Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 12.2005

Kogiel-mogiel
W jedynej knajpie, gdzie można było zamówić spiżowe piwo i dostać kromkę chleba ze smalcem wspomniałem migawki z drogi do tam. Dziewczątko, dość mocno zaokrąglone zakrywało dekolt wyłącznie sporym, polerowanym wisiorkiem, kiedy innym do głowy nie przyszło nawet, żeby rozpinać zimowe kurtki. Kilka minispódniczek przed dyskoteką, parę telefonów do spóźniających się partnerów pod pomnikiem Fredry, flirty w pełnej gamie zasobów odwagi, ostatni łyżwiarze w rytmach muzyki klasycznej na tle oświetlonych fasad kamienic, rozmowy powracających, w drapiącym ucho języku… Już pomyślałem, że ten język jest tu obcy, nieswój, gdy pod nogami i nad głową mozaika herbu miejskiego przypomniała mi, że przecież tu nikt już nie wie, kto obcy, a kto swój, a historia pamięta gospodarzy zmieniających nazwę i kształt Miasta w niejednym języku. Sam pamiętam wycieczki podstarzałych Niemców pokazujących palcami: „tu zostawiłem na kuchence ugotowaną zupę, a w sąsiednim salonie może jeszcze stoi fotel, z którego ojciec wydawał dyspozycje służbie mieszkającej w podwórku” I pamiętam ślady po dzwonkach wzywających tę służbę, i że tę zupę dziadek znalazł na kuchence, kiedy głos znad Wołgi kazał mu mieszkać tu i nie wyjeżdżać nigdzie. On nie mógł – ja nie chcę.

Świąteczne objawienia.
Kiedy zima obcieka, jak podejrzewałem, że odbędzie się to wczoraj wracam myślą do pięciokrotnej wycieczki jedną trasą. Patrzyłem na zamarznięty łeb karpia szarpany przez gawrony, zmieniający swoje położenie w alejce wysadzanej dereniem, nieśmiały lód wyciągający szpony w stronę głównego nurtu i wodę bełtaną przez wędkarza. Poprzez mokry śnieg zerkałem na zamglone wesołe miasteczko, które zimuje wciąż w tym samym miejscu od kilku lat i nie wiadomo po co szczerzy się karuzelami o rozpiętych skrzydłach skostniałych w bezczynności. Pierwsze sanki i uśmiechnięte, rumiane buzie dzieci wracających z białego szaleństwa dzisiaj wydają się już odległą przeszłością, gdy ulicami rwą potoki spłowiałej zimy – aż się nie chce ruszać z domu.

Zima w Lizbonie?
Zimnymi dłońmi notuję radość dzieciarni, choć jest niewiele większa od mojego zdumienia, jak Miasto potrafi zmienić oblicze, kiedy tylko śnieg przykryje ulice. Dziury, miejsca czarne i brudne z natury, okolice, gdzie wzrok oswoił się z kurzem i nieładem przykryte tłuściutkim śniegiem, który pewnie rana nie dożyje. Rzadko widuję w mieście nawierzchnie ulic w bieli, a hałas został stłumiony tak dokładnie, że aż ślinę przełykam myśląc, że mi membrany w uszach zwiotczały.
Nie rozpoznaję skrzyżowań, całe ciągi ulic są obce zupełnie – jak Portugalia, której czepiam się od paru lat zupełnie bezinteresownie.

Powrót ZZ?
Kilkakrotnie złapałem się na niepotwierdzonym niczym wrażeniu, że mogę wyciągnąć rękę po człowieka i wziąć go sobie. Niechby na kwadrans, godzinę, ale jednak. Trudno być obiektywnym względem siebie – na razie zrzucam to na wieczory ciągnące się godzinami jak każdej zimy, na zmierzch gaszony iluminacją mostów. Patrzę w lustro i nieco ironicznie wspominam czas, kiedy nieświadomie wyciągałem obie ręce, żeby mnie ktoś wziął choćby na kwadrans. Czy wszyscy krzyczą tak cicho?

Dwa końce.
Wieczorem zmarznięte liście turlały się po chodnikach plącząc się bezładnie między przechodniami, a Rzeką gęsiego płynęło stado łabędzi w karnym szyku za przewodnikiem. Stare mury już chciały opowiadać historie odległe o lata świetlne od dzisiaj, lecz spóźniona, hałaśliwa i młodociana wycieczka odebrała mi przyjemność dialogu z ciszą. Dobrze, że światła umieszczone na kościelnych wieżach nie przygasły ze smutku. Mosty trwały, woda płynęła, chłód gęstniał, a ruch topniał. Czarne plamy na plecach kota przemknęły cicho przez śnieżnego kleksa, gdy tuż obok na mokrej czerni asfaltu stukały obcasy – chyba lekko przestraszone, że wieczór już dojrzały i okolica niepewna. Na moście trzech braminów rozmrażało krew schłodzoną na balustradzie gorzałką. Na parapecie, przytulone do siebie żywotniki próbują przeżyć. Ktoś zabija samotność muzyką dla całej ulicy – nie, że taką lubianą, tylko przymusowo dostępną. Ot – wieczór tutaj niewiele różniący się od innych. Melanż kontrastów.


  • RSS