Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 12.2004

PS.
Wydawało mi się, że szaliki nosi się w celu osłonięcia szyi przed wiatrem i chłodem. Okazuje się jednak, że nie!. Szalik nosi się jako ozdobę. Wisi sobie taki szaliczek pod kołnierzem jako przeciwwaga dla monotonii wierzchniego okrycia, kontrastowy akcent szarpany wiatrem, gdy włosom się na podobną fanaberię nie pozwala. Albo taki pedant-biznesmen – rozpięty płaszcz do pół łydki, a spod kołnierza wystaje idealnie odmierzone dwa centymetry wstęgi szalika. Druciane oprawki okularów i uśmiech – dopiero on pozwolił mi rozpoznać w pedancie płeć piękniejszą. Czyżby na oczy mi się rzuciło?

Zdziwienia ostatnich dni.
W serwecie, albo pod nią ludzie potrafią nosić rozmaitości. Ale żywego psa? Kokardy nie dostrzegłem, więc chyba nie był prezentem, a w mojej okolicy nie ma lecznicy zwierząt. Czyżby to był jego typowy sposób podróży?
Na moście wiatr roznosił pióra gołębie. Zapatrzył się biedak i nie zdążył uciec przed samochodami. Fakt – Rzeka zmienia się z każdą godziną, raz pokryta cieniutkim lodem, kiedy indziej płynie gniewna tarmosząc wszystko co uda się jej porwać. Ale, żeby tak się zapatrzyć trzeba filozofa, albo naukowca. Gołąb – filozof?
W sklepie młodsza ekspedientka została zrugana przez starszą za to, że sprzedała mi pół chleba, bo tak nie wolno – bo piekarze nie przyjmują zwrotów połówek, w innym zabrakło dwóch preferowanych przeze mnie gatunków piwa. Zmieniam sklep.

Bełkot wczorajszy.
Kiedy pada, a nie bardzo wiadomo co, wystarczy pochylić się nad kałużą. Jeśli to coś wpadając robi „plum”, to znaczy, że pada deszcz, jeśli „plask” to będzie to śnieg. Co robi grad? Albo żaby? Wiem, jaki odgłos wydają ludzie, ale tutaj wolę go nie przytaczać.
Zresztą, to tylko dziecinne dywagacje filozoficzne. Przy takim hałasie na ulicach niewiele słychać. Łatwiej rozpoznać twarzą. Wystarczy zadrzeć głowę, żeby przyjrzeć się choinkom stojącym na balkonach, oświetlonych zgodnie z gustem właściciela. Przy odrobinie szczęścia uda się wtedy poczuć na policzkach charakter opadu, a przy nieco większym szczęściu nie wdepnie się przy okazji w pieskie odchody. Cóż – nie zapomniałem napisu na jakiejś skórze – „wszyscy siedzimy w gównie, ale niektórzy patrzą w gwiazdy”. Staram się patrzeć. Nawet kosztem obuwia.

Znów o tramwajach.
Wsiadam – bo co innego mi zostaje. Tuż obok numeru tajemnicza informacja zmiana trasy, co oznacza, że dojadę nie-wiadomo-gdzie. Toteż przyglądam się Miastu dość uważnie, chyba tylko po to, żeby podobne napisy znaleźć na nieomal każdym pojeździe szynowym. Można powiedzieć, że jeździ się z ciekawości. Dobrze, że czas sprzyja uśmiechom, bo już czuję te wiązanki kwieciste z ust szybciej pokonujących osłupienie.
PS. A tak? Obok dworca, który nie jest dworcem jeżdżą tramwaje, które nie powinny tam jeździć i też jest ładnie, bo fosa zamarznięta i lekko przyprószona śniegiem.

Wyliczanka.
Mam siedmiodniowy tydzień pracy, maksimum sześć godzin snu na dobę, pięciu pracodawców, czterech pracowników, trzy tygodnie delegacji miesięcznie w obce mrozy, dwie komórki i jeden wielki mętlik w głowie. Nie narzekam. Jest dobrze. Poznaję to po półce z książkami. Stać mnie na Marqueza za 15 złociszy i używane książki na tyłach dworca.

Woda.
Rzeka schnie, jak co roku na zimę. Tam, gdzie nie pozwolono jej płynąć swobodnie po prostu zamarza. Na sadzawkach mróz przytulił do siebie kaczki i łabędzie w coraz cieńszej przerębli. Fosa się trzyma. Może za dużo w niej ścieków, które nie potrafią zamarzać?

Zmiany
Zima przysiadła na ławkach, a starsze panie z małymi pieskami spacerują w trakcie przedświątecznych zakupów. Tramwaje i autobusy oszołomione chłodem zmieniły trasy wprawiając mnie w zdumienie. Cóż… Jakiś czas nie było mnie tutaj…

Niespodzianka.
Ostatnio nabrałem dziwnego zwyczaju bywania poza miejscem zamieszkania. Trochę to męczące, jednak korzystnie wpływa na wynik ekonomiczny. Właśnie udało mi się wrócić z kolejnej podróży – wiązanej – trochę samochodem, resztę rozpustnie z konieczności – IC. Ponieważ podróże sprzyjają lekturom i drobnemu spożyciu podzieliłem podróż na etapy adekwatne do rodzaju środka transportu. I w trakcie pierwszego etapu (na wszelki wypadek zaznaczę, że byłem pasażerem) nadmiar płynów należało jakoś wyrównać w dowolnie wybranym lesie. Natura przeszła samą siebie, nie pozwalając skupić się na fizjologii – w lesie rosły grzyby!!! Mrożone – fakt – ale w ciągu minuty trzymałem w ręku ponad pół kilo podgrzybków i kozaków. Patrząc w kalendarz uznałem jednak, że termin przydatności do spożycia minął, i choć z żalem i pachnącymi dłońmi zostawiłem je. W drodze do domu było już normalnie. Dziwki, pijacy, żebracy, a w oknach nieliczne już pomrugiwania telewizorów.

Rynek.
Wygrzebałem się na drobny spacer po Mieście. A tu już święta zaglądają w okna, deptak wydłuża się, a pan prezydent znów spogląda, jak dzieci bawią się na lodowisku. Powstrzymywałem nogi przywykłe do biegu, żeby przedłużyć tę chwilę; zakotwiczyłem w tanich książkach („Niskie Łąki” po 15,00 – wziąłem), pooglądałem świąteczne gadżety, chyba nawet zacząłem się uśmiechać do siebie. I tak jakoś mi raźniej, albo całkiem dobrze.

Wagary.
Cokolwiek bym nie powiedział na temat Bieszczad, to i tak nie oddałbym całości. Nawet teraz – najgorszą porą, kiedy buki pozbyły się balastu kolorowych liści, a śnieg nie zdążył ich przykryć, kiedy dzień zbyt krótki, żeby nacieszyć się widokiem – potrafią fascynować. Wystarczy, żeby gęste chmury przytuliły się do szczytów, a stalowoszara aksamitność nagich gałęzi pokryła się srebrnym nalotem. Drewniane chaty z resztkami gontów, zapomniane, daleko od innych, tam, gdzie sezonowy PKS przyjedzie dopiero na wakacje, barcie z dawno wybranym miodem i nieczynne smażalnie pstrągów z miejscowej hodowli. Rzeki – rwące, płytkie i kamieniste kołyszą snem drzew i tylko zapora pyszni się swoją wielkością. Nie śpi jeszcze dusiołek – leśny duszek – ponoć sympatyczne stworzenie, jednak czasu na rozmowę nie miał. Przywiozłem więc tylko portret wyrzeźbiony w drewnie, postarzony ogniem. Pewnie tam wrócę.


  • RSS