Lustro

Uwaga-poligon-wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wpisy z okresu: 7.2006

Bałagan umysłowy.
Zaryzykowałem podróż autobusem. Niby niewielkie ryzyko, jeśli nie ma obowiązku dojechać do celu punkt-którakolwiek. Pani o skomplikowanej, rudej fryzurce uśmiechnęła się spod okularów być może do mnie, kiedy próbowałem odczytać tytuł książki, którą chwilkę wcześniej drapała się po brodzie. Na ulicach młodzi faceci zaczepieni wzrokiem w pośladkach wędrujących przed nimi obcych kobiet maszerują z anielskimi uśmiechami. Znaczy się – zrobiło się odrobinę chłodniej. Nie na tyle jednak, żeby panie wzbogaciły garderobę o biustonosze. W podwórzach śródmieścia życie koncentruje się wokół puszek i butelek, z których lodówkowa wilgoć zewnętrzna paruje równie szybko, jak zawartość opakowań. Stada znudzonej młodzieży polującej na cień tylko dlatego, że szczęście wyjazdu nad wodę nie jest im dostępne z rozmaitych powodów. Wymieniają wciąż te same banalne uwagi – kto wie, czy nie te z zeszłego roku. W witrynie zamkniętej knajpy napis: „kuchnia staropolska – pizza i gyros”. Nic dziwnego, że zamknieta. Pewnie czeka na czasy, kiedy będzie to prawdą.
Wykreśliłem nogami parę kółek po obskurnych wnętrzach podwórzy, pośród braminów, nędzy i zaniedbania. Spory pies prosił nosem i wzrokiem o łyk piwa z puszki, na którą złożyło się chyba z pięciu koczujących tubylców, wysiadujących własne odciski na kamiennych murkach klombu. Wciąż te same miejsca, zachowanie, aspiracje. W jakiś sposób nakręca mnie to czasami, a innym razem wręcz przeciwnie. A może by tak zasiąść na parę lat na pierwszym wolnym parapecie? Wyglądali na zadowolonych z życia. I nie spieszą się nigdy.

Nie jestem sukulentem.
Wieczorami, kiedy tylko słońce pozwoli na cokolwiek więcej niż wegetacja i wysychanie do spółki z trawnikami próbuję kierować kroki gdzieś bliżej Rynku. Jak w reklamach – Miasto non-stop. Tłum gęstnieje z mrokiem, a pośród zgiełku podejrzanie często przewija się język francuski. Widać coś pominąłem. I nie sądziłem, że aż tyle osób w środku tygodnia może sobie pozwolić na zabawy do późnej nocy i to niekoniecznie za małe pieniądze. Świat pięknych młodych i bogatych. Aż miło popatrzeć. Szkoda tylko, że brunetka, z którą chciałem po prostu chwilę pokręcić się na parkiecie wolała odstawić taniec brzucha dla przybysza z najgorętszego kontynentu. Pewnie powinienem drożej pachnieć, albo mówić w mniej banalnym języku.

Dawno mnie nie było.
Nie tylko tutaj. Również gdziekolwiek indziej. Miasto w tym czasie zdążyło zupełnie się wykoleić. Pozamykane, rozkopane do trzewi ulice, komunikacja miejska w rozsypce, pogoda w kratkę o mocnym kontraście. Przypominam sobie czaplę – tę jedyną, która zwiedzała budowle wodne w zeszłym roku. Dobrze byłoby napisać, że wróciła, ale byłby to chyba mój wymysł. Na szczęście ja nie muszę wracać – jestem u siebie. Tylko trochę ciszej. Rozrzebuję własną piaskownicę, a piasek sypie się coraz szerzej. A kiedy usiadłem na własnoręcznie usypanej górce, te wszystkie małe bliskości zniknęły w jej cieniu. Powoli odnajduję czas, żeby znów pospacerować u podnóża i znów uśmiecham się do Rzeki to tu, to tam. Dzień dobry.


  • RSS