Zmarznięte zwidy.
Zdarza mi się patrzeć bezmyślnie, pozwalać obrazom dryfować przed oczami bez zatrzymywania ich we mnie. Czasami łapię się, że już to chyba widziałem, że fragmenty są kopią czegoś z tyłu, może jakiegoś filmu, sceny z książki, lub zeszłorocznego spaceru. Gawron rzucający orzecha na kocie łby pustej jezdni, liście wpadające w wodę bez krzyku, bukiet włosów spięty wysoko ponad czołem, dwa duże czarne psy łaszące się po obu stronach okna, przy którym wypijam właśnie kolejną kawę. Tylko jeden dał się pogłaskać – jego echo w lustrze szyby było zimne.
Siedzę nad kleksem Polski, a palce pływają po nim nie zostawiając śladów. Obce rzeki, dotknięte pobieżnym spojrzeniem miejscowości, kawałki przeszłości lub przyszłości. Obce miasta witają mnie przychylnie, lecz bez kokieterii – jesienny chłodek nie sprzyja gorączce.