Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 3.2005

Raport ze sklepów.
Wielki pies z wolnością ograniczoną sklepową kratą leżąc w drzwiach bynajmniej nie pilnował elektronicznych gadżetów – wąchał wiosnę. U szklarza zadbany kot przeglądał się w lustrze na witrynie. Ekskluzywna bielizna – nie ciesząca się specjalnym powodzeniem w biednej okolicy – roztaczała swój urok tylko przed ekspedientką, która zgięta w pół, fantazjującymi dłońmi przymierzała w wyobraźni jedne z nisko wiszących fig. W spożywczych nerwowa skleroza – powroty i drugie podejścia po zapomniane sprawunki. Podobnie w warzywniakach. W monopolu zdecydowanie i spokój, jaki daje pewność z góry ustalonego wyboru.

Wesoło mi.
Pierwsza tego roku mgła nie wiem czemu, ale ucieszyła mnie. A tym bardziej słońce – rozpinające kurtki i skracające spódnice. Chyba stałem się życzliwszy ludziom, i to z wzajemnością. Pouśmiechaliśmy się, pożyczyliśmy sobie świąt udanych i nie klęliśmy na wszystko, choć powody pewnie znalazłyby się. Wykąpany w mleku i wyzłocony słońcem – idę. Jeszcze raz przyjrzeć się światu.

Powiew przeszłości.
Moja „Wróżba Na Dzień Dobry” pojawiła się znów. Na innych nieco szlakach, i już jako mamusia, ale… Pewnie imaginuję sobie, jednak ptaki zaczęły śpiewać, słońce ogrzewa fasady budynków, a ja się uśmiecham. Jest dobrze.
Jeszcze parę osób, które zniknęły – ciekawe, czy wrócą? Może czas zapętla się w kolejnych obrotach dając rzeczom drugą szansę? Myśl nie nowa – tłucze mi się po głowie, że ludzie spotykają się dwa razy.

W słońcu.
Po trawniku biegały zeschłe liście, gnane wiatrem w koło drzewa. Kobiety z włosami spiętymi w kolorowe pędzelki albo zapomniały o kurtkach, albo przynajmniej zrezygnowały ze spodni. Pora zacząć szukać zielonych pąków.

Zwiad.
Skąd leciałoś nasionko bożodrzewu wirując ponad chodnikiem w bardzo niegościnnych dla natury stronach? Przecież na dachówkach, czy okapach z blachy ocynkowanej drzewa nie rosną. Na tej ulicy w ogóle drzewa nie rosną. Więc skąd ta wysuszona, spiralnie skręcona powłoczka szukająca schronienia w trzech ziarnkach piasku pomiędzy puzzlami?
Pomiędzy „pancernikami” młoda ekspedientka czyściła szyby kiosku z hamburgerami, i chociaż wiedziałem dokładnie co robi, nie potrafię się uwolnić od skojarzenia, że tańczyła.

Zima w odwrocie.
Schną granitowe chodniki z czarnymi żyłami pęknięć i tylko zabrudzone kupki śniegu niczym zgliszcza wegetują na marginesach. Uczciwie trzeba przyznać, że przynajmniej na mojej ulicy są one rzadsze od rozdeptanych elementów przemiany materii psich organizmów. Dni już nie zakłócają spadające z dachów sople. Błoto podwórza klei się do podeszew, co nie przeszkadza tylko dzieciom i kundlom odwiedzającym wciąż te same drzewa. Młode mamusie wietrzą zimowe pociechy w głębokich wózkach, rozpięte kurtki, spódniczki, lecz jeszcze bez euforii. Na wiosenną radość trzeba trochę poczekać.

Rzeczywistość?
Pośród setek elektrycznych gwiazd jedna prawdziwa… chyba…
Chociaż może jest tylko złudzeniem, wspomnieniem minionego, którego światło brnie do moich oczu dawno po rozproszeniu materii. Więc, jeśli słońce postanowi zgasnąć już dziś, to może jego blasku dla mnie wystarczy? Gorzej, jeśli takie postanowienie podjęło już dawno temu. Nie mam ochoty liczyć, do astronomii też jakoś mnie nie ciągnie. Łatwiej patrzeć niżej, porównując przedwojenne zwieńczenia kamienic i ich uproszczone, stechnicyzowane odpowiedniki współczesnej geometrii. Nieudolne naśladownictwo zrodzone z oszczędności. Nie ma czasu na ozdobniki. Kto by je zresztą oglądał? Turyści i marzyciele
PS. Okazało się, że jedną z najlepiej znanych w świecie ulic mojego Miasta jest ta, której ludzie nie skalali remontem od sześćdziesięciu lat – niedaleczko – przecznicę stąd.

Kiedy sypie w oczy.
W jednym z moich niemożliwych światów myśli mogą się roztapiać albo kryć pod kurzem śniegu – jak teraz Miasto, choć ma inną pamięć niż ta, którą ja dysponuję. Mogą też podążać zamarzniętym korytem Rzeki, zostawiając w otulinie śniegu ślady wiodące na horyzont. I chociaż to niewiarygodne – przecież widziałem je stojąc na jednym z wielu mostów kilka dni temu. Pośpieszne, uciekające, w samej osi nurtu – nie, nie moje – ja potrafię tylko gadać…

Myśli z godziny 15.00.
Zatonąłem w nie swoich zdaniach. Bo zdarza się, że czytając nie szukam fabuły, odkrywczych treści, czy porywających prawd. Czytam… ba… czasem przeglądam wyłącznie, wczepiając wzrok w wybrane zdania-akapity, szukając dobrych zdań.
I nieważne, czy wracam z wybrzeża, czy jadę w Bieszczady, kiedy napotykam takie rodzynki: „słońce – przyjaciel kotów”, albo „żeby zmarnować trochę czasu idę wolno przez plac”.
Czuję się nieudanym kameleonem, którego myśli imitują to, co właśnie czyta, chociaż zunifikowana czcionka obnaży oszustwo ręcznej notki. Więc może lepiej jest skupić się na rzeczach prostych, takich, jak ukryty pod śniegiem leśny bieg strumienia, w meandrach zamaskowanych zmierzający od jednej, do drugiej ludzkiej obojętności. Albo poddać się głodnemu wzrokowi lisa bezsilnie przyglądającego się sarnom pasącym się na cudem wymiecionym ze śniegu polu – jedynym prostokącie w zasięgu wzroku, który obronił się przed bielą…


  • RSS