Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 10.2004

Przypadek.
Zupełnie bezmyślnie rzuciłem przed siebie parę słów, tylko po to, żeby się nad nimi później zastanawiać. I jak to bywa w historii wynalazków okazało się, że bez udziału świadomości odkryłem żywioł, który mnie napędza. Jest nim wiatr. Prozaicznie – wiatr; orze mi bruzdy na twarzy, ściąga skórę, powoduje milion mniej, lub bardziej uświadomionych przykrości, a jednak jakoś bez niego nie istnieję – klnę go w żywe oczy, narzekam i jojczę jak stara baba, gdy los mi nie sprzyja, a wystarczy, że zabraknie go przez parę godzin, by zbudziły się nostalgie i wspomnienia, w których nie bierze udziału, choć domyślnie jest zawsze obecny. Gdyby nie on prawdopodobnie nie powstałaby żadna notka. Zamknięty w domu jestem wyjałowiony z pomysłów. Zabierz mi wzrok, zabierz mi wiatr, a zapach spadających liści stanie się zbiorem martwych liter bez znaczenia. Nawet tu – w Mieście dostarczającym mi wrażeń od kiedy sięgam pamięcią. Niepotrzebne mi dalekie światy – zaczekam, aż przyniesie je do mnie wiatr z piosenki Dylana.
I możesz się ze mną kłócić, że prawdziwym żywiołem jest życie, jednak bez wiatru życie jest tylko złudzeniem, chwilą w nicości, mgnieniem bez znaczenia, opatrunkiem na martwym ciele…

Choroba.
Znowu dzień taki, że (jak to powiedziałem całkiem niedawno) nabieram trzeciego wymiaru. Napompowany wiatrem, z gęsią skórką patrzę, jak kaczki przeszukują dno w mocnym nurcie płycizny Rzeki. Sprawdzam skulony krawędzie horyzontu, w złudzeniu, że Miasto tam nie sięga. A przecież doskonale pamiętam, że z jednej strony stoi most, który obiecuję sobie od dawna, a z drugiej kominy elektrociepłowni. Niby z przodu powinna już wyciągać szpony natura, ale i tam jeszcze spory kawałek betonu się rozrósł. Strasznie zakaźny jest taki beton. Bardziej niż bluszcz spływający z pni drzew w zielone plamy rozlane po szczytnickich, usłanych suchym listowiem bezdrożach.
PS. Jakiś ptak napiętnował mnie prawostronnie i na pewno coś to oznacza. Niestety – księga wróżb i czarów znajduje się poza zasięgiem, a proza wspomina wyłącznie o praniu.

No i jestem.
cały ja – zanurzony w warszawskiej jesieni, kiedy na przystanku, przez okno autobusu obserwuję, jak sroka pożera korę drzewa o niezauważonej przeze mnie odmianie. Później drzewa, z których gość w pomarańczowym smokingu strąca liście, żeby mieć jutro wolne.

Jesiennie.
Złapałem siebie na myśli, że jakoś nie zależy mi na nazwaniu wszystkich własnych pragnień; wyartykułowaniu czystym i schludnym, czy choćby pobieżnym zarzuceniu granic na galaktykę słów. Niech będą jak dywan z liści upleciony wiatrem pod jesionem (patrzyłem przez długość papierosa, dziwiąc się, dlaczego dzieje się tak, że pod kasztanowcami dywan jest chrzęszczący suszem, gdy jesion oddaje powiewom pełną zieleń). Niczym statki wokół portu, szukające bezpiecznej drogi powrotu wirują bezustannie zmieniając w piramidzie anonimowych istnień swoją hierarchię.

Z siatką na motyle.
Schorowany jałowiec przycupnął pod modrzewiem bez głowy. Wyglądali malowniczo – otoczeni niewzruszonymi sosnami i czerwienią dębów. Lekka mgła na Rzece kusiła oddalą, zapraszając na spacer gdzieś daleko, tam, gdzie nie ma już architektury. Kobieta z kiścią kolorowych liści i roześmiane nastolatki, staruszkowie grzejący się na ławce w oczekiwaniu na kurs autobusu, parę karetek raniących przestrzeń syrenami., zatłoczony parking pod marketem, kot z resztką ogona, wycieczka Niemców jak zwykle hałaśliwa i pewna siebie, wreszcie dzikie wino nabrało rumieńców na ścianie muzeum i most coraz bardziej niebieski, kurtki na rękach niczym kelnerskie serwetki…. W sumie bardzo wyrazisty dzień bez Rynku pozwolił sobie wyłowić całkiem sporo okruchów – dziękuję.

Czas.
Słońce wzniosło się ponad kratownice mostów i znów zrobiła się jesień. Z kolorowymi liśćmi przyklejonymi nocną wilgocią do chodników, pierwszymi czapkami, ubiorami, po których można poznać kiedy delikwent wyszedł z domu. Rzeka wyglądała nad podziw czysto, a chłód w jednym miejscu wyostrzał obrazy flory nadbrzeżnej, gdzie indziej otulał architekturę historyczną. W taki dzień, jeśli się trafi, dobrze jest stanąć na moście, patrzeć gdzieś daleko i zapomnieć o bożym świecie. A później, jeśli się trafi, zmienić most i powtarzać się na wciąż kolejnych, choćby dlatego, że ich nie brakuje.
W Rynku metalowa wystawa Golemów skręcanych śrubami, więc to jakaś podróbka.

Dumanie…
Co musi wydarzyć się w Mieście, żeby we wstędze chodnika oddał życie szczur? Od wczorajszego wieczora, nadwerężam własną logikę poszukując w miarę sensownego wytłumaczenia, jednak ani mi się przyśniło, ani też świadomość nie przyniosła zadowalającego rozwiązania. Widać – kryminał nie jest moją domeną.
Parę wersji:
-Od ponad stu lat szczury wyżerały tkanki bardzo już spłowiałych kamienic i źródełko wyschło. Rodzina wyrzuciła go na bruk, by tułał się wzorem psów i dzieci z tych okolic. Nieśmiały, może zakompleksiony wstydził się zbyt długo, by dojść do najbliższego ze śmietników i padł z głodu.
-Gwiazdy (??? – skąd wczoraj gwiazdy???) zauroczyły go tak, że nie dostrzegł wzmocnionej alkoholem agresji powracającej we wzajemnych objęciach i kopnięty, niczym pusta paczka po papierosach zastygł zabierając obraz do szczurzego raju
-Wyszedł biedaczysko na spacer i lekko się zamyślił, która to z bogiń wieńczy boczną ścianę narożnej kamienicy, albo dlaczego niedzielnym wieczorem sklep nie raczył być należycie oświetlonym, a tu, z pierwszego piętra spadło na niego uderzenie elektronicznej perkusji techno, hip-hop, albo innej odmiany hałasu w setce decybeli z hakiem i zawał dopadł niczego nie spodziewające się zwierzę.
Wystarczy…

Światła w mroku.
Nic nie poradzę, że polityka, czy plotki z wielkiego świata znaczą dla mnie mniej niż deszcz łzawiący oczy kamienic naprzeciw moich okien. Moknące, dawno nie odnawiane fasady ciemnieją, jakby się gniewały, że zakłócam ich starość, pies umyka przed moim wzrokiem, a może tylko przed wulgarnym dialogiem ścigającym go gdzieś zza rogu ulicy.
Nie zamierzam walczyć z obojętnością dla spraw dużych, obejmujących kontynenty, czy zgoła kosmos cały. Wolę wsłuchać się w zakrętkę słoika, która właśnie tańczy na potłuczonych płytach chodnikowych i dać jej jakieś małe, ciche znaczenie.
Mogę zostać ignorantem w świecie, gdzie ludzie nie pamiętają już liczby zer za pierwszą znaczącą cyfrą na jednym z wielu kont. Tu dogorywający „maluch” kaszle w ostatnim stadium gruźlicy, ostatnie piwa dopijają się na chodniku, bo zegarek barmana już śpiewa melodie powrotu do prywatności.

Oswojone tu.
Zabiedzony lew wykuty w piaskowcu udaje, że pilnuje stadionu. Przygląda mu się z wysokości płotu gawron z orzechem w dziobie. Chyba pamięta bajkę o kruku i lisie, bo milczy, chociaż kokietuje lwa głową. Jakaś młoda kobieta ozdobiona kwiatem słonecznika i dwa łabędzie zmieniające miejsce na Rzece, deszcz studzący gorące głowy i rzeźby na frontowych ścianach starych elewacji… W sumie nic, a jednak znajomo – przez swoją niedostrzegalną obecność poprawia nastrój.

Do m.
Po ostatniej wpadce z nadmiarem „ludzi” w pierwszych zdaniach przyszło mi znowu o nich…
No tak – bo są dla mnie świętem. Razem z sytuacjami i obrazami. Daty, to tylko martwe kartki w kalendarzu. Ciężko mnie zmusić do zabawy z powodu któregoś tam stycznia, czy września. Świętem była czyjaś postać daleko od domu i rozgwieżdżone niebo nad Miastem, kiedy nocą wracałem ciesząc się, że wreszcie jestem na swoich śmieciach. Przedmieście Oławskie, Biskupin, Sępolno, Różanka – a co mi tam – i tak ci, co mieli wiedzieć – wiedzą, a pozostali i tak się nie domyślą. Czasem wystarcza mi wirtualna obecność, innym razem tęsknię za rzeczywistością.


  • RSS