Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 7.2005

Myśli znad stolika.
Z braku czasu, a może dlatego, że zwiedzanie stert gruzu jakoś nie wydaje mi się sensowną propozycją na spacer zwiedzam obce miasta. Dość często i raczej pobieżnie. Ciche mieściny, w których wszyscy się znają, a na rynku nie ma nawet jednego baru w którym można zjeść cokolwiek innego niż tanie wino, czy rozcieńczone piwko. Owszem – stołuję się również gdzieś poza domem, a chociaż cokolwiek wybredny się stałem ostatnio, to jeśli pozwolę żołądkowi pocierpieć chwilę dłużej niż zwykle, to przeważnie trafiam danie, które nie przyprawia mnie o rozpacz. Nazwijmy to koniecznością, przymusem, czy jakkolwiek bądź, jednak i na wygnaniu można nacieszyć się cudzymi widokami. A dzisiaj, to nawet zwiedzanemu miastu powiedziałem, że mógłbym w nim zamieszkać. I to wcale nie dlatego, że zakład optyczny pysznił się nazwą „OKO”, dach katedry przypominał czarny, błyszczący zamsz, a piersi dziewczyny siedzącej dwa stoliki dalej niż moja lasagne (nie dam głowy za te włoskie nazwy – cztery strony menu rozkojarzyły mnie wystarczająco, żebym zapomniał nazwę tego czegoś na talerzu) już obiecywały komuś ciepło-miękkie zapomnienie.

Wyliczanka.
Dwa nietknięte miesięczniki czekają na trzeci. Kurz znika wyłącznie z często używanych rzeczy, zarost… czasami tylko. W lesie, bez kapelusza, korzeń wyrośniętego kozaka leniwie pożerany przez ślimaka, któremu nie przeszkadzają kaprysy aury i ciepłe jagody, jaszczurka bez ogona i wężyk lśniący w wysokiej trawie, pęczniejące żołędzie i gnijące pniaki. Pięciominutowe wagary gdzieś pomiędzy wioskami i nieustającymi rozmowami. Ze zdziwieniem zauważyłem, że telefon, z którego rozbieram się do spania wyłącznie został w samochodzie. Uff… nie przyrosłem do niego… Pocieszające też, że zwiedzam o wiele bliższe miejsca niż dotychczas. Miasto – niczym Troja – co krok człowiek potyka się o wciąż nowe wykopaliska, z tą jedynie różnicą, że wydobyte skarby lądują na wysypiskach, a nie w muzeach.

„Piekło-niebo”.
Ta sama ulica, która nocą tętni śmiechem, okrzykami i wulgarną bezpośredniością młodych ludzi rano wypełnia się starszymi. Ci przygarbieni, po cichutku, z siatkami pełnymi obiadów niedzielnych znoszą do domów zapasy gdy słońce bawi się kładzeniem cienia zbyt nisko, żeby dotknąć chodnika.

Posucha.
Jałowy jestem, jak kurz niesiony wiatrem po niebieskim moście – tym w permanentnym remoncie, po którym przyszło mi chodzić codziennie. Schnę, choć widoki soczyste kuszą niedostępnością. Słońce wypala dziury w starych tynkach, zagląda pod parasole, gdzie piwo traci swój chłód zanim na dobre podniesie się je do ust. I lepki jakiś się zrobiłem, choć do tej podziemnej żaby (nieodległe „Metro”) daleko mi jeszcze.

Zmienność.
Niczym dzień i noc zachowuje się pogoda. Ludzie i ich stroje również. Nawet Rzeka przebiera się. Teraz w grążelach, z falującymi włosami wodorostów mruczy stare melodie przy wtórze tegorocznego lęgu kaczek. Może Miasto zostanie niezmienne? Na to również nie ma co liczyć. Plany modernizacji sięgają wciąż nowych miejsc – z ciekawości wstanę o świcie, żeby się przekonać, jaki wpływ na codzienność i monotonię spacerów do tam mieć może zasłyszany kątem ucha remont mostu. Może to tylko plotka?

Garderoba wakacyjna.
Kiedy starsza kobieta wraca do domu boso, niosąc pełne reklamówki, to bynajmniej nie jest pijana. Po prostu bolą ją nogi i woli je kaleczyć na nierównościach betonu, niż katować obuwiem. Koszulki dziewcząt coraz bardziej przypominają staniki, a ze spódniczek dałoby się wykroić najwyżej dwie chusteczki do nosa. Niby przyzwyczaiłem się, że bielizna „odchudziła się” do granic, w których trzeba jej mozolnie poszukiwać wzrokiem, jednak czasami mam wrażenie, że to nie bielizna, a wyłącznie szwy na wewnętrznych stronach sukienek.
Cóż… Ja też potrafię zamknąć się w czterech, może pięciu szmatkach wliczając w to klapki.


  • RSS