Zwykły dzień.
Ciągnąłem zmęczone nogi gdzieś bliżej domu. Przez park, żeby nie widzieć jak głęboko trzeba modernizować plac. Na ławce czarno odziana i z taką też grzywką dziewczyna wstydząc się odrobinę uprawiała jogę. Dziecko w koszyczku przymocowanym do roweru miało żal do zwierzęcia, które nie chciało się pokazać po drugiej stronie płotu odgradzającego przeciwpowodziowy wał od ogrodu zoologicznego. Nad Rzeką wiatr wiejący pod prąd marszczył powierzchnię wody i twarze wędkarzy. Starszy pan był chyba nieco ogłuszony trwając pośrodku niczego ze swoją jamniczą suczką, kiedy mijali go dość zgrabnie dziewczątko z szopem na smyczy. Chłopcy popisujący się przed dziewczętami, rodzice z dziećmi – sielanka. Nic, czego nie można byłoby dostrzec w jakikolwiek z poniedziałków. Dobrze jest, że jest tak po prostu – bez wyczynów i ekstremów. Tylko dlaczego nazywać codzienność szarą?