Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 9.2005

Jesiennie.
Świat pachnie już wilgocią – tą nadciągającą ze zmierzchem i flirtującą do świtu z jeszcze zielonymi drzewami. Chociaż zapach mokrej ziemi niknie w okolicach obiadu i można nieźle się spocić spacerując po rumowiskach przyszłych ulic.
Rozumiem wędkarzy siedzących w pontonach gdzieś pośrodku nurtu. To znaczy rozumiem ich w przeciwieństwie do tych, którzy wchodzą w Rzekę na dwa-trzy kroki w butach po pas – ci zdumiewają mnie nieodmiennie – zupełnie nie widzę w tym żadnej logiki. Klub niezdecydowanych samobójców?

Trójkami.
Poszedłem dzisiaj tam, gdzie wieczorami nie polecam spacerów. Może na wyrost, jednak, kiedy widzę słodką dziewczynkę w sukience bawiącą się sztachetą, na sąsiednim ciemnym i dusznym podwórku trójkę urwisów w wieku około siedmiu lat wyładowujących nadmiar energii na odrapanej blasze drzwiczek złącza kablowego w śmierdzącej uryną bramie, a na ulicy następną trójkę nieco starszych straszących ciałem i słowem nadjeżdżające samochody, to coś w tym jest. Starsi tubylcy, którzy sami kiedyś byli chyba odbiciem tego, co się dzisiaj dzieje w przeszłości chodzą skuleni i przygarbieni, a torby noszą mocno przyciśnięte do siebie. Przy bankomacie zazwyczaj siedzi sobie kilku młodzieniaszków z niepierwszą puszką piwa w ręku – strach podejść po własną kasę. Może to jakiś dzień trójkowy – młode kobiety i starsze dziewczynki również w takich zestawach przemierzały okolice. Jak sięgnę pamięcią, to w stanie wojennym tę okolicę nawet ZOMO patrolowało wzmocnione o trzecią parę nóg (głów niekoniecznie – chyba, że doliczę psa).

Kobiety z autobusu.
Chyba poprawia mi się optyka. Dostrzegłem starszą kobiecinę, która wciąż z trzema reklamówkami, któryś raz z rzędu, wybiera ten sam kurs co ja, chociaż zmieniam godziny stosownie do konieczności. Nawet siada wiecznie w tym samym miejscu. Trochę się boję, że to android zaprogramowany na powtarzalność zdarzeń ze mną w tle.
Inna – również niemłoda kobieta najpierw poskarżyła się sąsiadce na wzrok, poczym zapytała roztargnionego studenta: „proszę pana – czy mi odbiło?”… Hosanna! Uśmiech nie znikał mi z sumienia, chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę, że pani pytała o cyferki kasownika na bilecie.
Wreszcie młodsze kobiety zerkały na mnie jakby ciut dłużej niż zwykle. Może dlatego, że wreszcie widzą mnie ogolonego. Szczególnie pani z bladoniebieskim spojrzeniem i bielizną w kolorze (nomen-omen) białym, z którą skrzyżowałem wzrok niejednokrotnie pomiędzy przystankami wśród dębów piramidalnych.
Mogłaś wykazać więcej zaangażowania…
Ja również…

Znowu Rynek.
Z pachnącymi cytryną lub egzotycznym kwiatem kobietami, rozmawiającymi w różnych językach. Z ogródkami, z których mniej dyskretne wonie wielonarodowościowego jedzenia snuły się leniwie pomiędzy oswobodzonymi dekoltami, kamerami video, zielenią szczepionych klonów formowanych w kule. Z Placem Solnym, na którym kwiaty przebijały się przez wielobarwne reklamy wciskane nieomal siłą w ręce przechodniów. I deptaki, zaśmiecone kandydatami gotowymi na wszystko – nawet na leżenie w błocie, byle być widocznym. Podziemne przejście śmierdzące remontem, który przeniósł się z poziomu ziemi nieco niżej. I uliczki – te ulubione, gdzie pośpiech zapomina o koniecznościach, a tłum nie zagląda. Ogródki, niczym w naturze niepostrzeżenie wdzierają się na jezdnie – dyskretnie, bez rozgłosu atakują przestrzeń w niepohamowanej rządzy rozkwitu. Centrum taniej książki, z którego wyjść trudno, choć grosz w kieszeni ubogi, chmiel kuszący chłodem, koń drapiący się w udo, gwar i radość. Migawki w TV nie oddają tego, co powstrzymuje nogi na kocich łbach. Tego trzeba spróbować osobiście.

Kaczka-dziwaczka
Może niezupełnie o kaczkę chodzi, tylko o to rude-rybożerne stworzonko płynące rzeczką opodal krzaczka równolegle do kaczki. Patrolowało brzegi coraz bardziej dziczejące, zarośnięte wodnym chwastem, pod zwalonymi w nurt akacjami, na których ptaki urządziły sobie punkt obserwacyjny. Mostem szybowały worki foliowe w ilości standardowej, letnia rezydencja braminów zachęcająco połyskiwała brązem opróżnionej butelki po tanim winie. Rowery i wózki leniwie kręciły kołami w kierunku nadrzecznych traw, które tu nazywamy Niskimi Łąkami (z nieznanych mi zresztą powodów). I dlaczego do spadających w trawę żołędzi tak chętnie kleją się już puste szyszki buczynowe?


  • RSS