Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 10.2005

Po cichu.
Rzeka nocą szydzi z reklam, malując w cichym nurcie karykatury drżące na wietrze. Budynki w wieczorowych strojach również szukają w niej lustra. Nasycona, zjonizowana, w kamiennym uścisku wysokich nabrzeży unosi w świat barwy Miasta. Tylko Rynek jakby nie dostrzegał nocy. W szybkozmiennej przestrzeni wciąż nowych lokali pulsują i przeszywają się wzajem niezliczone dialogi bez znaczenia. Sponad kufli i talerzy ulatują anonimowe słowa, szukając intymności w mroku ponad budynkami. Nowe, bez kompleksów pcha się w zasiedziałe gabaryty miejsc oswojonych i zaakceptowanych. Nie ma już portu, z którego wyruszały wyprawy do nieistniejących wysp. Szczerbate uśmiechy rozbitych szyb i posmutniały Szwejk reklamują już tylko przeszłość.
Przypominam sobie przedpołudniową mrzonkę. Mijaliśmy się wzajemnie kilka razy. Na moście szłaś za mną i na pewno patrzyłaś na jedynego wędkarza, który zaczepiony haczykiem w Rzece drugą ręką próbował utrzymać łódkę w miejscu. Pomyślałem sobie… że gdybyś złapała przytrzymała moją dłoń stanęlibyśmy razem pod topolami, by sponad więdnących jeżyn patrzeć na niego. Nie miałbym siły odmówić. Wypatruję końca roku – obiecałem wyrzucić pośpiech razem z kalendarzem – obiecałem własnemu odbiciu w lustrze.

Ramy i portale.
Kobieta, która w innym otoczeniu byłaby piękna, stała bez z niecierpliwienia nie dając się zamknąć w obrazie drzwi bramy przechodniej. Środkiem chodnika mierzyła czas drobnymi krokami i spokojnie czekała na samochód do lepszego świata (jak sądzę). W innej, równie zniechęcającej bramie kolejna znikała wstydząc się, że właśnie tam mieszka. Ze spoconym czołem, na tle strupów zielonej lamperii, w półmroku zatęchłym i brudnym świeciła niczym wigilijna gwiazdka otwierając drzwi mieszkania.
Podobno nikt już nie wierzy w bajki i ich spełnienie. Niektórzy płaczą na amerykańskich baśniach identyfikując się z bohaterami celuloidowych klatek. Podobno…
Może tylko wydawało mi się, że jestem narratorem dwóch współczesnych bajek o Kopciuszku, któremu nie pisane pałacowe portale?

Niemal kryminalny wątek.
Poranne mgły chwytają Miasto za gardło. Poranki mgliste, wilgotne i ciemne nie są w stanie stłumić syren karetek, a już chwytają za kostki chłodem, który jeszcze niedawno wydawał się odległy.
Ostatnie odkryte pępki i bose stopy na chodnikach należą do gorącokrwistych nastolatek bardziej zwracających uwagę na zainteresowanie chłopców niż własne zdrowie. Na ulicach i podwórkach, bez skrupułów i drżenia tańczą podarte reklamówki i niedzisiejsze gazety, za to psy kulą się w sobie.
Braminka, wydająca się wiecznością – czarownicą, której czas nie rusza w przeciągu tego lata dogoniła rzeczywistość. Posiwiała, rozlazła, siejąca wokół odrażające aromaty przysypia na schodkach do nieodmiennie zamkniętego biura. Od brzegów i od dna dziczeje rzeczka nieopodal, Miasto porządkuje się przed zimą, remonty (jak niedźwiedzie) gasną na zimę.

Martwa natura.
Później był pień sterczący nad fosą i ziejący czarno-pustą gardzielą, jakby kora była najbardziej wytrzymała na erozję. A wcześniej, na deptaku zdobionym w granitowe kule i lśniących metalem krasnali, za ogrodzeniem z kutego żelaza stał inny – równie nisko przycięty, choć mniejszy. W resztkach ziemi wokół pnia rosły kwiaty wprost z ogródków działkowych. Zatrzymałem się, lecz poza mną nikt się nie dziwił – pomnik przemijania, kaganiec, któremu życie się wymknęło, opakowanie niebytu… Rozmaite metafory przychodzą mi do głowy – przydałby się poeta, ten, który surrealistom podpowiadał, jak nazywać obrazy.


  • RSS