dlaczego – domyśliłem się, gdy dotarłem do Rynku. Kolorowo, głośno i tłumnie. Juwenalia w rozkwicie, albo inna studencka demonstracja. Widać czaplom nie służy. A tam Lenina próbowano upić bezskutecznie.

Ojciec chrzestny.
Zacząłem sobie uzurpować prawa do czapli. Może to instynkt macierzyński? Nie bardzo wierzę w większą liczbę osobników w jednym Mieście, ten jeden, to niewątpliwie mutant. Spacyfikował sobie Rzekę do własnych celów. Dziś dostrzegłem go (ją?) ze cztery mosty dalej – na jazie. Siedziało sobie ptaszysko i zapuszczało żurawia w kipiący otmęt sztucznego stopnia wodnego.
I teraz krążąc pomiędzy odnogami rozglądam się podejrzliwie notując migrację zwierza. Szkoda, że kolorek ma taki niepozorny. No i imienia mu jeszcze brakuje.

2004.05.14
Zbłąkane JA wraca do domu.
Są powody, dla których zdarzam się nocą z otwartym okiem. I choć niewiele wtedy widać, to kolaboracja wzroku ze słuchem i pewne zabiegi na wyobraźni niosą wielowymiarowe obrazy po nerwostradzie.
Psie debaty, równie zaciekłe jak te sejmowe, raniące do krwi ciszę, brak zdecydowania przerośniętego nastolatka próbującego objąć w miękkim poalkoholowym ruchu pulchniutką, malutką towarzyszkę lewą, i ostatnią niedopitą puszkę piwa prawą ręką, gdy nogi wystukują enigmatyczny, nieskoordynowany taniec-szyfr na polbruku. W monopolowym przemykają z przekrwionym wzrokiem potrzebujący, z lekkim lękiem spoglądając na buldoga – ochroniarza, w innym ktoś oparł panią o szklane drzwi, zanim zajął miejsce w kolejce. Z trzeciego wędrował plecaczek pozbawiony wzroku, myślą będący już chyba przy konsumpcji. Tratując mi stopy bąknął: „sorry”. Na krzyżówkach eskadry chłopaków czekających aż ktoś wyznaczy azymut, na przystankach kołyszą się powracający, ktoś układa się na ławeczce zaklinając reklamówkę, by chciała stać się poduchą, spłoszone dziewczątka nerwowo, szybkim krokiem, ze wzrokiem wbitym w zegarek, który dawno już minął oficjalną godzinę obowiązkowego stawienia się w domu wymyślają w naprędce kolejną wymówkę: „bo…”
Nocny spacer na cztery monopole – wystarczy, każdy to widział, jeśli choć raz zdarzyło mu się trawersem przez Miasto wędrować w porze, gdy księżyc zapomniał już o słońcu, a świtu nie dostrzega nawet z własnej wysokości.

2004.05.14
Cytat z „antyprzewodnika podróżnika”
„… to miasto do flanowania. W ogóle ideał flaneura, niespiesznego, choć ciekawego świata spacerowicza, ten baudelairowski model człowieka, który nie podlega żadnej presji „kulturalnych” obowiązków, jest bardzo dobry – zaprzeczenie zagonionego turysty.”
Odpowiada mi ten sposób zwiedzania Miasta. Dziś ukłoniłem się bladoróżowemu tamaryszkowi uzupełnionemu w tle soczystą zielenią i kontrastującą, ciemnobordową plamą śliw wiśniowych. Pogłaskałem kwitnące tawuły, pozwoliłem słońcu rozsiąść się na moich plecach. I choć jestem nieogolony uśmiecham się do świata beztrosko i niezobowiązująco.

Codzienność
Zmarznięte brodawki przebijały się przez cienkie materiały bluzeczek spieszących się to tu, to tam. Gdzieś pomiędzy nimi trzeszczący w szwach podkoszulek dostojnie, w kolejnych pozach demonstrował pulsującą zawartość o objętości tak dużej, że moje prześcieradło mogłoby okazać się zbyt kuse na choćby bardzo biedne okrycie. Zeszłoroczne jabłuszka stadnie czerwieniały ze złości na widok bladych, wystraszonych kalafiorów i pozieleniałej kapusty na ulicznych straganach, telefony ćwierkały wywołując masowe odruchy na deptakach.
Nic się nie dzieje. Chłodek, ale już bez parasola. Nadal bladym świtem przeważają kolaże z tych ładniejszych, może to już reguła?

Zaklinacz.
W deszczu Miasto wydawało się zmęczone, szare i śpiące. Wystarczyło jednak trochę dokładniej spojrzeć mu w detale, żeby kolory się odnalazły. Reklama Szwejka nad knajpą mokła bardziej ode mnie. Wodą ociekające poły płaszcza zrzucały wilgoć w ciężkie skórzane buciory. Nad elektrownią wodną krążyło coś większego, jakby wyblakły bocian. Obszedłem zaporę i ujrzałem siedzącą na betonowym obmurowaniu siwą czaplę polującą w bezruchu na wymiecione stopniem wodnym ryby. Niewiele później kasztanowiec skręcony w wiertło przeświecał pustką wnętrza, jakby zbudowany był z jednego pasa kory. Na deser znalazłem herb miejski o kształcie różniącym się od współczesnego. A kiedy zacząłem wyliczać sobie wszystkie dobra dnia bieżącego chmury spłoszyły się i gdzieniegdzie zaczęło przeświecać. Dobra pogoda na dobre widoki.

SF plus.
Życie przerosło Niemena, Lema i Verna, choć sam w to uwierzyć nie mogę, jednak przecież byłem uczestnikiem tej akcji.
Porankiem, z lekko zaspanymi oczyma wkroczyłem na jedną z częściej używanych ścieżek porannych. Na przejściu dla pieszych spotkałem dawno nie widzianego kolegę. Z daleka kiwnąłem głową, wymieniliśmy uściski pośmialiśmy się z banałów kiedy kolejnym zdaniem zaskoczył mnie tak dokładnie, jakby mnie osaczył. Okazało się, że dokładnie NIE ZNAMY SIĘ!!!. Tyle, że on nawet śmiał się identycznie jak mój znajomy, a ja dla niego wyglądałem jak ktoś pojawiający się w jego życiu regularnie, choć na krótko…
Zdecydowanie to wydarzenie zdominowało cały dzień. Ciężko pozbierać się z myślą, w której nie jestem sobą, a ów ktoś naprzeciw jest również własnym sobowtórem. Może to nie my się spotkaliśmy, ale ten alternatywny świat będący zwierciadłem tego. I to tuż za rogiem – 10 minut od mojego domu para mnie z kimś nie będących ani mną, ani kimś… Brak mi słów…


  • RSS