Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 5.2005

Miasto po wojnie.
Wystarczyło parę minut, żeby potężne topole pozbawiły ludzi samochodów i sparaliżowały komunikację. Wpław, przez pół świata wracałem do domu, zatrzymując się przy bardziej okazałych zniszczeniach – samochód, z którego nietknięta została tablica rejestracyjna, plac przykryty dywanem równiutko leżących drzew, rondo odpoczywające pod podobnym ciężarem, trakcja i sieć energetyczna pijąca wodę zerwanymi przewodami. Źle to wróży topolom miejskim. Zbyt są kruche, żeby tu rosnąć. I to one przeważnie były powodem łez i przekleństw.

Otóż.
Dzień – tak jak poprzedni przypomniał, że już pora zacząć poważnie myśleć o wakacjach. Tymczasem praca. Długi weekend, prócz nieustającego potu, składa się jak do tej pory wyłącznie z priorytetów – co najpierw. Dzisiaj stanęło na zwiedzaniu i robieniu fotek, które z działalnością twórczą niewiele mają wspólnego, a dają nogom ostry trening kondycyjny. Cóż – nawet w skrajnie niesprzyjających okolicznościach można odkryć cień perfekcji. Tzw. „międzyczas” dostarcza wrażeń nieprzewidywalnych, niemniej cieszących zmysł estetyki – pani sprzedająca jabłuszka, przycupnąwszy na jednej ze skrzynek opalała się w najlepsze przed kioskiem, eksponując owoce (dość niedbale skrywane pod wydatnym dekoltem), które przewyższały jakością, barwą i kształtem zawartość skrzynek. Pomysłowość ludzka – i przewrotność zarazem prześcigają się w pomysłach nad minimalizacją tekstyliów, w gruncie rzeczy niewiele zmieniających stan faktyczny – facet, którego stać na ekstrawagancję nie zwracania uwagi na kobiety stanowi margines niezrozumiały absolutnie dla zdecydowanej większości „samców”. Nieśmiało sądzę, że działa to w obie strony.
Zaczęło się lato!

Powroty przez naturę.
Rzeka zabieliła się i zmętniała od waty, której miękkie kłębuszki opanowały przestrzeń powietrzną o małym znaczeniu strategicznym, tj: na wysokości wzroku ludzkiego. Wiewiórka stojąc słupka niczym świstak przypatrywała się światu z ciekawością, młode kaczki zostawiały na wodzie ślad podobny śladom odrzutowców na niebie, w gęstwinach zarośli kwili następne ptasie pokolenie. W ogrodzie zoologicznym dwa pelikany przytulają się do siebie nie zwracając uwagi na posępne, niemal namacalne milczenie czapli-samotniczek.

Mantra.
Miasto opanowały nasiona topól. Nawet Rzeka aż zmętniała od puchu dryfującego z prądem. Odkryłem ulice, na których pogwarki ptaków są odgłosem dominującym. Aż się chce zapomnieć choć na chwilkę o hałasie, zamknąć oczy i zwolnić. Z tej beztroski zacząłem bawić się widzeniami-słowami: „parkuje koparka koło parku”. A i data dostosowała się do tej mojej harmonii…

Kontrasty.
Może krótko – jeśli ktoś koniecznie chce zobaczyć Miasto od możliwie najgorszej strony, to powinien tu przyjechać pociągiem. Po raz nie wiem który dziwię się widokiem, który przecież się nie zmienia. Po drodze, na polach zażółconych pachnącym rzepakiem plama rdzy lisiej, pierwszy bocian, parę bażantów i myszołowów, a za chwilę pociąg wjeżdża w brud, w sypiące się kamienice, w sterty śmieci i gruzowiska taboru kolejowego. Śnieg, czy nawet uśmiechnięte słońce nie sprawią, że ten widok można pominąć, albo potraktować przychylniejszym okiem. Jedynie bliskość domu trochę wytłumia negatywne skojarzenia.

Majówka.
Zlęknione dni, w szarzyźnie, kiedy szynami tramwajowymi płyną wartkie strumienie chyba już minęły. Ubrania gwałtownie tracą rękawy, damskie bluzeczki znowu skurczyły się odsłaniając sztucznie opalone ciała. Na sąsiedniej ulicy następny film o wojnie – bo tylko tam można jeszcze znaleźć autentyczne, nietknięte remontem elewacje. Miasto śmieje się Juwenaliami, a wtórują im klaksony TIRów. Braminka – poszarzała, jakby minionej zimy przybyło jej dwadzieścia lat. Apatycznie, z wysokości schodów spogląda martwym wzrokiem na przechodniów niespecjalnie zainteresowanych oferowanym bzem i konwalią. Knują się wakacyjne plany, choć dopiero co przedefilowali w odświętnych mundurkach maturzyści i komunijne dzieci.

Zwidy?
Sprawy całkiem dla mnie nowe sprowadziły mnie nad miejską fosę w godzinach popołudniowych. Z jednej strony słońce wesoło baraszkowało pomiędzy drzewami, swojska fauna korzystała z dobrodziejstw ciepła, a z drugiej, na równoległej do fosy ulicy zupełnie typowe natężenie ruchu. Tymczasem w wodzie, niczym podwodne dalmatyńczyki pływały sobie chińskie rybki. Detal zupełny – po pół metra sztuka. Atrakcja pomyślałem – jest na co popatrzeć. Zrobiłem może ze dwadzieścia kroków, gdy natknąłem się na żółwi łeb ciekawie rozglądający się wokół. No! Teraz, to już oderwać oczu od wody nie mogłem. Za żółwiem (nie jestem pewien, czy nie było ich małe stadko, choć może to już dorobiona po czasie mitologia) zobaczyłem coś większego leniwie dryfującego po mizernej fali. Na szczęście była to już prozaiczna, czarna reklamówka, której nie chciało się utonąć. Na szczęście dla moich oczu…

Zaloty.
Miasto niepostrzeżenie zabarwiło się różem tamaryszków, białą kiścią kasztanowcowego kwiatostanu i fioletem bzu, pachnącego bardziej słodko, niż najwyszukańsze kosmetyki. Chociaż nadal jest raczej zimno, to już seks zaczyna dominować w przestrzeni. Nawet Rzeka – chyba w poszukiwaniu towarzystwa płynie Miastem parami – a choć ma przecież młodsze siostry, to jednak sama z sobą gaworzy pod sąsiadującymi mostami o bliźniaczych nazwach. Stare mury wygrzewają w słońcu liszaje, mała dziewczynka z uśmiechem przytula się do swojej łasiczki, bramini niespiesznie migrują w plenery. Pojedyncze, ostatnie już budynki, oglądane z drugiego brzegu przypominają uśmiech szczerbatego, który najadł się glonów – wszystko przez świeżą zieloność drzew.

Natura.
Dwie garście nieśmiałego deszczu i dwie słońca – wymieszane, przenikające się wzajemnie, na cały dzień rzucone w Miasto, ścigały się która zmierzch zapowie.
W fosie miejskiej, pośród krzyżówek, jedna przerastająca inne o długość mokła jakby bardziej. I różowe sweterki młodych kobiet- te ukryte pod kurtkami, i te zbyt krótkie, by osłonić choćby pępek, kiedy ja wspominam zieleń malachitu. Z rozmów wieczorem podsłuchanych w tramwaju – na Śnieżniku wciąż śnieg, a deszcze padają nie tylko tu. Noc kamieni nigdy nie znalezionych, i tych, które już zdobią gabloty muzeów.

Żywotność.
Deszcz niewidzialnymi kroplami leniwie opadający w nurt i zamglone niebo nie przeszkadzały kaczce przyglądać się z kamiennego obmurowania nabrzeża, jak jej współplemieńcy rywalizują w Rzece o wciąż nadpływające nowe kąski. Topole w karnym szeregu, niczym weterani walk, o ciałach porytych głębokimi bruzdami również nachylały się nad wodą. Jeśli tak głębiej się zastanowić, to liczba topoli rosnących na niezbyt gościnnych chodnikach jest porażająco duża. Ciekawe, jeśli wziąć pod uwagę ich kruche gałęzie, corocznie wycinane sponad trakcji i jezdni, lub zwalane silniejszym porywem wiatru. Niech sobie mówią, że to chwast wysysający wokół siebie wszystkie żywotne soki. Dla mnie jest kozą świata roślin – żeby przetrwać zeżre nawet to, co innym wydaje się niestrawne.


  • RSS