Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 9.2004

Rzeczywistość.
Stary człowiek, z dobytkiem w lewej dłoni czytał ze złością ogłoszenia przyklejone do drzwi ulicznej szafki elektrycznej. Po przeczytaniu, mamrocząc złowrogo zdzierał kolejno jedno po drugim bez wyjątku. Na sąsiednim rogu ulicy trwały debaty całodobowych smakoszy tanich alkoholi. Gremialnie wisząc na barierkach oddzielających jezdnię od chodnika rozważali kolejne możliwości zdobycia środków na zbiorową degustację. Oczka mieli dość senne i mętne, jednak ożywiały się one na widok przechodniów, zmuszając umysły do grzebania w zakamarkach pamięci – może go znam, może, pod pozorem starej, zakurzonej znajomości uda się wyłudzić jeszcze jeden wieczór zapomnienia? Starsza pani wciąż sprzedaje warzywa i owoce podejrzanego pochodzenia, puszczając przelewem wszystko, co da się wymienić na płyny. Dzieci bawią się w śmietnikach podwórkowych w poszukiwaczy skarbów, albo raczkują z psami na zaśmieconych trawnikach, strofowane bełkotliwym głosem jeszcze nieszczęśliwych rodzicieli. Komisariat zamyka swe podwoje, nim na dobre noc zagości na ulicy. Zdarza się, że nieznane w swojej fantazji miewa okresy lusterek, wycieraczek lub anten wyładowując na stojących autach swoją bezsilność. Ilekroć zbiorę ten bigos w jeden garnek przypominają mi się słowa zomowca: ”wam, tu w Trójkącie powinno zbierać się odciski palców już przy urodzeniu. Wcześniej, czy później i tak traficie do nas…”

Zielone mundurki.
Przypadek dość mało prawdopodobny, aż chciało mi się powiedzieć „niespodziewany” nie pozwolił mi zjeść ciepłego obiadu i na dodatek wygnał w miejsce przeklinane tak często i przez tak wielu, że aż tynk z fasad się sypał. Dzisiaj po jednostce wojskowej zostały wyblakłe wspomnienia przymusowych żołnierzyków i niemal niezmienione otoczenie. Ciesząc się, że nie na zielono dość ciekawie poszukiwałem przeszłości z lekko ironicznym uśmieszkiem. Kantyna, stołówka, dyżurka oficera, wartownia… dziś ogląda innych ludzi, a i przymusy pewnie inne.
Z drugiej strony Miasta robotnicy, zamiast zajmować się naprawą lub rozbiórką chodnika, niczym dzieci bawili się strącaniem orzechów włoskich, choć one jeszcze nie zdążyły pozbyć się ubranek maskujących.

Mętlik – czyli spowiedź pamięci.
Gołąb samobójca pod nogami i psy na uwięzi zastawiające wraz z właścicielami idącymi drugą stroną chodnika pułapki na nieświadomych przechodniów. Woda, zamiast płynąć do fosy ucieka sama-wie-dokąd i to już od dawna. Dopiero jej podeschnięcie końcem lata uświadomiło komuś, że coś jest nie w porządku. Zaczęły się wykopki. Dziury dłubane na zgadnięcie to tu, to tam. Podobno wreszcie udało się zlokalizować przeciek. Piersi przygniecione wzrokiem tłumu, lecz nie biustonoszem, wędrujące w przeciwnym niż ja kierunku, twarz znajoma, choć skąd, to nie wiem po raz kolejny. Widać parcieję. W parku drzewa żółknące w starzejącym się lecie i pnie po wymarłych platanach na ostrzyżonych trawnikach. Niedługo muzeum okryje się czerwienią winorośli, żebym mógł podziwiać harmonię natury z cywilizacją. Most remontuje się za zasłoną ekranu, by być niebieskim, a nie stalowo-rudym mostem. Większość ludzi się spieszy, choć można spotkać jeszcze takich, którym chce się zadrzeć głowę do góry, albo szukać poezji w mijanych widokach. Kolarze chodnikowi nadal prowokują wśród spacerowiczów gwałtowne dylematy wyboru drogi ucieczki. Soczyste jabłko przetarte tramwajowymi kołami, kawałki chleba, które ominął głód ptaków, kapsle i opakowania w całej palecie barw – porzucone i niepotrzebne nikomu czekają nadaremnie na znalazcę. Śmiech młodszych, rozdrażnienie starszych i harmider ulic uzupełniają się wzajem. W wąskich uliczkach czai się chłód i nostalgia.
I pośród tego bezkrólewia, w chaosie nieopanowanym, czuję się jakoś u siebie. Nawet bramin pokrzykujący groźnie na przechodniów, zastępy żebracze prześcigające się w pomysłach na wyłudzenie grosza z kogokolwiek, tu przeszkadzają mi jakby mniej. Tylko czasem nachodzą mnie myśli o poszukiwaniu sposobu na łatwe życie.

Spostrzeżenie.
Pozwoliłem się porwać zdarzeniom – krótkie przerwy na kamienny sen i przebłyski prywatności w trakcie. Tymczasem tuż obok trójka zaniedbanych ludzi na ławce i jedno tanie wino dogorywające pośród parkowych drzew. Gdzieś z daleka już nadciąga patrol z jaskrawożółtymi kamizelkami, który dostrzegam zbyt późno, żeby ostrzec. Może to z wrażenia. Przechodząc obok ławki mimochodem usłyszałem, jak jeden z nich chwalił się nowym wierszem, a pozostali prosili, żeby im go powiedział. Stróże prawa zatrzymali się, pozwalając wybrzmieć sztuce i dać się namierzyć przed interwencją na placyku, przed wyremontowanym szaletem, tubylczo nazywanym „blaszakiem”. Z ogrodzeń remontowanej opery wygląda już zapowiedź kolejnego monumentu Wagnera przeplatając się z hałasem robót budowlanych.

Żarty pośród gołoborza.
Wykopy mnożą się w cudowny sposób. Lawirując pomiędzy zwałami gruzu i ziemi doszedłem wreszcie do Rynku. Zgodnie z przewidywaniami przeleciałem tam i z powrotem bardzo szybko. Znudzony koń obserwował zabiegi dorożkarza pastującego mu kopyta. Nie wiem, czy to może łaskotać, ale koń wydawał się lekko rozbawiony i nawet podrygiwał nogą.
Parking nieopodal – ogrodzony dokładnie i rozkopany jeszcze piękniej, poddawał się tajemniczemu zabiegowi ratowniczych badań archeologicznych, co raczej źle wróży właścicielowi parkingu. Ja zbankrutowałem na sam widok i cieszę się, że nie jestem jego właścicielem.

Jesienna (?) zaduma (?).
Gładkie, bosonogie klepsydry kołysząc biodrami omijają wciąż nowe przeszkody na rozkopanych ulicach, a ja tylko się zastanawiam, jak to jest, że w innych miastach praktycznie nie zwracam uwagi, ani na wykopy, ani na klepsydry…

Przelotem.
Tak się jakoś dziwacznie poukładało, że tylko „bywam” w Mieście.
Dzisiaj na przykład udało mi się podglądać Rzekę, gdy ukradkiem, po cichutku, w cieniu niebieskiego mostu, tuż obok ogrodu zoologicznego (niegdyś w prześwietnej kondycji) spełnia swoje przeznaczenie płynąc do morza jak wtedy, kiedy nie było ani mostu, ani ZOO, ani nawet Miasta. Jej młodsza koleżanka – wpadająca na gawędę i tonąca w jej bezmiarze jeden most bliżej celu – schnie, jakby wrzesień był odpowiednią porą na lament. Na powierzchni pływają śmieci, trawy odważnie wychylają z toni swoją zieloność i kaczki – te jakoś mało zwracają uwagę na porę roku. A może, to tylko mi się tak wydawało?
Obiecuję sobie jutro Rynek. Boję się trochę, że niestety w pośpiechu….


  • RSS