Czternaście godzin snu.
Okazja, która trafia się rzadziej niż podejrzewałem. Udało mi się też przypomnieć, że przespałem dwa miesiące w życiu bloga. Czy śniłem?… Chyba tak. Widziałem kaczki kłaniające się sobie, wędkarzy kłujących nurt długimi kijami, liście pokryte sadzą porannych przymrozków, pannę „No-i”, która niemal każdą wypowiedź zaczynała tymi słowami gdzieś między siódmą, a kolejnym przystankiem do szkoły. Karmiłem się mijanymi uśmiechami, Rynkiem wieczorową porą – kilka wnętrz, w których nie byłem dotąd. Parę wycieczek by gdzieś daleko od domu wzbogacić je w kolejne pajęcze nitki. Stałem się chyba bardziej wirtualny. Dla większości, dla siebie dla…
Jak ta mgła, która chyba z tydzień temu przesłoniła świat tak dokładnie, że trzeba było sobie go raczej wyobrażać, lub dotykać niż widzieć.