Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 8.2004

Wieczorem.
Gnany niczym poszedłem po zmroku w Miasto. Garść gwiazd, rogal księżyca i oświetlone wieże kościelne wycinały w mroku swoje kontury wysoko nade mną. Dołem kłębił się tłum. Turyści, biznesmeni, spragnieni zabaw i towarzystwa wciągnięci niewidzialnym wirem zaczepionym w ratuszowych ścianach pozwalali nieść się z prądem. Mnogość istnień, kilkujęzyczny gwar rozmów, neony i reklamy wygoniły mnie jednak w uliczki, które jakby bardziej lubię. Sąsiadujące z tyglem Rynku, prawie niezmącone ruchem kołowym trwały jak dawniej ciche i wyludnione, pozwalając nogom błądzić po całej szerokości, a oczom patrzeć powyżej parteru. Przez oświetlone mosty i mroczne wyspy dryfowałem, by wreszcie zacumować w ogródeczku przy młynie. Od Rzeki czuć było chłód nocy, a na jej toni rybki zostawiały ślady ucieczek przed drapieżnikami. Śmieszne, że największym wydawały się tramwaje wywołujące w nurcie zbiorowy popłoch; przejeżdżając Mostem Młyńskim odbijały w wodzie ślad, jaki zwykł był zostawiać deszcz. Oczywiście nie wydarzyło się nic, sprawiając mi drobną przyjemność buszowania po zakamarkach pamięci.

Podsłuchane.
Na początku pani urzędniczka przepytała mnie jak miał na imię Sobieski… Zacząłem węszyć jakiś podstęp, sądząc że w moim Mieście znajdują się dwie ulice ochrzczone tym pięknym poniekąd nazwiskiem. Precedens jest, bo poruszam się często przez plac Walerego i ulicę Zygmunta noszących identyczne nazwisko. Z lekkim niepokojem odpowiadam jak w szkole przy tablicy, że szanowny nieboszczyk dwojga imion był – Jan Trzeci… Udało się – właściwego przodka wybrałem.
Dziesięć minut później, kiedy już ochłonąłem usłyszałem powitanie: szczęść Boże, towarzyszu i ideologie pomieszały mi się bez reszty. Dobrze chociaż, że aspiracje w tej dyscyplinie mam szczątkowe.

Z podróży.
Moja czapla wyniosła się chyba nad San. Przynajmniej tak myślałem, kiedy zobaczyłem pojedynczy egzemplarz kontemplujący wartki nurt. Chwilę później jednak ośmioliczne stado na łące kazało jednak przypuszczać, że to po prostu rok czapli siwej. Jakiś bocian pasący się na łące u podnóża Bieszczadów, młoda dziewczyna z rękami w kieszeniach czekająca, aż chłopak skończy budować szałas mogący ich skryć przed ciekawskimi spojrzeniami, starsza pani niewzruszenie obserwująca krowę z wysokości twardego krzesła, piękne stare, drewniane chałupy z poczerniałych bali, zagon świerków sąsiadujący z grządką paproci tuż obok malin i chrzanu również ustawionych w równe szeregi… Widoki, jakby wakacyjne, choć wcale takimi nie były.

Wyspany na zapas jestem.
Kiedy wyjeżdżałem bladym świtem żegnał mnie z wysokości parapetu świerszcz przemarznięty mijającym mrokiem i nocny motyl szukający szczęścia w cieniu lampy. Na miejscu powitała mnie kocia rodzinka z dwumiesięcznym narybkiem i jeż pytający czy wieczór nie nazbyt wilgotny.
Dobrze jest wracać, jeśli się lubi swoje miejsce na ziemi. Te parę mostów, oświetlone budynki, czy nawet rozkopane w nieskończoność ulice. Nieznajomi ciągnący żywoty we wszystkich kierunkach dających się nazwać oswojeni znanym otoczeniem, rejestracje z tutejszym inicjałem, znajomo mrugające, wieczorne światła kamienic, wiatr łaszący się pod koszulą, jakby mówił: „nareszcie wróciłeś”. Z tęsknoty uschły mi dwa młodziutkie modrzewie w towarzystwie brzozy. Czas odpracować labę, a kierat już zaprzęgnięty.


  • RSS