Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 7.2004

Odliczanie-38 godzin do urlopu
Po raz kolejny okazało się, że rozmowa z papierem jest łatwiejsza. Może jestem na taką skazany? Orzechy włoskie i jadalne kasztany zaczynają coś wspominać o dojrzewaniu, choć na jakiejś mało popularnej odmianie sosny jeszcze zeszłoroczne szyszki wiszą. Po Mieście pocą się i mozolą tłuste psy za swoimi właścicielami zajętymi sobą. Na Rzece barki pełne turystycznych achów i echów ścigają się do przystani. Most remontuje się we własnej chmurze pyłu, czasem korzystając z chmury niesionej znad rosnącej biblioteki. Niektórzy żegnają się z Miastem, inni dopiero tu zaglądają nieśmiało – ja trwam, choć chyba pora uciec od ludzi.

Zawodowiec.
Szczęście w czerwonej sukience szło sobie przez Miasto porankiem rozmawiając z własnymi myślami i śmiejąc się do nich szeroko rozpędzało chmury. Wystarczyło na cały dzień, chociaż zdarzyło się później, że dłonią rozgarniałem pajęczyny klęcząc na chodniku. Gdyby to był sen zapewne w jakimś senniku znalazłbym odpowiednio abstrakcyjne tłumaczenie, w naturze jednak była to prozaiczna inwestycja w jutro. Ciekawe, co sądzi o tym pogięty wkrętak, bo przecież to nie on fetował eurekę. Za to mieszkańcy domków jednorodzinnych wykazali się wielką czujnością, a może strachem starając się odkryć cel moich modłów na bocznych, omijanych przez obcych uliczkach.

Wizje?
Rumienią się pigwy na krzaczkach zbyt drobnych jak na żywopłot, a na gazetowych straganach główki czosnku wielkości jabłek. Pomiędzy obłymi kształtami przemierzam mosty z darmową gazetką i mętlikiem w głowie. W autobusie nie chce mi się nawet głowy podnieść – albo oglądam bose stopy, których wybór obecnie fetyszystę powaliłby na kolana, albo opędzam się od pędzącej strumieniami wynalazków pracy, albo rozmarzam się wakacyjnie.

Pomiędzy. Palec

Zastanawiam się czasem po co spotykam niektóre osoby, i jak wyglądałby bez nich mój świat. Przecież każde dotknięcie anonimowych linii papilarnych modeluje mnie jak ciepłą plastelinę, zmienia i odciska nie dające się ignorować piętno. Jak głęboką transformację przeszedłem pod wpływem ZZ?
Któregoś razu poszedłem za nim, gdy zszedł z mostu i wąską, wydeptaną przez wędkarzy i właścicieli psów ścieżką podążył w stronę, gdzie Rzeka łączy się z horyzontem. Dzień był ciepły, nieskażony firmament rozpościerał się bezchmurnie gorącem lata, w wysokich trawach trwała walka i wegetacja, nadbrzeżne drzewa i krzewy pochylały się ku wodzie, żeby ochłonąć, a zdyszany lekko świergot ptasi zamierał w południowym słońcu. Natura zdawała się przymierzać do bezruchu i wyczekiwała wieczoru, by móc się cieszyć kolejnym przeżytym dniem. Powoli traciłem orientację, Miasto zostawało gdzieś z tyłu, niebo bezustannie wlewało się w koryto nie przecięte już żadnym dającym się przewidzieć mostem, ścieżka cherlała z każdym krokiem, by wreszcie stać się własnym cieniem. Kiedy się zatrzymał beton aglomeracji był już wyłącznie domysłem. Bodajże wzruszył ramionami, jakby strząsał kurz miejskich myśli i ściągając ubranie rzucał je beztrosko w ramiona krzewów. Zaczynałem podejrzewać, że czyni przygotowania do jakiejś mistycznej misji, albo szamańskich obrzędów, kiedy ruszył dalej nie zaszczycając nawet wzrokiem porzuconej odzieży. Nie wahał się, nie szukał drogi. Wyglądało, że doskonale wie, gdzie i w jakim celu podąża. Monolit horyzontu zakłócił kontur dębu nieskrępowanie rosnącego od bardzo dawna. Rozłożysty, z bliznami starych zmarszczek obejmował szeroko brzeg w zakolu Rzeki.
- znowu przyszedłem do ciebie, stary – mruknął ZZ kładąc rękę na porowatej korze – może dziś porozmawiasz ze mną… nie będę cię straszył dymem papierosa ani twardą sztucznie wyprodukowaną podeszwą. Jestem tu, nagi jak ty i równie nieskrępowany. Pogadamy?
Potem położył się na granicy cienia spoglądając niemo w koronę drzewa, które nie przejawiało ochoty na rozmowę z intruzem zakłócającym samotność.
- Opowiem ci o Rzece – tej, płynącej po sąsiedzku. Był taki czas, kiedy przypłynęła i do mnie. Pewnie podobało się jej, bo nie chciała wyjść. Mieszkała na klatce schodowej przez tydzień. Wytrzymałem pięć dni. Bez tych wszystkich wynalazków, które ludzie wymyślili, żeby oszukać nudę. Tak… Nudę. Bo ludzie nie potrafią stać, tak jak ty. Ludzie są nerwowi, boją się, zagłuszają niepokój i pustkę całą masą najwymyślniejszych sposobów, nie wystarcza im świadomość istnienia i radość bycia, patrzenia jak pory roku obracają czas w niwecz.
Przytuliłem się do Rzeki i po piersi w wodzie, z plecakiem nad głową i zbiorowym zamówieniem na alkohol wyszedłem. Pierwsze objawy zbiorowej paranoi wygnały mnie z kamienicy. Wolałem wpław wyjść na poszukiwanie wódki i upić to towarzystwo, niż wypatrywać z okna nadziei, czy chleba wożonego amfibiami. Dwa kościoły dalej Miasto wyglądało już tak, jakby nic się nie wydarzyło. Tylko na spodniach szybko schnące w lipcowym słońcu plamy wilgoci przypominały mi skąd idę. W Rynku – jakby nic się nie wydarzyło – zabawa w ogródkach, muzyka i piwo, śmiech ludzi i mała codzienność…
Wiele jest słów z których zrezygnowałem mniej, lub bardziej świadomie od tamtej pory… Wtedy już wykreśliłem ze słownika: „to niemożliwe”. Zaczęło się od dramatycznych doniesień z daleka i zbliżało się lekceważone wszędzie, gdzie jeszcze nie dotarło. Ja też poszedłem przyjrzeć się Rzece, ale przestrzeń pomiędzy wałami połączona z ich wysokością wydawała się nie-do-przebycia. Bolesna nauka. A przecież na wystawie amatorskich zdjęć w „BWA”, już po fakcie można było je usłyszeć…
Z daleka lipy pachniały herbatą, głogi na przeciwnym brzegu zwijały się w kulki pocąc się dla przyszłych pokoleń, a topole stojąc na baczność twardo milczały. Mrówki, którym wyrosła na codziennym szlaku żywa przeszkoda poszukiwały nowych tras, te bardziej zdesperowane próbowały wędrować w poprzek nagości. Ciekawskie owady obserwowały z bezpiecznej odległości, choć bez lęku niespodziewaną postać. Dzień trwał, a może mijał? Kolejna nieostrożność spowodowana ciekawością bezpowrotnie zmieniała kształt mojego wnętrza, okruchy cudzej pamięci przekręciły kalejdoskop stwarzając nowego mnie do następnej okazji, bez szansy obrony i zachowania stanu sprzed kilku godzin. Zostałem tragarzem cudzej pamięci i doświadczeń. I szukam w sobie słów zakazanych, słów bez znaczenia, pozbawionych fundamentu wiary, słów rozbitych jak lustra na siedem lat złej wróżby.

Czy wystarczy do snu?
Spocony tłum przez cały dzień zerkał nieco zazdrośnie na krótkie spódniczki kobiet – stojących na przejściach dla pieszych w szerszym niż zazwyczaj rozkroku, żeby złapać w żagle spódnic odrobinkę wiatru. Świecące czoła, psy szukające wytchnienia w chłodzie granitu zacienionych deptaków, trawa kłująca podeschłymi końcówkami, apatycznie snujące się dzieci, którym kurz piaskownicy zabierał resztki śliny. Wszystko co żyło czekało deszczu, nawet miejska fosa cuchnęła z braku wody, kiedy procent nieczystości przekroczył granice przyzwoitości. Młodsza siostra Rzeki – kosmyk łąkami płynący, rozchlapywany nastoletnimi stopami wychudł, że ledwie małe rybki mogły się bawić z węgorzem zbrojonego kabla sterczącego smutnie na powierzchni.
Wreszcie przyszedł, zapowiadając się odgłosami pustego żołądka. Na dłoni mieściły się trzy krople, a kurz znikł błyskawicznie z fasad, karoserii i postaci nie mających zamiaru chować się, czy choćby przyspieszyć kroku. Darmo jednak szukać śladów deszczu pół godziny później – został wyłącznie zapach – o niebo przyjemniejszy niż aura staruszka mozolnie liczącego bilon parę godzin temu przed sklepową ladą. Bo co może zostać po deszczu, którego brakuje na spacer niezbyt długą, sfatygowaną ulicą gdzieś tu – koło mnie?

Tam i z powrotem.
Zupełnie nie-hobbicka to była podróż, na półtora tysiąca kilometrów pociągami, z setką pieszych w połowie dystansu. Ciekawszych wyjątków kilka, w punktach, lecz bez chronologii:
1. Gość w przetartych spodniach zajrzał do przedziału, błyskawicznie „nawiązał łączność” i już, już karty wyciągał, żeby mnie oskubać z gotowizny, kiedy mu powiedziałem, że grywam wyłącznie w brydża. Więc poszedł sobie pod pozorem szukania krzyżówki na drogę.
2. Natura próżni nie znosi, co ogólnie wiadomo. Ale gniazdo na linii przesyłowej pomiędzy drutami, to już był chyba omam.
3. Z zapowiedzi na rozmaitych dworcach:
-pociąg osobowy może umknąć z peronu piątego…
- pociąg pospieszny z Suwałek…

4. Ludzie modelują naturę na własną modłę buldożerami chyba wszędzie. Nawet, kiedy przestaną, leżą cicho w równych rzędach szarych krzyży.
5. W zbożu jelenie różki przeskakujące niewidzialne przeszkody, w pasie p-poż pod lasem czerwień kozaka czeka na grzybiarza, szaraki z sarnami chowające się przed dudnieniem kół za stogi siana, albo drzewa i demonstracja rozpiętości skrzydeł bocianich jakieś osiem metrów od oczu.
6. Na niebie wir z płonącym jądrem słońca otoczonym postrzępionymi chmurami.
7. Kruk-szperacz nerwowo rozglądający się za trofeami jednocześnie czujnie pilnujący własnego ogona. Polubiłem kruki
8. Nieznane smaki, oswajane gdy znużyła mnie powtarzająca się geometria osiedli i przypięte do nich nazwy popchnięte miejscowym browarem, żeby szybciej trafiły do pamięci i przepocone po trzykroć na wylot buty wyniosłem z tej podróży, resztę zostawiając na miejscu.

Meteo.
Takie wiały wiatry, że nad San mnie wywiało. Przyjemna, szeroka rzeka, bardzo płytka i z kamienistym dnem. Akurat nadająca się do brodzenia. Łemkowska czapla (więc raczej nie moja) w bezruchu skanowała szemrzący fragment z kamienia na środku nurtu. Chrzęszcząc po zeszłorocznych szyszkach spróbowałem i ja, kiedy zrobiło się wystarczająco ciemno, żebym nie świecił własną głupotą na brzegu mocniej od wyeksponowanej punktowcami, letniej rezydencji niejakiej Bony. Robaczki świętojańskie rozpaliły się do zieloności na mój widok, lecz nie chciały się przywitać, a w wodzie ruch większy jak na sanockim rynku przy Szwejku mosiężnie odpoczywającym na ławce.
A na nadchodzący tydzień prognoza znów przewiduje porywiste wiatry – tym razem w kierunku północno-wschodnim.

Spacer na nowy dzień.
Kiedy się czeka na Małego Księcia wypadałoby czymś wyróżnić się z tłumu, żeby miał szansę znaleźć. I tak chyba myślała dziewuszka siedząca na granitowych kostkach przed modnym marketem w centrum Miasta. Z discman`em i książką, w niedokładnej pozycji lotosu stanowiła cichą wyspę w morzu pośpiechu.
A sumaki płoną młodą, choć już głęboką czerwienią świeczek i zerkają zazdrośnie za ogrodzenie ASP, gdzie mieszkają bardziej zadowolone drzewa.
…chciałem być dzisiaj szorstki, jednak rozwaga podpowiada, żebym stanął przed lustrem.

Biuro rzeczy znalezionych.
Jaskółki spijające znad nurtu Rzeki zagubione słowa znów nie pomyliły się. Pogoda zaplotła w warkocz deszcz ze słońcem i wiatru gumką ściągnięte rozdawała każdemu po trochę. Na żółtych mostkach pachniało tatarakiem, którego rachityczne resztki tratowane przez wędkarzy nie nadążały odrastać. Psy udowadniały swoje przewagi w walce o kawałek zbutwiałego drzewa ciskanego ludzką ręką w Rzekę. Po wodzie, dostojnie niczym gondola przepłynęło rozmiękłe pudło z daleka wyglądające jak truchło małego ssaka i kwiat pelargonii, nie licząc pomniejszych śmieci. Pewnie spotkają się gdzieś niedaleko elektrowni wodnej zatrzymane zamkniętym stopniem.

Skoro plany zdechły…
Błąkałem się po dendrytach odgałęzień Rzeki – tam, gdzie płytka, ledwie kryjąca kamieniste dno woda leniwie zmierza do ujścia. Na brzegu kaczki wypatrywały czegoś w mętnej toni, korzystając z miejsca wydeptanego przez wędkarzy. Po drugiej stronie mostu, nieomal na środku nurtu był nawet jeden – zanurzony po kolana obserwował koniec nylonowej nici ze zdradzieckim hakiem na końcu. Jeszcze dalej, z wielkim wilczurem do towarzystwa spacerowała kobieta. Ciekawe, skąd ten wniosek, skoro postać już zaczynała się rozmywać? Dęby podobają mi się coraz bardziej, a to musi oznaczać tęsknotę za urlopem.


  • RSS