Absurd.
Miesiące udało mi się skurczyć do czasu, jaki normalnie zajmowała doba, a tymi w ogóle już się nie zajmuję. Skoro udało mi się w tym pędzie zauważyć, że ta nowo-doba minęła i powoli zbliża się następna przypomniałem sobie o opuszczonym, niemalże porzuconym pamiętniczku cierpliwie czekającym lepszych czasów. Chwała mu za to.
Być może przegapiłem zimę, która jakoś w tym roku była zimą ukrytą. Schowaną pod soczystą zielenią, w świergocie ptaków i hurgocie gawronów rozłupujących orzechy na każdym dostępnym skrawku betonu. Przyglądałem się im z podziwem i kopałem daleko w trawę wyjedzone skorupki, żeby się ptaszyska nie męczyły z odgadywaniem, który to właśnie orzech posiada jeszcze zawartość. Uśmiechnąłem się i do bażanta, biegającego w nieznanym celu na rzecznym półwyspie poza składem piasku i żwiru. Świt widać zastał go skostniałego, skoro niepłoszony malował własnymi kolorami pagóry wilgotnej drobnicy. Na ulicach spotykałem młode kobiety tulące do siebie żywe futra nieznanych mi zwierząt, jakby już szaliki przestały być modne. A dzisiaj z równie tajemniczych jak świat przyczyn wizytowałem wądoły pełne wody i błota, wynosząc z nich czynny numer telefonu i bazie kiwające puchatymi główkami nad moim bezsensownym zachowaniem. Tylko szuwar myślał w bezruchu, pogrążony po pierwsze przeguby w wodzie, która miała być śniegiem. W sumie – bzdura jakaś, a nie dzień.