Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 1.2005

Modły.
Bóg znowu odroczył wyrok. Posypał świat podartymi w strzępy, niezapisanymi kartkami papieru, żeby nie ulec pokusie. Ludzie – zgarbieni, schowani w kołnierze i bladzi przemykają po ulicach bez śmiechu. Na bulwarze, zbite w ciasny krąg stado gołębi, równie milczące i skulone. Tylko jeden samczyk uprawiał zaloty z odmiennie upierzoną gołębicą. Na Rzece tafle śniego-lodu, który nie wie jeszcze, czy ma się rozpłynąć, czy skostnieć. Gipsowej kobiecie wyrastającej z liściastej kępy odpadł brzuch, drugiej głowa. Nieżyjące skorupy opuszczone przez żywych napełniają się dźwiękami modlitwy z pobliskiego kościoła. Być może pobrzmiewa w nich ona wraz z dźwiękiem dzwonów i oddają cześć niesłyszalnym echem w nadziei, że ktoś je wysłucha.

Na raty.
Zmarznięte kobiety snują się po ulicach chowając twarze we własne włosy. Słońce udaje, że go nie ma, przygnębiająca szarość i wiatr barwiący policzki. Wreszcie śnieg, a chociaż go nie lubię, to jakoś tak naturalniej. I śmieci pochowały się po kątach. Idę – uśmiechnąć się do codzienności. Może znajdę.
Dopisane.
Rynek, oglądany z wysokości ciut tylko mniejszej, niż ratuszowy zegar w bieli był cichszy niż zazwyczaj, choć ludzi nie brakowało. I zdążyłem się uśmiechnąć – polna myszka przebiegła mi drogę, lecz skąd wracała w zacisze kratki pod kamienicą – nie wiem.

Drapiąc się w brodę.
Dlaczego dopiero dziś tknęło mnie, że w Mieście sadzi się wyłącznie „pacynki”?
Tak – drzewka szczepione na dwuipółmetrowym pniu wystrzyżone w kulkę – najczęściej klony, szumnie nazywane kulistymi.
Na Rzece kaszka – rano ciemna, po południu już zabielona. Nic dziwnego, skoro kałuże nie zdążyły zamarznąć na dobre, a prognostycy wycofują się z zapowiedzi o nadchodzącej zimie.

Sielanka
Za oknem słońce próbuje oszukać stare mury i kwiaty na parapetach. I choć wieczorami wiatr sadza na trawnikach szron, a w dzień, na podwórku tworzy małe tornada, podnosząc śmieci i foliowe strzępy wirujące pomiędzy samochodami, to jednak na chodnikach można spotkać odważniejsze osobniki wąchające całym ciałem wiosnę. Rozpięte kurtki, minispódniczki (nawet!), spacery z psami dłuższe niż wymaga tego fizjologia czworonoga, no i oczywiście bramini – ich organizmy są bardzo wyczulone na temperaturę. Niczym cyganie wyczuwają wiosnę i wychodzą z podcieni. W plener. Karmić zmysły i skraplać je w sobie. Dzięki temu codzienne zakupy przestają być ekwilibrystyką.

Parę drobiazgów.
Mieszkające w parku bluszcze wybierają dęby, żeby sięgać do nieba. Może buki mają zbyt gładką, albo zbyt lśniącą korę? Tylko na jednym zauważyłem wspinającą się zieloność. Na pustych gałęziach wisiały jeszcze szyszki buczynowe, po które bluszcz wyciągał pięciopalczaste dłonie.
Na sosnach sąsiadują dwupokoleniowe szyszki.
Przedwczorajsza kacza parka nadal mieszka samotnie. Chyba własne towarzystwo im wystarcza za świat cały.
Zajrzałem krukowi w oko – ptakom trudno jest zajrzeć w oba.

W ptaszarni.
Cztery watahy gawronów próbowały rozpędzić mrok, w którym ledwo było widać ich czerń. Przenikające się, nieprzewidywalne fale dziobów i skrzydeł, czasem odpoczywających jak sczerniałe liście w koronach drzew. Były wytrwałe. Nad Politechniką, a może nad Rzeką granat zmiękł pastelowo.
Pół godziny później, na innej odnodze kaczor tak długo kłaniał się kaczuszce, aż ta, lekkim skinieniem pozwoliła się dosiąść. Niemal ją zatopił.
Kiedy wracałem tamtędy (czas jakiś później) przeciągał się zadowolony. Coś tam do siebie gruchali – dwoje samotników, gdy na sąsiedniej nitce całe stado oddawało się zbiorowym polowaniom.
Tylko łabędzie wyglądały jak góry lodowe – milczące pisały ogonami po niebie.

Tony Halik.
Ze zdezelowanej torby podróżnej wysypałem fale biegnące w poprzek Sanu, nieczynne szyby kopalniane na Śląsku, neony hoteli o nazwach odpowiadających imionom miast oglądanych, gdy snułem się po nocnych dworcach, obok wszechobecnej biedy, po zaśmieconych peronach i barach mlecznych. Są tacy, co mówią: „fajnie – zwiedzasz świat”, a ja myślę: „zwiedzałem Miasto nie do końca – szkoda”. Wracam, żeby przed lustrem zedrzeć żyletką miniony tydzień układając w głowie plan na nadchodzący…

Świat pachnie wiosną. Mokrą ziemią i wiatrem. Choć nie było jeszcze zimy. Ten zapach budzi we mnie sezonowe tęsknoty.


  • RSS