Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 2.2005

Mrowisko.
Korytarze wydeptane przez pokolenia, nie zawsze logiczne i ekonomiczne. Niektóre jednokierunkowe, a im bliżej jądra, tym ich więcej. Przelewające się posłusznie robotnice na rozkaz dudniący w ich głowach wędrują, by gdzieś coś poprawić, wprowadzić kolejną restrykcję, zwalczyć pojawiające się zagrożenie, powiększyć gniazdo. Czasami szczebiocą jak młode ptaszki, być może warkną czasami, lecz najczęściej cichutko, zamknięte w sobie modelują rzeczywistość. Nieodległą ciszę przysypanego śniegiem mrowiska rozprasza od paru dni łoskot spadających z dachów sopli. Strach podglądać witryny.

Spacer skondensowany.
Trzy kawiarniane stoliki i trzy samotne kobiety zabijające samotność słodyczami. Wszystkie kątem oka na chodniku – nieśmiało, cichutko, pozornie beznamiętnie. Pół godziny później przy jednym z tych stolików trzej hałaśliwi mężczyźni, gdy pozostałe puste i sterylne czekają. Rynek bezszelestnie pozbywa się śniegu, z deptaków powoli ciemnieją kleksy betonów i granitu, środkiem jeszcze ślady płóz. Natrętne reklamy i „Metro” szukają dłoni przechodniów. W fosie ciemna, napęczniała zieloność glonów. Dachy topnieją, znacząc ostrożny, zabiegany pośpiech wielkimi kroplami. Masowe jedzenie smuży się pomiędzy nosami przeczesującymi wieczny handel parterów kamienic.

M.V. Llosa „…bo każdy ma coś do opowiedzenia…”
Nogami w śniegu maluję swój dzień. Nie historię, bo to zbyt duże słowo, ale dzień. Przeplatam go z innymi dniami, albo historiami, mieszając chronologię zdarzeń. Popatrz – ślad bernardyna ciągnącego sanki z piszczącym z radości dzieckiem, a tam turlających się z górki, wypadających z sanek zaróżowionych ludzików, studenckie piwo marznące na jednej z nielicznych ławek, zanim ogrzeją je wnętrza wciąż myślące o sesji, krótki lot księżyca pośród drzew tulących w ramionach śnieżną watę, czuły pocałunek ukryty w mieszających się odciskach, gdy mniejsze stopy próbują dosięgnąć twarzy większych podeszew.

Zmiany.
Tam, gdzie parę dni temu szukałem miejsc, w których można byłoby przejść przez Rzekę suchą stopą skacząc po kamieniach dzisiaj płynie mętny gąszcz z rozmiękającą krą. Przystrzyżony mimo zimy trawnik, łącznie z górką na której pyszni się reklama Volvo zabielony – imituje arktyczne pole golfowe. Wiewiórki dobierają się do szyszek, odgryzając przy okazji sosnowe miotełki z końców gałęzi.

Labirynt Borges`a.
Kolejna doba w podróży na 1000 km, ze snem w pociągach i autobusach. W jednym z tych przypadków do przewidzenia zwiedziłem starówkę miasta na wschodniej ścianie. Rozpuściłem nogi, żeby w przerwie podróży w godziwych warunkach piwa się napić. I kiedy już miałem zrezygnować z godziwych warunków, albo piwa, trafiłem do stylowo i absurdalnie urządzonej knajpy. Lustra prześwietlające zakamarki, ukryte sale, załomy, przejścia przebite w grubych murach. Reprodukcje na ścianach i obrazy zwielokrotnione, odbite echem od luster i oświetlone lampami-witrażami. Gdzieś po sąsiedzku zapewne czesała dłonią włosy blondynka o zamglonych marzeniami oczach, a lustra parodiowały te gesty to lewym, to prawym odbiciem. Zagubiony w powtórzeniach powoli zacząłem uważać ją za przelotną znajomość z dna pamięci – tak chyba czyni większość facetów dostrzegając atrakcyjną kobietę („czy my się przypadkiem nie znamy?” – kicz powielany w tak wielu odmianach, lecz zawsze jednokierunkowy – bo kobiety stosują subtelniejszy szyfr pozwalając, lub nie na zaczepienie, by mitomana, któremu „się wydawało” zostawić sam na sam z własną twarzą, gdy nie trafił, lub nadinterpretował). I jeszcze barmanka – w obcisłej białej bluzeczce z wytatuowanym na niej złotym znakiem zapytania pomiędzy piersiami.

Brzydki jest ten świat.
Kulawy gawron na asfalcie i kamieniołom dna Rzeki punktowo przykryty rozpadającym się dywanem, trawniki – samosiejki grząskie i lepkie, choć jeszcze niedawno stanowiły lodowisko tam, a kamienice gdzie indziej. Miastem wciąż rządzą mrówki w odblaskowych barwach i sieją beton, zaglądając we wciąż nowe strony projektów. Pojawiam się w tych samych miejscach, choć bez regularności metronomu, „gram w klasy” na płytkach chodnikowych, lecz częściej przeskakuję ponad beztrosko porzuconymi bobkami, dostrzegam rabaty wysadzane tak bogato podobną zawartością, że aż się boję myśleć, co byłoby, gdyby zima trwała parę miesięcy dłużej. Ciepłe, śmierdzące chmury spalin gaszą słońce, dopiero przejazd wypchanego po sufit TIRa rozpędza je ponad zmysły. Do tego wszystkiego skondensowany hałas o linii melodycznej akceptowalnej wyłącznie w awangardzie chaosu. A ja chciałem się dziwić, że ludzie uśmiechają się rzadko…

Z uśmiechem.
Deptałem dzisiaj stare, albo stylizowane na stare granity. Kostka różnej wielkości leżąca na chodnikach, a czasem i na jezdniach. Bardzo popularnym motywem są liście miłorzębu – chyba, że to tylko mi się tak kojarzy. Lejki stojące na sobie, ale co tam – słońce świeci tak, że nawet poczerniałe cegły kościołów i muzeów wyglądają na zadowolone. I spatynowane rzeźby z metali zawierających miedź nie są dziś czarne, a zielenią się. Na Rzece pasą się gołębie, a w zakolach dziadkowie uczą wnuki ślizgów. W takim Mieście łatwiej myśleć o łyżwach, niż o sankach, bo śnieg jakoś się tu nie trzyma.

W królestwie spodni.
Po wczorajszych, szczypiących policzki spacerach dzisiejsze słońce uśmiechało ludzi i topiło lodową skorupę kałuż w miękko-lepkie błoto. Dogoniła mnie myśl (równie wczorajsza), kiedy zastanawiałem się, dlaczego jedno koryto Rzeki wyschło tak, że kaczuszkom – jak w dowcipie – woda ledwie sięgała po brzuszki, a sąsiednie kompletnie zamarzło w trzech rozróżnialnych pasach. Zaraz potem zacząłem dostrzegać spódniczki. Kto wie, czy nie kręciłem głową z podziwem, bo jak na tę zimę, to ujemność temperatury była nad wyraz odczuwalna. Wczorajsza fanaberia zgasła dzisiaj – czyżby było za ciepło?

Śpię.
Każdą w miarę wolną chwilę poświęcam na tę nieskomplikowaną czynność. Naoglądałem się śpiącej natury, której wiatr strącał z ramion śniegowe czapy, maskując w ten sposób ślady jeleni, dzików, lisów i zajęcy. Na białych polach można je było dostrzec, jeśli chciało się wpatrywać w przemijające kadry krajobrazu. Koła pociągów wciąż wystukiwały rytm powtarzanego monotonnie niczym mantra pytania: „a teraz gdzie?”. Otwierają się nowe kierunki, wyzwania, którym nieodmiennie mówię – wchodzę – choć to nie poker.

Obrazy z podwórka.
Zaczyna mnie boleć gardło, kiedy patrzę na gołębie pijące z kałuży. Wcześniej własnymi nóżkami musiały ją rozmrozić, bo jeszcze niedawno była skuta lodem. Jak wczorajszej nocy ulice. Poszukiwacze śmietnikowych skarbów krążą niestrudzenie, i żaden nie odchodzi z pustymi rękami. Aż się zastanawiam, czy ja za wiele nie wymagam od życia…


  • RSS