Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 4.2005

Wałem.
Zamiast wsiąść w komunikację miejską i przedzierać się przez zatłoczony plac (czujący już/wreszcie oddech projektu przebudowy) wykonałem pląs nogami i poszedłem w meandry Rzeki. Skrótem okazało się szybciej niż sądziłem, więc wagary stały się pożyteczne. Obok ogrodu zoologicznego, który niestety zbyt łatwo kojarzy się z dzikim wysypiskiem, przez niebieską kładkę, łąki wracałem niespiesznie do domu. Znalazłem w końcu swoje fiołki, pomedytowałem nad czarnym kormoranem, trzema czaplami siwymi i bodajże czterema hałaśliwymi pelikanami. Na moście chyba nawet coś śpiewałem (coś jakby „bledną kolory i płynie rzeka bez końca”) i testowałem swoją znajomość topografii z dziedziny sterczących budowli. Wieża ciśnień zwyciężyła – ponura, ciężka budowla stercząca niczym twierdza w środku terenów MPWiK.

Randka.
Usiadłem ze słońcem na ławce. Lenistwo z premedytacją – w parku, pod strojącymi się już na wiosenne gody kasztanowcami. Zbłąkany, niedojrzały kwiat lipy wdarł mi się za kołnierz, gołąb bacznie, choć bez lęku zajrzał mi w oczy. Na trawnikach zabójczo pachniały geometryczne wzory kolorowych bratków. Kwitnące pokrzywy, stokrotki i kaczeńce otulone wiatrem niosącym dźwięk dzwonów kościelnych z Ostrowa, ciepło-słodkie słowa młodych matek i beztroską radość wycieczek szkolnych. Pośród nurtu, równie jak ja leniwego, w powodzi śmieci krążących bez celu pierwszy tego roku perkoz stroszył pióra.


Biegnąc przez most kątem oka dostrzegłem eskadrę łabędzi. Gdzieś obok wędkarz właśnie wyciągał z wody niezbyt okazałego leszcza przy cichym niezadowoleniu pary kaczek. Przegapiłem rozkwit zieloności i pierwsze fiołki, radość psów spacerujących wciąż dłużej, tysiące nieważnych spraw obcych ludzi, wiosenne roztopy uczuć. W sumie dużo. Nic – dające cichą satysfakcję, że pomimo wszystko można się cieszyć w rozgrzebanym coraz bardziej Mieście.

W przedświcie.
Miasto powitało mnie pokrzykiwaniem ptaków w przydworcowym, cisowym gąszczu i bębnieniem kropel po blaszanych parapetach, chodniki ktoś posypał skórkami z mandarynek. Samochody (jak zwykle) dokądś się spieszą, a zapóźnieni przechodnie, lekko się prowadząc dla zachowania równowagi dryfują do domów. Dwie dziewczynki zbierają ręcznie śmieci do reklamówki i chyba trochę się wstydzą, że nie zdążyły zanim nadszedłem. Wróciłem – bogatszy o niedospane noce i kilka historii z pociągów, z zarostem adekwatnym do … a co tam – i tak zbyt często nie zaglądam do lustra…

Usprawiedliwienie.
Nie piszę, co nie oznacza, że nie widzę. Po prostu oglądam świat w coraz większym pośpiechu i jakby ciut nie tam, gdzie dotychczas. Kogo interesują zakurzone piwnice, w których jedynym kolorem jest róż trutki na szczury, kiedy na zewnątrz wiosna przepalająca kurtki na plecach, kwiląca świergotem i pierwsze żółte kwiaty wychylające się z trawników. A gdy już znalazłem chwilę wolności jakoś wolałem rzucać zeszłorocznymi szyszkami w pnie buków i sosen w masywie najbliższej góry w okolicy, niż obserwować własne „robaczki” na monitorze.


  • RSS