Mgliście.
Zgasły ulice i nawet deszcz (a może śnieg) zamarł. Wracałem wieczorową porą , czyli niby do domu szedłem. A, że po drodze jeszcze to i owo moją nadpobudliwość ruszyło przycupnąłem gdziekolwiek. Cieplej jakby, albo rozgrzany byłem ponad normę. I przypomniałem sobie coś – nie własnego, bo sam nie jestem w stanie wymyślić nic takiego, że jestem czasownikiem w trybie dokonanym. Prywatnie, to chyba wolałbym być przymiotnikiem, jednak odbierany jestem raczej jako rzeczownik. Nie wiem, czy ten bełkot coś znaczy i nie mam głowy się nad tym zastanawiać – czas minął.