Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 6.2004

Drzewo wiadomości złego i dobrego.
Zostałem zaproszony na przyspieszony kurs zwiedzania. Z braku czasu zwiedzaniu podlegało jedno podwórko, a raczej brama na nie. Otóż wyłożona była powiedzmy – „kafelkami” sześciokątnymi z drzewa, z centralnie położonym rdzeniem. Później zachciało mi się czereśni. Najchętniej tych ciemnoczerwonych bliskich czerni. Ale jak tu kupować czereśnie, kiedy sprzedawca ulokował się nieomal pod drzewem, na którym rosły ładniej wybarwione i większe? Pomny kary adamowej nie skusiłem się na żadne – na wszelki wypadek. W rezultacie pożarłem bób i już tylko piwa mi brakuje do samozadowolenia…

Marudzenie.
Trochę pokutuję. Za ambicje i przymusy niematerialne. W jeden dzień moczyłem nogi w zimnym jeziorze i podziwiałem bociana patrolującego asfalt, w inny modelowałem przyszłość w miejscach trochę mniej odległych. Kiedy wreszcie udało się przejść Miastem okazało się, że pośpiech mam już wpisany w geny. W sumie śmiać mi się chce z siebie i nie tylko. Bo ludzie lubią do mnie narzekać. Gorzej, że niektórzy wyłącznie.

Wejście.
Kiedy już na dobre rozpuściłem nogi wionęły na mnie lipy. Bardzo pięknie wionęły, słodko i oszałamiająco. Na ławkach wygrzewały się stare kości i pomarszczone ciała, a znad książek uśmiechał się wzrok dziewcząt. Rozrzedzony lipowym aromatem zamieniłem się w węch i wykryłem rozcieńczoną woń małosolnych. W oprawie starych uniwersyteckich budynków przemykały zapachy pięknych kobiet ( nie wiedzieć czemu patrząc na bogactwo urody w tamtym rejonie pomyślałem za Kaczmarskim – „młodych Niemców sen”) mieszając się i plącząc jak liany. Z wnętrz barów mlecznych – tych naszych i amerykańskiej biedy – wychodziły na spacer zapowiedzi przekąsek, wiatr niósł całe bukiety nadrzeczne i przetaczał je po mostach, spocone klony zazdrośnie zerkały na naturalny blask platanowych liści, łabędzie i kaczki pobłażliwie patrzyły na spotniałe koszule i coraz uboższe stroje. W tym wszystkim ja – zanurzony po czubek głowy, tęsknie spoglądając na bose stopy w sandałach, wolno wkroczyłem w lato.

W nawiasie.
W te chwile, kiedy deszcz odchodzi, nim drugi się pojawi przyglądam się szpakom. Podskakują sobie wesoło (jak mniemam) i poławiają perły ze zdewastowanych, zaśmieconych trawników. Czasem zerknę na miłorzęba nieroztropnie posadzonego na szczęście nie przed moim oknem. Przyjdzie czas, kiedy oślepi budynek, jak mnie pewna para piersi falująca swobodnie pod przeźroczystą bielą „renesansowej” bluzeczki.
W głowie krążą mi miasta nie moje, coraz dalsze od codzienności, kiwające do mnie zapraszająco. I będę się włóczył przelotnie za kieliszkiem chleba na skraj cywilizacji.

Post factum. Strażnik

W mijających się tramwajach, przyciśnięta do tamtej szyby bardziej z konieczności niż z pragnienia obserwacji przepłynęła przede mną twarz. Zastygłem – to, co nie udało się ZZ, istnienie, które przeczuwał, byt wymyślony pojawił się i znikł niesiony po torach w przeciwnym kierunku. Rozpoznałem w jednym mgnieniu twarz rzeźbioną bez pomocy wzroku na kawałku kory, twarz z pamięci kopiowaną wraz z duszą potarganą sprzecznymi myślami. Natknąłem się niechcący na dopełnienie tego świata, który mogłem obserwować i ukorzeniać w pamięci. Pierwszy raz w życiu zdobyłem się na pociągnięcie za odstraszająco czerwoną dźwignię hamulca bezpieczeństwa, wyskoczyłem z wagonu i wpław przez jezdnię, po bieżni o granicach wyznaczonych szynami rozpocząłem pościg nie oglądając się na zdumienie dotychczasowych współpasażerów i kierowców mających nieszczęście natknąć się na moją ekstrawagancję. Los był nad podziw łaskawy. Nic mnie nie przejechało, światła sprzyjały, a przystanek był stosunkowo niedaleko. Dopadłem drzwi nim straciłem ostatni oddech szukając własnych zmysłów pośród rozpasanych rytmów serca przypominających do złudzenia wprawki grane na kongach w otoczeniach rynkowych kamienic. Złapałem kurczowo wzrokiem postać, dla której rozpętało się całe szaleństwo, a językiem szukałem w ustach śladu wilgoci. Pomiędzy spoconymi, obcymi sobie ciałami modlącymi się niemo o odrobinę wytchnienia, pod ramionami, piersiami, głowami, w szczelinie ruchliwej jak arktyczne rozpadliny desperacko pilnowałem obrazu. Tłum rzedniał niechętnie, jakby zaparł się podążać wraz ze mną, jednak okazał się mniej wytrwały. Zaplątałem się w nią dokładnie, gdy tramwaj mijał kolejne osiedla oddalając się od centrum. Wysiadła na krawędzi Miasta, gdzie strach samotnie po zmroku spacerować, w starej, zapomnianej przez wszystkich z wyjątkiem tubylców dzielnicy. Bezwolnie jak porzucony cień powielałem jej kroki. Zaprowadziła mnie do jakiejś odrapanej kamienicy, z elewacją zniszczoną do gołej cegły noszącej jeszcze ślady ostatniej z wojen.
Strawiłem noc nie nadaremnie stojąc w bramie naprzeciw. Najpierw zmierzch wśród chichotu nastolatków, później mrok pozbawiony oświetlenia ulicznego z echem libacji przy mechanicznej muzyce, do skostniałego, rosą obwiedzionego świtu. Poprzez zasłonięte kotary domyślałem się jej ruchów. wymyślałem co robi, czym się zajmuje. Kiedy rankiem wyszła ubrana odmiennie nabrałem pewności, że to miejsce jest jej domem, a nie figlem losu, który zwodził mnie na manowce. Zmęczony, wymięty i brudny uśmiechnąłem się do dziury piwnicznej jedzącej węgiel raz w roku i straszącej przechodniów przez jego resztę. Pozwoliłem odejść marzeniu ZZ, by zająć się sobą. Albo raczej nim.
Wróciłem na mosty, do knajpek schowanych w piwnicach, na wyspy. Krążyłem szukając go o rozmaitych porach dnia i nocy. Stanąłem nawet w objęciach balustrady jego mostu, w miejscu wygrzanym jego obecnością – bezskutecznie. ZZ zniknął – trwale i bez śladu własnego istnienia. Właśnie teraz, kiedy miałem wreszcie powód i odwagę pojawić się, odkryć swoje bezczelne istnienie tuż obok, wdzierające się gwałtem w jego teraźniejszość. Czas mijał. Dom w którym mieszkał przywitał mnie obcymi ludźmi, nie mającymi pojęcia o poprzednikach, sąsiedzi wzruszali ramionami:
- To jakiś dziwak, do nikogo się nie odzywał, pojawiał się, albo nie, czasami nie było go widać przez kilka dni, to znów nie wychodził z domu przez tydzień…
Przyzwyczajam ciało do bezruchu. Nieco żałośnie, a może zazdrośnie patrzę pod zmoknięte kaptury przechodniom, wychodzę po raz czwarty do Rynku po coś zbędnego i „przez przypadek” zatrzymuję się na Jego moście, żeby odpocząć, zapalić, popatrzeć, zaczekać… Potrafię znaleźć bardzo wiele wymówek, żeby tam zostać, albo znaleźć się w miejscach przepoconych jego cichą obecnością…
- „Jak brzmi obecność w czasie przeszłym?” – szukam odpowiedzi między dłońmi obejmującymi balustradę mostu ze wzrokiem wbitym w nieprzenikniony nurt Rzeki. Rzeka milczy, przekomarza się i błyska figlarnie odbijając słoneczne refleksy. Tylko, że ja nie potrafię przeczytać odpowiedzi. Czyżby ZZ i Ona stanowili jedność istnienia? Jedna dusza w zmiennym ciele krocząca przez Miasto? Dzień i noc – nie mogące żyć bez siebie, a tak sobie wzajem dalecy, że spotkać się nie mogą, choć są przecież tym samym czasem, zaledwie o mgnienie oddalonym. Gdzie, w którym momencie znajduje się ta chwila, przeze mnie przegapiona haniebnie, pozwalająca rozpłynąć się jednemu istnieniu i przepoczwarzeniu się w inne? Jak doprowadzić do zniknięcia, przeistoczenia całej otaczającej materii w inny byt?
Tymczasem pilnuję jej bezosobowo mając nadzieję, że się mylę i powtarzam historię z ZZ. Śledzę z daleka, uczę się tego obrazu na pamięć, razem z całą gamą jej przyzwyczajeń, obrazów, które nosi w sobie, tęsknot, wydeptywanych ścieżek, wysłuchuję monologów, oswajam kolejny nie mój świat na własny użytek.
Udaję, że mnie to nie dotyczy, że ta gorączka, to omam jakiś, następstwo zbytniej poufałości z mocnym alkoholem. Chociaż wiem, że to nieprawda oszukuję się, że tak jest. Że jestem tylko widzem, anonimowym czytelnikiem opowieści spisanej nie w książce, lecz przed moimi oczami, że w każdej chwili mogę – jeśli będę miał ochotę – zamknąć okładki, gdy znuży mnie i poszukać innej, ciekawszej rzeczywistości.
Teraz Ona-my szuka ZZ…

Bez pośpiechu.
Dziś w tramwaju dojrzała kobieta zmierzyła mnie wzrokiem zatrzymując się na dłużej przy butach. Fakt – lekko schodzone, spatynowane Miastem; przy moim naturalnym odruchu szwendania się, nawet, kiedy nie ma powodu, buty wyglądają na zniszczone, zanim na dobre odkleją się metki. Przyglądałem się im później, by w końcu wzruszyć ramionami. Jeśli ktoś zaprosi moje buty na rozmowę – wybiorę mniej sfatygowane.
A w ogóle, to dzień jakiś wypukły. Miękka kobiecość wyszła na spacer i demonstrowała efekty późnojesiennych wieczorów. Tylko kościelne wieże sterczały ostro ponad prostopadłościanami nowszej zabudowy płatając figle w złudnej perspektywie.

Przegląd tygodnia.
Kwitnące jaśminy i lipy, groch lodowy niszczący liście nasturcji na parapecie, czapla – przemoknięta i pochmurna, rozmowa przez Rzekę, sąsiad, próbujący nieświadomie utopić piekarnię, cała gama luster w ibero-prozie. Żyję, jestem, na szczęście nic wielkiego się nie dzieje.

Pomiędzy. Kroki

Szczerze podziwiałem ZZ za akty desperacji, działania mocno odbiegające od jego charakteru głęboko ukorzenionego do wewnątrz, potrafiącego ignorować zewnętrze, lub wręcz o nim zapominać. Ilekroć pochłaniał go horyzont zostawiał mnie z jakimś pozornie banalnym pytaniem, na które nie potrafiłem znaleźć zadowalającej odpowiedzi. Jak choćby na zakończenie wieczoru wtedy, gdy schodził ze wzgórza na którego szczycie umierało obserwatorium. Kręta, stromo opadająca ścieżka wyłożona drobną, bazaltową kostką była śliska i pokryta zbędnymi drzewom liśćmi. Jakiś krzak próbował dobrać się do zawartości jego niesionej na ramieniu torby, w której dyskretnie grzechotały puszki dźwiękiem przypominającym, że czekają na otwarcie. Pchany w dół przyspieszał, a jego kroki stawały się coraz dłuższe, szybsze i pełne niechcianej energii. Próbował oprzeć się o samotne drzewo na zakręcie niegościnnej ścieżki. Torba zsunęła mu się z ramienia, kilkakrotnie skozłowała, by znieruchomieć wprost pod nogami idącej głównym deptakiem samotnej kobiety. Zaskoczona wypuściła z dłoni wypchane reklamówki i po czarnym asfalcie rozsypały się dopiero co zrobione zakupy.
Zaskoczenie było obustronne. Stali i patrzyli na siebie dość bezradnie. Pierwszy ocknął się ZZ. Podniósł pierwszą z brzegu siatkę zgarniając do środka najbliżej leżące produkty. Kobieta z dezaprobatą pokręciła głową i zaczęła pakować tę drugą. Jemu szło to sprawniej, odłożył więc swoją na ławkę i pognał za pomarańczami, które stoczyły się z pochyłości ścieżki. Gdy wrócił na ławce stały już obie reklamówki w towarzystwie torby będącej przyczyną zamieszania. Kobieta rozchyliła mniej wyładowaną reklamówkę, by ułatwić mu pakowanie. ZZ zawahał się.
- one raczej nie nadają się do jedzenia…
-wrzuć, przecież nie będziesz ich trzymał w nieskończoność – pokłady cierpliwości przypadkowej ofiary wydawały się nie mieć granic. Opadła na ławkę lekko, z wyraźnym zadowoleniem z niespodziewanej chwili odpoczynku.
- muszę przyznać, że cokolwiek podniosłeś mi ciśnienie… – uśmiechnęła się ciepło, a w jej tonie nie było ani krzty złośliwości.
- mam w torbie piwo… może… – nie śmiał wykrztusić zakończenia
- OK. Piwo dobrze mi zrobi.
Bezpośredniość, do której przyzwyczajony byłem raczej ze strony ZZ jemu jakoś odbierała pewność siebie. Pozwolił jej poprowadzić tę rozmowę – na szczęście zasoby pozwalały na przedłużenie odpoczynku poza granice zmierzchu. Na powierzchni fosy odbijały się światła konsulatu i sąsiednich fasad zdobionych w rzeźbione, półnagie boginie. Brzegi jeszcze zieleniły się nieśmiało pośród milknącego gwaru ulicy, na wodzie kaczki w małych grupkach rozpływały się na nocleg. Przechodnie, coraz częściej w parach, przytuleni do siebie, nie zwracając uwagi na otoczenie dzielili się pieszczotami. Znudzony patrol straży miejskiej wtopił się w mrok nie zwracając na nich uwagi.
Nabierałem podejrzeń, że wreszcie udało mu się odnaleźć tę jego poszukiwaną drugą połowę bytu. Po początkowym onieśmieleniu chłonęli siebie wzajemnie, a słowa niczym w porządnych zwierciadłach można było czytać z całej postaci odbiorcy. Sprzedawali się sobie bez skrępowania, fałszywych ambicji i chęci autokreacji. Pewnie, gdybym bardziej skupił się na treści dowiedziałbym się o ZZ więcej niż wiedziałem dotychczas. Jednak magia wieczoru, klujące się gdzieś pomiędzy porozumienie, mosty bez trudu przerzucane ponad dzielącą ich przestrzenią, niepewność ciągu dalszego i gorączka nie pozwoliły mi na to. Chłonąłem obraz. Całkiem porzucili ochronne klosze broniące dostępu świata do ich wnętrz. A może zbudowali jeden wspólny? Dość powiedzieć, że pora była wręcz nieprzyzwoita, jak na powrót z zakupów, kiedy podniosła się z ławki. Wtedy ZZ zdobył się na coś, na co większość facetów ma odwagę wyłącznie we własnej głowie.
- Nie chcę tej nocy być sam… Dokąd mam teraz iść, żeby się z Tobą kawy napić i być może obudzić się tuż obok?
Nie zarumieniła się, nie szukała wymówek, bez kokieterii i tych wszystkich ceregieli w „proś mnie jeszcze, bo nie mogę zgodzić się tak od razu” popatrzyła na ZZ, przykucnęła przed nim i biorąc go za ręce powiedziała patrząc mu w oczy.
- Zły czas wybrała ta rozmowa. Parę lat w wcześniej, może za parę lat? Teraz dobry wieczór poznaję po poranku. Jeśli mogę bez wstydu wspominać wieczór, to znaczy, że był on tego wart. A ja nie chcę się Ciebie wstydzić, bo może będzie jeszcze okazja powtórzyć ten dzisiejszy. Tylko następnym razem rzucaj torbami trochę dalej od kobiet. Niektóre mają słabsze serca.
Odchodząc bez oglądania się za siebie rzuciła jeszcze:
- przecież wiesz, że to nie ja…
Niespiesznym krokiem odeszła zabierając ze sobą nastrój, jakby był z nią związany niczym ogon z latawcem. ZZ wyglądał na lekko oszołomionego, a ja bliski złamania słowa danego sobie. Korciło mnie, żeby podejść, ujawnić się, zasnuć dymem z papierosa, kiedy zrozumiałem, że miała rację. Ani ona, ani ja nie byliśmy mu potrzebni. Ona stanowiła tylko przystanek na drodze poszukiwań, a ja? Zakłóceniem, natrętem wtrącającym się w obce marzenia, próbującym nadać jakieś realne kształty czemuś, czego nie pojmowałem do końca. Zostawiłem ZZ, a jego oddalające się kroki wystukiwały takt pytania tłukącego się w mojej głowie:
Po co on jej szuka? Po – co, po – co…

Wykrzyknik.
Zdążyłem upić się w godziwym towarzystwie, zachowując wystarczającą przytomność umysłu, by w drodze do domu dotknąć wzrokiem Rzeki. I to, co nieosiągalne przez ostatni tydzień stało się. Odnalazłem czaplę. Choć (prawdopodobnie) bez wzajemności sprawiło mi to cichą przyjemność.
PS. Moje dłonie pachną przeszłością. Szukam w pamięci epizodu, który kazał moim zmysłom zapamiętać ten zapach. Wiem, że to śmieszne, jednak nie potrafię powstrzymać się od wąchania dłoni.

Stępa.
Poszedłem szukać Sokratesa. Podobno stoi na jednej z wysp odarty z miedzianych płaszczyzn. Że jesteśmy społeczeństwem pomników wiedziałem od dawna, jednak kilkumetrowy pień ustawiony korzeniami do góry zdumiewa mnie każdorazowo. Na trawnikach plaża; studentki w jaskrawych strojach kąpielowych wygrzewały się, a zmęczeni walką z alkoholem i słońcem spali w cieniu co bujniejszych krzewów. Sokrates ukrył się wystarczająco dokładnie, za to wpadła mi w oko bardzo urodziwa robinia. Wkrótce później okazało się, że ów rzekomy monolit jest w rzeczywistości omamem – splotem dwóch rosnących tuż obok drzew, uzupełniający się, jakby obraz modelowany był ręką mistrza bonsai. Na wodzie kaczki z tegorocznym narybkiem. Czapla znikła…


  • RSS