Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 11.2004

NE-SW.
Biała cisza – mokra i zimna leży tam, gdzie jeszcze niedawno wypatrywałem grzybów przez okna nie bardzo pośpiesznego pociągu. Bałwan wykończony wulgarnie zerka, jak droga pije wodę z jeziora, złamany świerk dogorywa, domki letniskowe marzną. Tylko brzozy odnajdują się w bieli.
Bliżej centrum pola i lasy przypominają łaciate krowy. Kleksy suchych traw nie dają się przygnieść mokremu śniegowi i rozpychają się jak żywe.
Wreszcie wieczorem odrzutowce wycięły pas na niebie odcinając księżyc od mroku. Może zmierzał tą drogą przez całą noc?

Mgliście.
Zgasły ulice i nawet deszcz (a może śnieg) zamarł. Wracałem wieczorową porą , czyli niby do domu szedłem. A, że po drodze jeszcze to i owo moją nadpobudliwość ruszyło przycupnąłem gdziekolwiek. Cieplej jakby, albo rozgrzany byłem ponad normę. I przypomniałem sobie coś – nie własnego, bo sam nie jestem w stanie wymyślić nic takiego, że jestem czasownikiem w trybie dokonanym. Prywatnie, to chyba wolałbym być przymiotnikiem, jednak odbierany jestem raczej jako rzeczownik. Nie wiem, czy ten bełkot coś znaczy i nie mam głowy się nad tym zastanawiać – czas minął.

Mgnienia nocy.
Z pól, w stronę przedwcześnie posiwiałego młodnika, przez mroczne drogi płynęły rzeki drobnego śniegu. Lis wybierał się właśnie na zbójecką wyprawę, albo próbował skryć się przed chłodem w pobliskich domostwach, gdy na asfalcie pojawił się jeleń. Piękne zwierzę potrzebowało trochę czasu by ustąpić miejsca samochodom; na szczęście nie zabrakło go. Ze znaków drogowych i tablic informacyjnych pozostały jedynie kształty. Śnieg związał się z brudem i osiadł na wszystkim. Jakby związał wspomnienie lata unoszące się w kurzu, skrępował je i przytłoczony ciężarem opadł na ziemię.

Park.
A w nim, oprócz chaotycznie porzuconych liści mgnienie porządku. Ktoś, nie wiem kto i po co usypał kopce wyschniętej zieleni. Podziwiałem (?) tę działalność przez jakiś czas, żeby w liściastym żeremiu dostrzec wreszcie niedbale zamaskowane wejście. Może jeż, może jakiś inny przedstawiciel mieszczańskiej fauny zagospodarował pustostan swoim drobnym istnieniem. Czyli – potrzebni są tacy, którzy uprawiają tę absurdalną sztukę hałdowania podłoża w naturze.

Notka laryngologiczna.
Pod ciemną spódnicą widnokręgu zdobioną bladymi jeszcze gwiazdami schował się świat rumiany od całodziennych uśmiechów tubylców. Bo słońce znów zaprosiło na randkę emerytów i przytulone pary. Kolarze odważniej i liczniej kręcili się po wąziutkich chodnikach, a wzrok sięgał dużo dalej niż wczoraj. Słyszałem nawet śpiewającą kobietę i dziewuszki, które nie klęły, chociaż uciekł im tramwaj. Słyszałem płaczącego wilczura przypiętego do bloku i myśli płynące w przestrzeń z oczu nieznajomych.

Wariactwo na opak.
Wiatr rozwiewa kobietom włosy, i strąca chmury liściastych trocinek z brzóz. Na chodnikach panoszą się kałuże, a choć próbują się ukrywać w szczelinach i nierównościach, to mimo wszystko smętnym okiem spoglądają na przechodniów. Szaro i buro. Aż się chce ubrać w jaskrawe kolory i dla kontrastu śmiać się pod niebo. Wygląda, że zarobiony jestem do tego stopnia, że nie mam czasu pracować. Upić się?

Koszyk wspomnień.
Przy wtórze irlandzkiej muzyki odkurzam czas zamknięty w przedmiotach nikomu niepotrzebnych, a przecież wciąż obecnych. Półtora metra gałęzi-węża z głową diabła znaleziony przy podejściu na górę Piekło, szkielet jeżowca niosącego na skamieniałej skorupie mapę nieznanego mi świata, nasiona sosny, katalpy, nasturcji, ostu i bóg jeden wie, czego jeszcze, drogowskaz martwego szlaku turystycznego, na który natknąłem się, gdy gnany potrzebą zszedłem z utartych ścieżek, rzeźby z kory wierzby, lub lipowego drewna, kryształy kwarcu, ametystu, kalcytu pośród innych bliżej nieznanych kamieni, uśmiechnięty demonicznie drewniany łepek nadający się chyba na otwieracz do piwa i łeb mrówkojada (raczej monstrualny), będący niegdyś korzeniem, sprawna maczuga, wietnamski kapelusz, świerkowa szyszka większa od innych, szyszki kasztanów jadalnych bez nadzienia i szyszki sosny kaukaskiej (chyba), szklane naczynia czekające bezskutecznie na wypełnienie, trzymane ze względu na kształt, zdrewniały jastrząb, a może mewa szuka sobie miejsca na ścianach, stare mapy pokrywają się kurzem, dezaktualizując się w milczeniu. Zdjęcia? Też są pośród książek, które dopiero chcę przeczytać, i tych, które chcę tylko mieć pod ręką. Pamięcią dotykam namiotu i plecaka – starszych od wszystkich wymienionych wspomnień, nieobecnych flanelowych koszul i welurów zachodzonych na śmierć dawno temu.
Z nadzieją przeglądam powietrze zgromadzone w korytarzu pomiędzy kamienicami. Wilgoć nie skrapla się, więc chyba ucieknę do lasu, porozmawiać z bukami, i może ostatni w tym roku grzybi naszyjnik zawieszę pod sufitem kuchennym.

Powroty.
Chłód gryzie w łydki, pocięta w bruzdy ziemia leży skostniała i bez życia, na widnokrąg spada Wielki Wóz, aż wystraszone Plejady zbiły się w świetlistą chmurkę. Tymbarkowy kapsel ma rację – „trzeba się cieszyć”. Nieśmiertelny papier w dużych ilościach zatoczył właściwe kręgi i nabrał mocy czerwonych pieczęci; kolejny akt, od którego już można odcinać kupony.

Czarnowidztwo.
Kolory zetlały w jesiennym krajobrazie, albo ukryły się przed wzrokiem, stając się wysuszoną powłoką tła dla czerni, chociaż szczególnego związku z zaduszkami nie odkryłem. Wczoraj zafascynował mnie widok czarnego biustonosza przerzuconego przez gałęzie korony jesiona na wysokości trzeciego piętra (gdzieś na marginesie doszły mnie słuchy, że miał intymne towarzystwo jeszcze trzech fragmentów tekstylnych tej samej maści, tylko wiatr je zabrał) – ileż porywających historii można byłoby mu przyfastrygować…
Dzisiaj gawron ścigał pod ziemią robaka. Niczym młotem uderzał w ziemię, a strzępki trawy sypały się dokoła. Moja cicha obecność nie była w stanie przerwać skupienia , w jakim oddawał się swojemu zajęciu. Domyślny robak powinien dysponować żałobnym uniformem stosownie do okoliczności, ale – czy to można zaufać robakowi? Wolałem nie przeprowadzać badań empirycznych poprzestając na sprawczej mocy wyobraźni.


  • RSS