Stokrotki.
Chociaż zostawiam ślady porozrzucane w różnych miastach Polski, to jakoś na spacery tu, gdzie w końcu mam najbliżej na ogół brakuje czasu. Mimo to udaje mi się czasem oderwać siedzenie od fotela i wykonać coś na kształt spaceru. Bo gdzie można w przeciągu kwadransa pojawić się na siedmiu mostach i nie spocić się obłędnym galopem? Chyba tylko tutaj. Być może uda się nawet zwiększyć tę liczbę. I jeśli już tak zupełnie nie zabiegam się, to zdarza mi się sterczeć patrząc na sosnę powaloną wiatrem i mokre jeszcze od piły słoje, gdy obok stokrotki śmieją się swoimi żółtymi oczami na wilgotny świat.
A jeśli tak, to zimą nie ma sobie co głowy zawracać. Znów można wymyślać miejsca nieistniejące, albo oswajać nowe. Zerkałem łakomie na nowy chodnik – zawieszony nad Rzeką i czekający na mnie – żeby nie zepsuć sobie wrażenia poczekam, aż zjadą z niego ostatnie maszyny budowlane.
Być może paru osobom należałoby powiedzieć, że się cieszę. Że są – bez względu na to, czy zdążyliśmy się poznać.