Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 4.2006

Fizyka.
Wilgoć zgęstniała w krople poddające się prawom Newtona. Już chyba trzeci dzień nasiąkam wraz ze wszystkim, co mnie otacza. Rzeka znosi to z wdziękiem, gubiąc przy okazji obrazy zmieniającej się przestrzeni. Dobrze, że nie zagląda w te same co ja podwórza, bo gotowaby się rozpłakać. Od strony chodników znaleźć można jeszcze strzępy jakiejś śladowej gospodarności – w środku skansen przygotowany na sceny ostatnich dni wojny – bez makijażu, retuszu, czy też bardziej skomplikowanych zabiegów. Śródmieście brzmi tu co najmniej jako nazwa na wyrost.
Oswajam się z myślą, że moja okolica nie jest już tą najgorszą w Mieście. Nawet pies-rozbójnik śmietnikowy wygląda jakoś dumniej i dostojniej. Patroluje podwórza z wypiętą piersią i uniesionym ogonem. Wędkarze obsiedli brzegi snując opowieści o rybach zbyt wielkich, żeby je zobrazować rękami, a te nadal rosną, gdy poziom płynów w butelkach opada. Na moście kibice poddają się tej samej konkurencji, opakowań przybywa, niedopałki płyną do morza, słowa rozpływają się w atmosferze, ja rozpływam się w czasie.

Obserwacji kilka
Cień opadł na wysokość pierwszego piętra. Jak co roku grzeją się liszaje nieremontowanych czynszówek z pamiątkami z czasów wojny. Uśmiechy już nie są tak nieśmiałe, jak jeszcze z tydzień temu. Słowa nie mokną w deszczach, choć czasami toną w bystrzycach wiosennych roztopów. Zaglądam, jak marzanny rzucane w wodę zatrzymują się na zwalonych drzewach i udając topielców straszą wędkarzy. Patrzę na łąki zalane po stopy wałów i szukam ptaków – chyba uciekły na spokojniejsze nurty. Gdzieś w nagich, rozwichrzonych jeszcze koronach drzew śpiewa jeden – tak samotny, że aż niewidzialny. Tłuste koty przeciągają się leniwie, bo wreszcie przyszedł na nie czas. Dzieci wracają ze szkoły bez pośpiechu, zatrzymując się w każdym załomie muru, żeby jeszcze trochę poplotkować i podzielić się własną radością. Bramini nerwowo dość zmieniają położenie geograficzne – wreszcie można pójść w plenery, zamiast inhalować się wyziewami wciąż tej samej bramy. Matka-braminka znikła – kto wie, czy nie zmieniła ziemskiego miejsca zameldowania.


  • RSS